Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 759 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

O moim bloogu

Ten blog jest kontynuacją mojej kilkuletniej zabawy w pisanie na temat. Nie sądziłam, że wyczerpie mi się miejsce - stawiając raczej na własny zapał, bo z nim rzeczywiście różnie bywa. I nawet nie cho...

więcej...

Ten blog jest kontynuacją mojej kilkuletniej zabawy w pisanie na temat. Nie sądziłam, że wyczerpie mi się miejsce - stawiając raczej na własny zapał, bo z nim rzeczywiście różnie bywa. I nawet nie chodzi o gotowanie - to nieustannie robię z taką samą pasją - ale o czas i chęci pisania. Proszę więc wybaczyć mi chwile lenistwa, które z pewnością nastąpią. Mam też do Was wielką prośbę, dotyczącą moich rzeczy. Jeśli już kopiujecie tekst (nie mam zbyt wielkiego na to wpływu niestety) - podajcie źródło. Zdjęcia są nie do ruszenia... Są tylko moje i chciałabym aby moje tylko pozostały. Kilka moich rzeczy można spotkać w necie pod nickiem borgia. A wracając do kontynuacji... te opisy mojego kuchennego życia znajdziecie na stronce www.swiat-od-kuchni.blog.onet.pl. Zapraszam Was serdecznie do siebie.

schowaj...

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Naleśniki kokosowe z sosem malinowym

poniedziałek, 18 stycznia 2016 14:27

   Pozwolę sobie na chwilę powrócić do studiowanego przeze mnie ostatnio magazynu kulinarnego czyli Good Food. Zainteresował mnie w nim przepis na naleśniki kokosowe. Zapewniam, że wyborne. Tak jakby z sosem malinowym… tylko, że nastąpiło lekkie przekłamanie. Zastanawiam się co się stało. Fakt, że banki zdjęć oferują śliczne fotki, które zawsze możemy sobie kupić, a potem dostosować do nich jakieś swoje przepisy, albo na odwrót – szukać zdjęć już konkretnych, które do złudzenia będą przypominały to czym chcemy się pochwalić. Ale ktoś na wstępie (który rzecz jasna przeczytałam) mnie zapewniał, że wszystkie przepisy tam umieszczone są trzykrotnie sprawdzane. No jak? Rzeczywiście przepis dotyczy naleśników z sosem malinowym, ale… na zdjęciu jak byk truskawki. I sos też nie jest w kolorze malinowym. Zgłupiałam. Może mnie się coś na oczy rzuciło? Gazeta do ręki i podstawka pod nos mojemu R. z łagodnym pytaniem na ustach, na które jednak bezzwłocznie oczekuję odpowiedzi - jakie to owoce widzi na fotce? No nie może być inaczej – truskawki. Weryfikując zdjęcie z opisem metoda produkcji sosu by się zgadzała, tylko owoce nie. O co więc chodzi?
   Wolę maliny niż truskawki. Bo kolor mają intensywniejszy. I zapach piękniejszy. I smak zdecydowanie głębszy. I poza tymi wszystkimi rzeczami wystarczy sięgnąć do zamrażalnika. Ostatni pojemniczek własnoręcznie wykonanego sosu z malin. Świeżych zmiksowanych po prostu z cukrem i przetartych przez sitko. No więc wyjęłam ten sos, rozmroziłam, i już bez żadnej innej obróbki polałam naleśniki. Mmm… Fantazja. Do oryginalnego przepisu odsyłam do magazynu. Będziecie mieli okazję sami zweryfikować zdjęcie z przepisem, chociaż tak naprawdę myślę, że z każdym sosem owocowym będą pyszne.
   Te naleśniki będą świetnym deserem dla każdego. Lekkie i delikatne. Co prawda po pierwszej sztuce musiałam dodać do ciasta łyżkę oleju, ale dlatego… że ten pierwszy bardzo wysechł podczas smażenia i łamał się podczas składania. Reszta była doskonała. Miało ich wyjść 12, i tyle wyszło. Olej potrzebny będzie też do smażenia, ale tylko kilka kropli na raz, i to co drugi naleśnik… Oczywiście zależne to będzie od rodzaju patelni, na której smażone będą. Ja wzięłam do tego celu ciężką, o grubym dnie i średnicy nieco mniejszej niż patelnia naleśnikowa. Zależało mi na tych 12 sztukach.
   Wracając jeszcze do sosu… nie umiem powiedzieć z ilu malin była ta ilość. Wybaczcie, że podam tak „na czuja”, ale robiąc w za dużej ilości ze świeżych malin można resztki sosu zapakować do pojemniczka i zamrozić na kiedyś tam. O ile cokolwiek nam zostanie. Gorzej, gdy zabraknie ;). A jak zrobię kiedyś sos truskawkowy – według podanej receptury (malinowej) i wyjdzie pyszny, to uzupełnię wpis. Bo mam ochotę sprawdzić.

