Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 253 898 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

O moim bloogu

Ten blog jest kontynuacją mojej kilkuletniej zabawy w pisanie na temat. Nie sądziłam, że wyczerpie mi się miejsce - stawiając raczej na własny zapał, bo z nim rzeczywiście różnie bywa. I nawet nie cho...

więcej...

Ten blog jest kontynuacją mojej kilkuletniej zabawy w pisanie na temat. Nie sądziłam, że wyczerpie mi się miejsce - stawiając raczej na własny zapał, bo z nim rzeczywiście różnie bywa. I nawet nie chodzi o gotowanie - to nieustannie robię z taką samą pasją - ale o czas i chęci pisania. Proszę więc wybaczyć mi chwile lenistwa, które z pewnością nastąpią. Mam też do Was wielką prośbę, dotyczącą moich rzeczy. Jeśli już kopiujecie tekst (nie mam zbyt wielkiego na to wpływu niestety) - podajcie źródło. Zdjęcia są nie do ruszenia... Są tylko moje i chciałabym aby moje tylko pozostały. Kilka moich rzeczy można spotkać w necie pod nickiem borgia. A wracając do kontynuacji... te opisy mojego kuchennego życia znajdziecie na stronce www.swiat-od-kuchni.blog.onet.pl. Zapraszam Was serdecznie do siebie.

schowaj...

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Zupa z ciecierzycy, szpinaku i czosnku

wtorek, 25 kwietnia 2017 19:01

   Wpadam do kumpeli w Wielki Piątek z zaległym prezentem. Bardzo zaległym. Kilka istotnych rzeczy stanęło mi na drodze, ale wiem, że Reni mi to wybaczy. Wpadam więc tuż przed Świętami na krótką chwilę jedynie, bowiem wiadoma rzecz, że okres to ciężki, i każdy ma co robić. Ale na herbatę (i kawę) zawsze jest czas. I pogaduchy na różne tematy. Unoszący się zapach gotowanych warzyw na tradycyjną niemal w każdym domu sałatkę przypomina mi to, co i mnie czeka po powrocie, bowiem i u mnie tradycja ta ulubioną jest. Na szczęście tak się złożyło, że Reni mieszka rzut beretem... co niestety jeszcze bardziej potęguje tę zwłokę. Przyszedł czas ruszenia siedzenia, więc wstaję chcąc się pożegnać... a tu pada propozycja nie do odrzucenia. Takie proste...
– Chodź na bukszpan.
  No tak zapomniałam, że u Reni ma swój krzak bukszpanu. Poszłyśmy delikatnie go ogołocić, by do koszyka i na stół świeża ozdoba była. I tradycyjnie zresztą dorzuciła do bukszpanu 3 słoiczki grzybów marynowanych. Borowików i kurek. Najlepszych na świecie. My po prostu jemy je od lat, i za każdym razem stwierdzamy, że lepszych jeszcze nam się nie zdarzyło... Na tym nie koniec. Dostaję do rąk księgę. Zaznaczone, że z odzysku, ale mnie to nie przeszkadza. Ja na to nie patrzę. Zawartość jest ważna, a Reni o tym wie. Oto trzymam w ręku „The soup bible”. Z komentarzem: „Wiesz, że ja zup nie lubię, ale sama patrząc jedynie na zdjęcia kilka bym zjadła”. No i wychodzę z prezentami...
   Robiąc przegląd tej swoistej biblii stwierdzam, że patrząc na zdjęcia zjadłabym niemal wszystkie. No ale ja zupy lubię. Nie wszystkie, ale w zdecydowanej większości. Czy zrobię niemal każdą z tych zup? Nie wiem... Zdecydowałam się na pierwszy rzut zrobić właśnie zupę z ciecierzycy (akurat mam kilka puszek czekających na coś takiego), szpinaku (akurat ostatnimi czasy kupuję non stop, starając się podnieść Ukochanemu poziom żelaza) i czosnku, który akurat zawsze w domu musi być. Zwyczajnie i normalnie – bo tak. Wszystko jest. Wszystko gra.
   I wszystko w jak najlepszym porządku. Kupiłam kilka puszek ciecierzycy zachwycona humusem. Niestety puszkowa wersja w roli pasty mi nie smakuje. W zupie jest fantastyczna – chociaż krótko gotowana, to nabiera smaku. Wiem do czego zostanie zużyta, bo zupa jest fantastyczna. Tym bardziej, że zup z cieciorką jest kilka, dlatego też będę miała spore pole do popisów. Ta zupa jest bardzo prosta i szybka. Polecam użyty szpinak opłukać i pozbawić ogonków na samym wstępie, dlatego, że to zajmuje najwięcej czasu. Zupa prócz wybornego smaku jest niezwykle aromatyczna. I ostra. Ale ostrość tę możemy sobie regulować. Świetna wegetariańska zupa. Dzisiaj zrobiona, i dzisiaj się nią dzielę. Polecając gorąco. Nie podaję autora, bo to zbiór 49 nazwisk, wśród których jest moich kilka ulubionych, które znam z książek leżących na półkach. Niestety nie jest zaznaczone, kto jest autorem poszczególnej zupy. Szkoda...