Źródło: Good Food styczeń 2016

 

nalesniki kokosowe (2).JPG


Naleśniki kokosowe z sosem malinowym

Sos:
  25 dag malin,
    3 łyżki cukru.

Naleśniki:
  14 dag mąki tortowej,
       szczypta soli,
    2 duże jajka,
300 ml mleka kokosowego,
200 ml wody,
    2 łyżki wiórków kokosowych,
       olej słonecznikowy.

   Maliny razem z cukrem zmiksować ręcznym blenderem, po czym przetrzeć przez sitko aby usunąć pestki. Przelać sosjerki i odłożyć.
   W misce – ja to robię w stojącym blenderze, po czym gotowe ciasto przelewam do miski – wymieszać przesianą mąkę ze szczyptą soli. Dodać jajka, mleko kokosowe, 1,5 łyżki wiórków kokosowych i 1 łyżkę oleju. Całość dobrze rozetrzeć, aby nie było grudek mąki. Ciasto powinno mieć gęstość śmietany, więc gdyby było za gęste – dodać odrobinę wody. Odstawić pod przykryciem na 15-20 minut.
   Rozgrzać patelnię i wlać kilka kropli oleju. Można rozprowadzić go silikonowym pędzelkiem na dnie, i wystarczy to robić po usmażeniu dwóch naleśników. Wymieszać ciasto (robić to za każdym razem przed nabraniem, aby kokos nie opadł na dno), wlać porcję na rozgrzaną patelnię i obracając nią rozprowadzić je na całej powierzchni. Smażyć 1 minutę, po czym ostrożnie przewrócić go za pomocą szpatułki na drugą stronę. Dosmażyć i przełożyć na talerz. Usmażone naleśniki układać jeden na drugim.
   Gotowe naleśniki złożyć w chusteczkę, ułożyć, na talerzykach, polać sosem malinowym i posypać resztą wiórków kokosowych.

 

nalesniki kokosowe (1).JPG

Ewa


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Ziemniaki z adżwanem

sobota, 16 stycznia 2016 15:36

   Przez moment zastanawiałam się od czego by tu… I pomyślałam, że zacznę od ważnej informacji, komu zawdzięczam to danie. Odpowiedź może być prosta – Asi. Ale może być bardziej skomplikowana, bo Asia nie dość, że była sponsorem, to jeszcze pomysłodawcą. Zanim wyjaśnię co to takiego ów adżwan, ajwain czy też carom seeds to opowiem historyjkę. Nie obiecuję, że krótką, bo to się okaże.
   Wcale niedawno temu odezwała się do mnie Asia. Miałyśmy obie chwilkę czasu i siedząc przy komputerze mogłyśmy pogadać. Ona w Krakowie, ja u siebie… siedząc przy herbacie, patrząc w monitor i słuchając ulubionej muzyki. Każda swojej ulubionej.
- Ciociu jadę do Indii. Przywieźć ci coś? Jakieś przyprawy? Co byś chciała?
Tak naprawdę chciałabym więcej takich informacji ;). Czyż nie jest to najlepsze rozwiązanie? I czy nie znaczy to, że ktoś chce mi zrobić naprawdę ogromną przyjemność i przywieźć to, co bym chciała… Może niekoniecznie bez czego nie mogłabym żyć, ale co korci, intryguje, zastanawia i nęci… nęci… nęci… Oczywiście, że miałam takie coś na myśli. Amchur czy też amchoor. Zwyczajnie po naszemu to mielone suszone zielone mango. Poprosiłam. Zaklepałam. Asia zanotowała. Pogadałyśmy na temat jej wyjazdu do Hajdarabadu – póki co jedynie „na sucho”. Dla Asi była to jeszcze zagadka niedługo mająca być odkryta, dla mnie póki co niedostępne miejsce na ziemi, choć w jakiś tam sposób poznane od strony kuchennych drzwi.
   Minął jakiś (niedługi) czas wpada Asiula z moim bratem czyli tatą. I z pudełeczkiem. Na sekund kilka – tylko przyniosła i nie ma czasu. Nie posiedzimy, bo musi wracać. Jutro do pracy (a była to niedziela), więc jeszcze podróż do Krakowa.
- Ciociu pogadamy następnym razem – uroczy uśmiech na twarzy nie pozostawia żadnych złudzeń. Nawet herbaty nie będzie.
Krzyś rozkłada ręce. No nie ma mocnych. Ok. Następnym razem.
   Minął znów krótki naprawdę czas. Nie pamiętam… coś koło dwóch tygodni. A mnie olśniewa. Adżwan. Aj…
Komputer – Asia – wiadomość. Momentalnie odpowiedziała, więc opowiadam o adżwanie. Asia w śmiech.
- Ciociu za parę dni jedziemy znowu… To przez koleżankę ;).
Nie żeby było to jej marzeniem, ale taki zbieg okoliczności. Na moje szczęście. Znów zanotowane, znów wzięte do serca. I znów marzenie spełnione.
   Tym razem przy herbacie opowieści i zdjęcia, relacje z ciekawych miejsc i o ciekawych zdarzeniach. I także o tym skąd się wziął ów żart na temat winy koleżanki. Dziewczyny wracając kiedyś z wycieczki krajoznawczej do hotelu złapał deszcz. Przemokły całkowicie, z czego rzeczy wyprane i wysuszone wróciły do normalności. Asi sandały wyschły, ale balerinki towarzyszki już nie nadawały się do użycia. Wylądowały w ostateczności w koszu na lotnisku. No i już w Polsce okazało się, że nie zostawia się butów w miejscu, do którego nie chce się wracać. To taki przesąd wenezuelski, który chyba ma niezły zasięg… Ale dziewczyny za to miały na co zwalić winę a propos kolejnej – niezbyt chcianej – podróży. Wszystkie te wrażenia okraszone były dodatkowo prezentem. Mydełkiem, odżywką do włosów kokosowo-hibiskusowo-amlowo-cytrynową i adżwanem. Adżwan. No to się będzie działo…
Tiaa…
   Zabrakło czasu. W pewnym momencie wiadomość od Asi:
- Ciociu zrobiłaś coś?
- Noo… nie – głupio mi się zrobiło, bo odrobiłam jedynie część zadania. Mam parę przygotowanych przepisów, ale na jeden trzeba do wiosny poczekać, a drugi to zwykła paratha z adżwanem. Warto z pewnością zrobić, ale do konkretnej potrawy. Jakieś danie plus ona. Na więcej czasu mi nie starczyło.
- No to masz! – Asia wysyła link – To bym zjadła, bo bardzo lubię ziemniaki.
Obejrzałam. Wszystko mam – nawet kolendrę, o której zapomniałam przy Butter Chicken. To ja już wiem, do czego będzie użyta. Bratanica zapewniła mi dwa zasadnicze składniki. Git.
   No i taka to historia dania. Zrobionego, choć zapewne z lekką innowacją. Nie miałam takich chili. Ledwo co wysuszonych – co widać na obrazku. W pełnej krasie swoich kolorów i zapewne miejscowych. O nieznanej mi mocy. Użyłam takich jakie miałam. Tajskie, znacznie krótsze, mocno wysuszone i dosyć ostre. Amchur po spróbowaniu proszku z opakowania zmniejszyłam „nieco”, bojąc się, że całość stanie się za kwaśna. Połowa wystarczyła – lekko kwaskowaty posmak był tym, o co mi chodziło.
   Co poza tym? Może tak, że to danie w rzeczy samej pyszne niezmiernie, ale w takiej ilości deczko skąpe. Dla dwóch osób niezbyt głodnych na obiad wystarczy. Dla czterech w momencie, gdy będą dodatkiem do czegoś. O tym radzę pamiętać, bo zrobić trzeba. Choć wiąże się z tym, że trzeba będzie zaopatrzyć się w trzy mało u nas znane dodatki: adżwan, amchur i asafoetida.