 

zupa z cieciorką i szpinakiem (1).JPG



Zupa z ciecierzycy, szpinaku i czosnku
Chick-pea and Spinach Soup with Garlic

    2 łyżki oliwy,
    4 ząbki czosnku,
    1 cebula,
    2 łyżeczki mielonego kminu rzymskiego,
    2 łyżeczki mielonej kolendry,
    5 szklanek bulionu warzywnego,
  35 dag ziemniaków,
    1 puszka ciecierzycy (400 g),
    1 łyżka mąki kukurydzianej,
150 ml kwaśnej, gęstej śmietany,
    2 łyżki jasnego tahini,
  20 dag szpinaku,
       pieprz cayenne,
       sól, pieprz.

   Szpinak umyć, osączyć i usunąć łodyżki. Cebulę i czosnek obrać. Czosnek drobno posiekać, cebulę pokroić w dużą kostkę. Obrane ziemniaki umyć i pokroić w małą kostkę. Ciecierzycę odcedzić i opłukać. Osączyć z nadmiaru wody.
   W dużym rondlu rozgrzać oliwę. Wrzucić czosnek i cebulę, smażyć mieszając przez 5 minut. Cebula powinna zmięknąć i lekko się zrumienić. Dodać kmin i kolendrę, smażyć mieszając przez 1 minutę. Wlać bulion i wrzucić ziemniaki. Doprowadzić do wrzenia i gotować na małym ogniu przez 10 minut. Dodać ciecierzycę i gotować 5 minut. Ziemniaki powinny całkowicie zmięknąć.
   W tym czasie wymieszać trzepaczką rózgową śmietanę z mąką kukurydzianą i tahini. Mocno doprawić. Wlać chochelkę gorącej zupy i zahartować. Czyli dokładnie wymieszać cały czas tą samą trzepaczką. Wlać do zupy mieszając. Dodać potargany grubo szpinak i dobrze wymieszać. Doprowadzić do wrzenia i gotować 2 minuty. Spróbować i w razie potrzeby doprawić pieprzem cayenne, solą i pieprzem.
Zupę podawać w miseczkach posypaną odrobiną pieprzu cayenne.

 

zupa z cieciorką i szpinakiem (5).JPG

Ewa


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Wielkanoc 2017

niedziela, 16 kwietnia 2017 11:56

 

Wielkanoc 2017.JPG

 

Zdrowych i radosnych Świąt Wielkanocnych
życzę nie tylko sympatykom "Świata od kuchni".
Niechaj te Święta pozwolą nam zrozumieć innych
i dzielić się z nimi tym co możemy dać bez ograniczeń -
uśmiechem, życzliwością i dobrym słowem.
Pamiętając, że to "tylko" tyle, może czasami być "aż" tyle...

Ewa


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Babka kakaowo-pomarańczowa z orzechami

środa, 12 kwietnia 2017 16:08

   Święta tuż, tuż...  więc myślę, że taka babka będzie jak najbardziej na czasie. Sama jej uległam patrząc na samą okładkę magazynu „PYSZNE”, bo tak się złożyło. No i żeby żadnej niespodzianki na Święta nie było, trzeba było zrobić ją nieco wcześniej, aby po prostu wypróbować. Czy będzie to babka wchodząca na stałe, czy tylko jednorazówka, bo tylko ładnie na zdjęciu wygląda. A ponieważ to prosta rzecz, i nie potrzeba do jej wykonania niewiadomo czego – no może poza własnymi chęciami – to się wzięłam i zrobiłam. Zdążywszy jeszcze przed godziną 22 po to, bym z samego rana mogła zrobić skórkę pomarańczową i fotki przy świetle dziennym. Nie da się ukryć, że kusiło mnie potwornie, aby cała tę misterną babeczkę naruszyć jeszcze ciepłą. Dałam jednak radę, choć pachniało... fantastycznie.
   Święta Wielkanocne z babami kojarzyć się będą zawsze. Ale tym razem zrobię wyjątek, i miast babki drożdżowej zrobię powtórkę tej ucieranej. Odpadnie mi zrobienie skórki, bo już mam J. Zrobiłam wyjątkowo szybką wersję, jednak zawsze te kilkadziesiąt minut będę do przodu. Nie będę przejmowała się brakiem cukrowych jajeczek do dekoracji, bo i bez nich babka wygląda uroczo. Niestety przyznaję, że z nimi wygląda bardziej, jednak nie warto rezygnować z babki, jeśli nie ma się możliwości ich użycia. I już nie będę miała dylematu, czy opiekać orzechy laskowe, czy tylko – trzymając się instrukcji – zmielić jak lecą. Otóż postanowiłam opiec i usunąć skórki. Orzechy nabrały przez głębi zarówno aromatu, jak i smaku. Są bardzo wyczuwalne, pomimo ich niewielkiej ilości. Użyłam też gotowego soku pomarańczowego – naturalnego, z drobinami owoców. Ogólnie rzecz biorąc wyszło pysznie, pachnąco i na czasie. Gorąco polecam.

Źródło: Magazyn „PYSZNE” nr 1/2017

 

babka z pyszne (2).JPG


Babka kakaowo-pomarańczowa z orzechami

  4 jajka,
 25 dag cukru,
200 ml oleju,
200 ml soku pomarańczowego
 30 dag mąki,
  3 łyżeczki proszku do pieczenia,
  6 dag zmielonych orzechów laskowych*,
    masło i bułka tarta do formy,
    cukier puder do posypania,
    kandyzowana skórka pomarańczowa do dekoracji,
    cukrowe jajeczka do dekoracji –o ile się je ma.

*Orzechy przed zmieleniem warto opiec na suchej patelni, potrząsając ją co jakiś czas. Gdy skórka na nich popęka – wysypać na ściereczkę lub ręcznik papierowy, i jeszcze mocno ciepłe ocierać tak, aby skórka sama odpadła. Wówczas dopiero zmielić – zrobiłam to w rozdrabniaczu.

   Formę z kominkiem natłuścić i oprószyć bułką tartą. Piekarnik nagrzać do 200°C.
Jajka utrzeć z cukrem na puszystą masę do białości. Zmniejszyć obroty i dodawać na przemian po 50 ml olej i sok pomarańczowy, za każdym razem dobrze rozcierając. Przesianą mąkę wymieszać z proszkiem do pieczenia i dodać do masy jajecznej. Na niskich obrotach połączyć delikatnie.
   Ciasto podzielić na 3 równe części. Do jednej z nich dodać kakao i dobrze wymieszać. Wylać na spód formy. Do drugiej części ciasta dodać orzechy, połączyć szpatułką i delikatnie rozłożyć na wierzchu. Równie delikatnie wyłożyć ostatnią warstwę ciasta – pozostawiając ją bez zmian. Wsadzić do piekarnika i piec około 50 minut.
   Wyjąć babkę z piekarnika i od razu wyjąć z formy na kratkę – odwracając ją do góry dnem. Wystudzić. W międzyczasie skórkę pomarańczową odsączyć z syropu i pokroić w krótkie paseczki. Babkę oprószyć cukrem pudrem i ozdobić kandyzowaną skórką pomarańczową.