Adżwan (ajwain, carom seeds) – i choć z angielskiej nazwy wychodziłoby, że to nasiona, to jednak są to owoce. W kuchni używane są właśnie one i liście adżwanu. Owoce zawierają tymol i mają lekki jego i aromat, i posmak. Ale lekki. Zapach jednak nie powala – taki bezpośredni. Inaczej jest już w daniach. Można użyć go i jeść bezpośrednio czyli na surowo, można opiec, można i obsmażyć na oleju lub maśle. Można dodać do ghee, do chleba, do ciasteczek. Gotuje się z nim soczewicę, ale można i fasolę – będzie łatwiej strawna. Już wiem, że wybornie smakuje z ziemniakami.

Amchur (amchoor) – zmielone na proszek wysuszone owoce zielonego, niedojrzałego mango. Dla mnie mają wręcz nieprzyjemny zapach, gdy bezpośrednio wsadzi się nochal do torebki. I znów niespodzianka, gdy się go użyje. Smak mocno kwaśny, nadaje więc potrawom wyrazistości i cytrynowego posmaku. W razie braku można zastąpić sokiem z cytryny. Można używać do marynat. Świetny do sosów typu chutney.

Asafoetida (zapaliczka cuchnąca) – i tu wbrew nazwie ma najmilszy zapach ze wszystkich tych składników. Dla mnie oczywiście. Jest to wysuszona guma olejowo żywiczna wydzielana przez korzeń zapaliczki. Ułatwia trawienie i zmniejsza wzdęcia. Stosuje się ją do potraw wegetariańskich jako swoisty wzmacniacz smaku.

Trochę się nagadałam, ale oryginalny przepis znajdziecie pod tym linkiem.

 

ziemniaki z adżwanem (6).JPG


Ziemniaki z adżwanem

   4 duże ziemniaki,
   1 łyżka ghee lub oleju,
   4 suszone chili,
  ¼ łyżeczki asafoetida,
   1 łyżeczka adżwanu,
2,5 cm kawałek imbiru,
   1 łyżeczka amchur,
      posiekana świeża kolendra,
      sól.

   Ziemniaki wyszorować i ugotować w mundurkach do miękkości. Odcedzić, lekko przestudzić i jeszcze mocno ciepłe obrać. Wystudzić całkowicie, pokroić wzdłuż na ćwiartki, po czym w dużą kostkę. Imbir obrać i posiekać. Odłożyć.
   Rozgrzać wok lub ciężką patelnię z grubym dnem i dodać ghee lub olej. Kiedy się rozpuści wrzucić potargane w rękach chili i chwilkę podsmażyć, aż nabierze koloru i aromatu. Dodać asafoetida i adżwan, wymieszać i natychmiast wrzucić ziemniaki. Smażyć mieszając, aż lekko się zrumienią. Dodać imbir i smażyć nadal, aż imbir się zezłoci. Doprawić solą i posypać amchur. Wymieszać ponownie, posypać kolendrą, znów wymieszać i… podawać. Gorące.