 

babka z pyszne (3).JPG

 

babka z pyszne (6).JPG

Ewa


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Dorsz na parze z masłem i kaparami

piątek, 07 kwietnia 2017 14:52

– A może tak jutro ryba jakaś? – zapytałam stojąc przed lodówą pełną świeżych ryb. Tak nawiasem mówiąc, chyba była właśnie dostawa, bo wybór gatunków był spory, jak na ten nasz pobliski Sam, zwany teraz bardziej światowo Marketem . – Może łososia? – odwracam się do Miłego z kawałkiem zapakowanej ryby. – Patrz... z tego będą dwa piękne kawałki.
   Tak się złożyło, że będziemy jakiś czas sami, więc i niewiele nam będzie potrzeba. Można wykorzystać czas na ryby, za którymi Młody nie przepada – a my i owszem. Z drugiej strony, coraz częściej się przekonuję, że słowa Młodego, że „nie przepada” (czyli nie, że nie lubi) są tylko czczą gadaniną, bo i zjada wszystko do końca, jak i to, że niejednokrotnie padało zwyczajne „niezłe”, które ostatnimi czasy przechodziło w „bardzo dobra ta ryba” z dodatkiem „co to było?”. No ale póki co stoję z tym łososiem w garści i czekam na reakcję. Dodam, że łosoś zawsze leży na początku drogi, tak więc zdaję sobie sprawę z tego, że to wstęp.
– Łosoś? – znając ten ton, wiem że pomysł nietrafiony.
– Nie musi być... – odkładam na miejsce. Obudził się. I nic to, że łososia nie zjemy. Zjemy jakąś inną.
– Tuńczyka bym zjadł.
   No nie. Obudził się na dobre. Mógłby być i tuńczyk, gdyby nie jedna istotna rzecz – nie jestem przygotowana. Wolałabym coś, z czym miałam doświadczenie. Co wiem jak się zachowa, i jaki czas temu poświęcić mogę, aby było dobre, o ile nie super. Najgorsze jest to, że nie mam żadnego argumentu, że „chciałam zrobić to”, bo nie miałam planu. Najpierw ryba, a potem plan. I ewentualnie jakieś dodatkowe zakupy. Pozostało mi jedynie błagalne spojrzenie i wcale nie ciche:
– A jak spieprzę, to co? – w końcu nie muszę wszystkiego umieć, na wszystkim się znać. Do wielu rzeczy dochodziłam sama, na temat wielu trochę czytałam, ale tuńczyk był dla mnie zawsze jakiś taki... poza. Owszem, jedliśmy pyszne płaty tego mięsa, ale zawsze ktoś za tym stał. W kuchni. Ostatnio padło na Pawła, gdy byliśmy na wojażach. No rewelacja. I właśnie jutro miałaby nastąpić moja z nim konfrontacja? Już jutro? Eee...
– Co my tu jeszcze mamy? – wymownie sięgam po następną rybkę. – Patrz, miecznik. Śledzie... nie może nie śledzie. – muszę co prawda zrobić je ponownie, bo kiedyś trafiłam na fantastyczny przepis na  przepyszne śledzie (Młody zachwycony), ale... zabrakło mi wtedy limonki. Dałam cytrynę, ale jak ma być tak jak jest napisane, to muszę powtórzyć. I już. – Dorsz, ale w płatach. Jemy? – kocham tę rybę za jej wygląd, za kruchość, za aromat, i rzecz jasna za smak. Za to, że jest uniwersalna. I za to, że często ją robię i wiem czego mogę się spodziewać. A może to, że często u nas bywa to tylko dlatego, że ma tak wiele zalet? Z pewnością.
– Nie lepiej polędwicę? – Miły wciąż z tuńczykiem w jednym ręku, podaje mi dorsza nieco inaczej. – Szybko się decyduj, bo są tylko dwa.
   Nie miałam żadnych obiekcji. Wybrałam te ładniejsze porcje, bo wielkiego wyboru na szczęście nie było. To nam obojgu wystarczyło, plus obietnica, że następnym razem naprawdę się przygotuję i zrobię steki z tuńczyka – najpyszniejsze na świecie. Paweł... bój się ;)!

   No tak... Ryba zapakowana wylądowała w lodówce. Ja o niej na ileś tam godzin zapomniałam. I o tym, co by się do niej przydało. Obiad będzie szybki, bo... niewiele w domu mam. Kupiliśmy w przeddzień rukolę, więc wyciągam ją z lodówki. Masło jest – najważniejsze, bowiem wszystkim wiadomo, że jak masło jest, cukier jest i chleb jest, to wszystko w domu jest. A w dodatku nawet cukier tutaj zbędny będzie. Powoli mi się wszystko klaruje. Muszę tylko dostać się do kaparów, czyli przewalić masę słoiczków i słoików na półce w mojej lodówce. O koperek! Cudnie. Zawsze świetnie pasuje. A mam ostatnią gałązkę – za to piękną, gęstą i mocno zieloną. Przede wszystkim świeżą. Bo ostatnimi czasy lubię kanapki z koperkiem. I rukolą. Leży na blacie ta przytłaczająca ilość składników. Ukochany choć chory, to jednak zjadłby coś lekkiego. Nie chce nic do ryby poza chlebem. No przecież wspomniałam, że wszystko w domu jest... Ok. I wiecie co... Nie szybko. Wręcz błyskawicznie. Niesłychanie prosto. I niesamowicie pysznie. Tak po prostu. Poczuliśmy się jak ryba w maśle.

 

dorsz z kaparami (3).JPG



Dorsz na parze z masłem i kaparami

2 porcje

2 polędwiczki z dorsza (po ok. 15 dag każda),
  sól morska z imbirem i trawą cytrynową (lub bez dodatków),
  pieprz cytrynowy,
1 duża garść rukoli,
3 dag masła,
1 łyżka kaparów,
1 łyżka soku z cytryny,
1 łyżka posiekanego koperku.

 

dorsz z kaparami (1).JPG



   Rukolę dobrze umyć w bardzo letniej wodzie i odsączyć z wody. Rozłożyć na perforowanej wkładce do gotowania na parze. Polędwiczki z dorsza opłukać i osuszyć. Oprószyć solą i pieprzem z obu stron, po czym ułożyć stroną od skóry do dołu na rukoli. W płytkim rondlu zagotować po przykryciem 1 cm warstwę wody. Gdy zawrze – wsadzić przygotowaną wkładkę, przykryć i gotować 10 minut na delikatnym ogniu.
   W tym czasie opłukać kapary i delikatnie osuszyć. Umyty i osuszony koperek posiekać. Na patelni rozgrzać masło, a gdy się stopi wrzucić kapary. Smażyć 1 minutę na minimalnym ogniu, cały czas potrząsając patelnią. Wlać wyciśnięty sok z cytryny (znaczy wycisnąć bezpośrednio na patelnię) i znów wymieszać, potrząsając patelnią. Spróbować i ewentualnie doprawić sokiem – powinno być leciuteńko kwaskowate.
   Rybę z rukolą rozłożyć na podgrzanych talerzach, skropić masłem z kaparami i posypać koperkiem. Podawać natychmiast.

 