 

ziemniaki z adĹźwanem (5).JPG

 

ziemniaki z adĹźwanem (1).JPG

Ewa


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Indyjskie curry czyli „Butter Chicken”

wtorek, 12 stycznia 2016 21:53

   Znowu zapachniało w naszej kuchni bowiem znowu sięgnęłam po indyjskie specjały. Butter chicken czyli kurczak w maśle. Normalnym. Nie ghee. I myliłby się ktoś, kto by tłumacząc dosłownie nazwał go maślanym. To nie masło, a przyprawy jak zwykle nadają mu charakter. Butter chicken to nazwa znana i używana na całym świecie, ale nie byłabym sobą gdybym nie sprawdziła jak to jest w języku hindi… murgh makhani. Danie co prawda pochodzi z Pendżabu – po raz pierwszy zostało zrobione w 1950 roku - ale moje prosto z Good Food. Tak wiele razy się przymierzałam do zrobienia, że nie miałam wyjścia, kiedy w najnowszym magazynie je zobaczyłam. Klamka zapadła.
   No i co? Ech… świetne. Choć nie powiem, żeby mi nie sprawiło problemu. Nie tyle samo danie, ile jeden ze składników, który specjalnie nie wpływa na smak, ale lekko zagęszcza całość nadając specyficznej struktury. Masło z orzechów nerkowca… Chwilka wahania, po czym… a co mi tam. Przecież nie zepsuję, no bo czym? Nie trzeba go posiadać by cieszyć się całością. I powtarzając za Magdą jej ulubione zdanie „jest ryzyko, jest zabawa” wzięłam się w sobie, i zrobiłam. I znów nie widzę powodów, aby tego nie powtarzać, nie przejmując się brakiem masła z orzechów nerkowca.
   Good Food poznałam znacznie wcześniej kupując jeden egzemplarz swego czasu w Londynie. Świetny miesięcznik kulinarny, więc bardzo żałowałam, że niedostępny u nas w kraju. A tu niespodzianka od zeszłego roku jest. A jak jest, to nie ma takiej możliwości, abym nie kupiła i nie zweryfikowała swojego nastawienia do czasopisma. O tyle mi łatwiej, że po polsku. No i wsiąkłam… To pierwsza co prawda rzecz, którą zrobiłam, ale nie ta pierwsza, którą chciałam. Tylko jak zwykle w życiu pewne rzeczy uległy przesunięciu. Pozwolę sobie podzielić się tym bardzo znanym daniem indyjskim i gorąco go polecić. Fajne, lekko pikantne dzięki garam masali i imbirowi. Bardzo łatwe i przede wszystkim osiągalne w naszych warunkach. Co prawda jest sugestia aby podać z duszonym szpinakiem, ale akurat szpinaku pod ręką nie miałam… Podałam sałatę rzymską z pomidorami – nic się nie pogryzło. No i jeszcze jedna rzecz, która świadczy o mojej niekompetencji. Znów zapomniałam posypać. Kolendrą. Kupiłam. Zapomniałam. Zużyłam do czegoś innego… Jakoś nam to nie przeszkodziło poczuć się w podróży i zachwycić daniem.

Źródło: Good Food styczeń 2016

 

butter chicken (2)_resize.JPG



Indyjskie curry czyli „Butter Chicken”

2,5 dag masła
    1 cebula,
    4 piersi kurczaka bez skóry,
    2 łyżki garam masala,
    3 ząbki czosnku,
    1 łyżka drobno startego imbiru,
    1 opakowanie passaty (500 g),
    2 łyżki masła z orzechów nerkowca*
  50 ml śmietany kremówki,
       sól,
       garść posiekanej kolendry.

* Zamiast masła użyłam dwóch małych garści nerkowców, które zmiksowałam z 3 łyżkami wody na gęstą pastę. Zwykłym ręcznym blenderem. Pasta świetnie się sprawdziła.