dorsz z kaparami (7).JPG

Ewa


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Wołowe biriani

poniedziałek, 03 kwietnia 2017 14:45

   Tak się złożyło, że musiałam zrobić sobie trochę miejsca w zamrażalniku - rzecz jasna, aby móc doń coś wcisnąć. Pamiętając, że duży kawał wołowiny czeka za swoją kolej już widziałam na naszych talerzach pyszny Rogan Josh. Kiedyś robiłam, zanotowałam, że trzeba powtórzyć, zapisałam na mięsie – na co przeznaczone będzie, bo to rewelacyjne danie jest, i... zapomniałam. Olśnienie nagłe późnym wieczorem. Fantastycznie, bo akurat znajomi przyjdą, więc coś z indyjskiej kuchni podam. Zamiast tylko o niej gadać. A raniutko kupi się to, czego w domu nie mam, chociaż oczywiście w tej chwili nie wiem co mam na myśli.
   Raniutko, czyli tak mniej więcej koło 10 godziny panika. Moje ulubione książki przede mną, a ja nie widzę przepisu. Jak to? Przecież z książki robiłam. Wiem jak wygląda. No i przede wszystkim jak smakuje, bo to główny powód moich planów wieczorowych. A niech to... Głupie uwagi Ukochanego puszczam mimo uszu. Nie mam czasu na czcze gadanie, ale samą sytuacją deczko się zdenerwowałam. Co jest grane? Nie ma przepisu, i zrób mu coś. Padło na biriani. A co najlepsze... mamy do kupienia tylko jogurt i sułtanki. Robię.
   Danie zawiera sporo składników, co w przypadku kuchni indyjskiej raczej jest standardem – niech to jednak nie zniechęca. Jest wyjątkowo proste. Jednak trzeba mieć ciężki gar ze szczelną pokrywką, który można wsadzić do piekarnika. Najlepiej żeliwny. Swoją drogą warto w taki zainwestować, bo przyda się ogromnie. Poza tym w składnikach jest po prostu masa przypraw, i to one tak wydłużają listę. No ale jak się to wszystko ma... to się i problem ma z głowy. Po przepis sięgnęłam do książki „Kuchnia indyjska najlepsze przepisy” autorstwa Mriduli Baljekar, Rafi Fernandez, Shehzad Husain i Manishy Kanani – cenię sobie ją niezmiernie i bardzo często z niej korzystam. I nic to, że do tekstu wkradł się błąd... Trzeba było samej to skorygować, co dodam trudne nie jest, bowiem logika tak nakazuje. A i zdjęcia pokazują co i jak – pozwolę więc sobie tę korektę osobistą wnieść. Ogólnie „Wołowe biriani” jest daniem rewelacyjnym. Aromat przypraw podkręca niesamowicie tak, że nie można doczekać się serwisu. Po czym wyjeżdżają talerze z gorącym mięsiwem z dodatkiem ryżu. Lekka pikanteria przechodzi w równie lekką słodycz. Soczyste mięso rozpada się przy każdym kęsie. Płatki migdałowe dodają ryżowi chrupkości, a dopełnieniem smaku jest klasyczna dla każdego rodzaju biriani smażona cebula. Co prawda w przepisie jest zaznaczone, aby podawać z czapati, ale darowałam sobie. To była kolacja i do tego dania nic więcej prócz wina nie trzeba było. Noo... powiedzmy. Była jeszcze sałata.
   No i tradycyjnie. Nazajutrz naprawdę zadowolona (nie tylko dlatego, że wyspana) przechodząc obok półki z książkami (tu są same kucharskie) mój wzrok zatrzymuje się na jednej z nich. Jak bym packą dostała... Sięgam po książkę z wsadzoną karteczką pomiędzy stronami. Rozkładam kartki, a tam... Rogan Josh. Tiaa...
Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zacytować klasyka: „inną razą”.

 

wołowe biriani (5).JPG



Wołowe biriani

    2 duże cebule,
    2 ząbki czosnku,
 2,5 cm kawałek świeżego imbiru,
    1 świeże zielone chili (może być mrożone),
    1 malutki pęczek kolendry,
    4 łyżki płatków migdałowych,
 2-3 łyżki wody,
    1 łyżka ghee (lub masła),
    3 łyżki oleju,
    2 łyżki rodzynek sułtańskich,
  50 dag wołowiny,
    1 łyżeczka mielonej kolendry,
    1 łyżka mielonego kminu,
   ½ łyżeczki mielonej kurkumy,
   ½ łyżeczki mielonej kozieradki,
       solidna szczypta mielonego cynamonu,
175 ml jogurtu naturalnego,
 1,5 szkl. ryżu basmati,
    5 szkl. gorącego bulionu drobiowego lub wody,
       sól, pieprz,
    2 łyżki masła – do ryżu,
    2 jajka.