   Cebulę i czosnek obrać. Cebulę przekroić na pół i pokroić w piórka, czosnek zgnieść i drobno posiekać. Mięso oczyścić i pokroić w grubą kostkę.
   Na dużej patelni rozgrzać masło, wrzucić cebulę i smażyć 5 minut na średnim ogniu, mieszając aż zmięknie. Dodać kurczaka i smażyć, aż się lekko zrumieni. Dodać garam masala, czosnek, imbir i passatę. Wymieszać i gotować na bardzo małym ogniu bez przykrycia 20 minut.
   Tuż przed podaniem dodać do potrawy masło lub pastę z nerkowców i śmietanę. Doprawić do smaku solą i podawać posypane kolendrą, najlepiej z ryżem basmati.

 

butter chicken (1)_resize.JPG

Ewa


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Zupa z topinambura

niedziela, 10 stycznia 2016 21:33

   Po krótkiej przerwie powracam do topinambura. Ten powrót w tym momencie będzie czysto teoretyczny, bowiem w rzeczywistości ten smak towarzyszył nam do momentu, aż pokazało się dno obszernej torby. Każde danie udało mi się powtórzyć i utwierdzić w przekonaniu, że dobre to to nad wyraz. Sama zupa należy do tych leciuteńkich i bardzo delikatnych w smaku. Młody już się do niego przyzwyczaił i bardzo polubił, jednak taki z patelni różni się znacznie od tego w postaci zupy krem. Co prawda dawno przestałam się przejmować ochotami dziecka – wcale nie będąc wyrodną matką – ale zawsze to miło na sercu się robi, gdy wszystkim wszystko smakuje. Przez myśl przeleciała obawa, że może nastąpić kręcenie nosem, ale jak tylko spróbowałam to co wyszło… szybko umknęły wszelkie wątpliwości. Och… pyszna!
   Przepis znalazłam na stronce Simply Recipes. Zaglądam tam dosyć często robiąc te rzeczywiście łatwe dobrodziejstwa. Łatwe do przetłumaczenia, łatwe do zrobienia, tu na dodatek łatwe do strawienia. I po raz kolejny się nie zawiodłam. Się nie zawiedliśmy. Młody zupę zjadł, dołożył i zjadł. I już po. Pozostało rozwalające „nie ma więcej?” Niee… to nie jest głupie pytanie – głupie, bo skoro sam wylewał końcówkę na talerz, to logiczne przecież, że nie ma… To pytanie ma zaznaczyć, że nie obraziłby się, gdyby było więcej. W niedługim czasie powtórzyłam i szkoda była taka, że tylko tyle. No ale nie było więcej głównego składnika. Nie poradzę. Nie przeskoczę pewnych rzeczy.
   Zupę gorąco polecam. Wybitnie prosta. Doszłam do wniosku, że nie ma potrzeby w żaden sposób jej udoskonalać, bo to wszystko co ma w niej być, po prostu jest. Jedyną rzeczą, którą zmieniłam to ilość bulionu. Wolimy rzadsze kremy – i to dlatego. Wygląda bardzo elegancko i świetnie nadaje się na uroczysty obiad, przy czym niewiele przy niej pracy. No może poza obieraniem topinambura. Ale i jego ilość nie jest mała. Cieszę się niezmiernie, że miałam okazję go spróbować w różnych odsłonach. Licząc na to, że powróci do łask w całej swojej krasie. Tradycyjnie na zupę podaję moje przeliczniki – proszę mi wierzyć… sprawdziłam ile jest ile. Łatwiej każdemu przyjąć pewne składniki na sztuki niźli objętościowo.
Przepis oryginalny znajdziecie tutaj.

 

zupa z topinambura (2)_resize.JPG



Zupa z topinambura

   3 dag masła,
   1 średnia cebula,
   2 łodygi selera naciowego,
   2 duże ząbki czosnku,
   1 kg topinambura,
1,2 l bulionu z kurczaka,
      sól, pieprz.