   Cebule obrać i umyć. Jedną z nich grubo posiekać i wrzucić do blendera. Czosnek i imbir obrać, grubo posiekać. Chili oczyścić z pestek, drobno posiekać i razem z czosnkiem, imbirem, świeżą kolendrą, 2 łyżkami płatków migdałowych i wodą dodać do cebuli. Zmiksować na gładką pastę, przełożyć do miseczki i odstawić.
   Drugą cebulę pokroić w cienkie krążki lub półplasterki. Mięso opłukać, osuszyć i pokroić w sporą kostkę. W ciężkiej brytfannie rozgrzać połowę ghee i połowę oleju. Wrzucić cebulę i smażyć mieszając przez 10-15 minut, aż się zrumienią na złoty brąz. Łyżką cedzakową wyjąć i przełożyć do miseczki (innej niż ta z pastą). Do brytfanny wrzucić pozostałe migdały i lekko zrumienić – trwa to bardzo krótko. Przełożyć do cebuli. Do brytfanny zaś wrzucić rodzynki i krótko je obsmażyć mieszając. Je również dodać do cebuli.
   W brytfannie rozgrzać pozostałe ghee i 1 łyżkę oleju. Smażyć mięso partiami, aż się zrumieni ze wszystkich stron. Przekładać systematycznie na półmisek i odstawić. Brytfannę wytrzeć ręcznikiem papierowym i rozgrzać w niej pozostały olej. Wrzucić przygotowaną pastę i smażyć cały czas mieszając 2-3 minuty. Dodać kolendrę, kmin, kurkumę, kozieradkę i cynamon. Doprawić solą i pieprzem i mieszając podrumienić przez 1 minutę. Zmniejszyć ogień do minimum i mieszając stopniowo wlewać jogurt. Gdy sos będzie jednolity dodać z powrotem wołowinę. Wymieszać, aby dokładnie pokryła się sosem. Szczelnie przykryć i dusić 40-45 minut na wolnym ogniu. Mięso powinno zmięknąć.
   Ryż moczyć w zimnej wodzie przez 15-20 minut. Odcedzić, wsypać do rondla i zalać bulionem lub lekko osoloną wodą. Zagotować. Przykryć i gotować 5 minut. W międzyczasie nagrzać piekarnik do 160°C.

 

wołowe biriani (1).JPG


   Ryż odsączyć i wyłożyć na mięsie w brytfannie – bez mieszania. Rozłożyć równomiernie, wyrównując powierzchnię. Trzonkiem drewnianej łyżki zrobić w środku otwór, aż do dna brytfanny – przeciskając się zarówno przez ryż, jak i mięso. Na wierzchu rozłożyć usmażoną cebulę z migdałami i rodzynkami. Wykończyć kawałkami masła. Całość szczelnie przykryć podwójną warstwą folii aluminiowej i pokrywką. Wsadzić do piekarnika na 30-40 minut.
   W międzyczasie zagotować wodę w małym rondelku – ja dodaję do niej jeszcze odrobinę octu winnego. Gdy zawrze – delikatnie wsadzić jajka. Gotować 5-7 minut. Odcedzić, opłukać pod zimną wodą i obrać. Przekroić wzdłuż na ćwiartki. Gotowe biriani podawać na ogrzanych talerzach, każdą porcję ozdabiając dwoma ćwiartkami jajek. Lub całość wyłożyć na jeden duży (ogrzany oczywiście) półmisek ze wszystkimi jajkami. Z pewnością zrobi znacznie większe wrażenie na wejściu ;)

 

wołowe biriani (8).JPG

Ewa


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

sobota, 24 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  449 758  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Statystyki

Odwiedziny: 449758
Wpisy
  • liczba: 263
  • komentarze: 392
Akcja: Nie kradnij zdjęć!

O mnie

W razie jakichkolwiek pytań do mnie, zapraszam do napisania pod adres: j.ewka@wp.pl