   Cebulę i seler oczyścić, umyć i posiekać. Czosnek rozgnieść płaską stroną noża, obrać i posiekać. Topinambur umyć, obrać, umyć ponownie i pokroić na małe kawałki.
   W garnku stopić masło i podsmażyć na nim cebulę i seler mieszając aż zmiękną przez około 5 minut. Dodać czosnek i smażyć dodatkowo 1 minutę. Oprószyć solą. Dodać topinambur, wymieszać i wlać bulion. Zagotować, po czym zmniejszyć ogień i gotować pod przykryciem przez 45 minut na małym ogniu. Zdjąć z ognia i zmiksować na gładkie purée. W razie potrzeby podgrzać doprawiając solą.
Rozlać na talerze i oprószyć świeżo zmielonym pieprzem.

 

zupa z topinambura (3)_resize.JPG

Ewa


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Kluseczki dyniowe z jarmużem

piątek, 08 stycznia 2016 17:40

   Kolejna rzecz robiona przeze mnie bardzo, ale to naprawdę bardzo często. Kluseczki są rozkoszne nie tylko ze względu na swój intensywnie słoneczny kolor, ale przede wszystkim z powodu smaku. Delikatnością swojej struktury mają wszystkie inne kluski pod sobą. Rozpływają się w ustach niezależnie od tego z czym są podane. A można podać z mięsem, z warzywami, w towarzystwie sosów lub po prostu odsmażane na patelni – zwłaszcza na drugi dzień – gdy się podwoi proporcje. Często korzystając ze starego przepisu na proste Kluseczki dyniowe postanowiłam coś niecoś zmienić. Inna wersja tego samego dania daje nam możliwość odmiany wizualnej i smakowej.  
   Poza tym kilka dodatkowych uwag co do tworzenia klusek, które niestety wymagać będą od nas więcej poświęcenia. Jeżeli staniecie się właścicielami ogromnej dyni, to warto ją po prostu upiec. Pieczona ma bardziej intensywny smak i fajniej pachnie. Puści dużo soku (można go wykorzystać nawet do zwykłej zupy jarzynowej) i konieczne będzie jej odcedzenie. Ja zostawiłam na całą noc w sicie, tradycyjnie podzieliłam na porcje, i zamroziłam w sporych kawałkach. Przy czym już nie miksuję gotowego miąższu, ale go rozgniatam widelcem. Bardziej nam smakują, co nie znaczy, że robione według poprzedniej receptury będą gorsze. Absolutnie. Po prostu nieco inne.
   Teraz macie do wyboru kluseczki w starej odsłonie lub te w nowej – wzbogacone o odrobinę posiekanego (i mrożonego jarmużu), nieco przerobione… bo nie znoszę nudy. Te podałam z kotletami schabowymi bez kości duszonymi w sosie własnym z dodatkiem suszonych borowików. Od Zbyszka. Mówię Wam… jak fajnie jest mieć Zbyszka „pod ręką” w razie potrzeby. Albo Janusza z ogromną dynią za pasem. Dziękuję chłopakom ogromnie. Za wszystkie dostarczone do domu prezenty. Za ich smaki i aromaty…

 

kluseczki dyniowe (1)_resize.JPG


Kluseczki dyniowe z jarmużem

3 porcje (takie sobie…)

60 dag miąższu upieczonej dyni,
  1 jajko,
20 dag mąki tortowej,
  2 garście posiekanego jarmużu (może być mrożony),
     sól, pieprz,
     świeżo starta gałka muszkatołowa.

 

dynia pieczona_resize.JPG


   Dynię najlepiej upiec, choć można po prostu ugotować na parze. Jeśli chodzi o pieczenie, to wystarczy dynię pokroić na duże kawałki bez obierania, dokładnie oczyścić usuwając pestki i włókna, po czym umyć. Miąższ delikatnie posmarować oliwą i ułożyć na blasze wyłożonej folią aluminiową skórą do góry. Piec w 200°C przez 25-40 minut. Zależeć to będzie od grubości dyni. Przełożyć na sitko i odsączyć (zbierając cały sok, jeśli będzie użyty) najlepiej przez całą noc.

   Gotowy miąższ przełożyć do miski i dokładnie rozdrobnić widelcem. Wbić jajko, doprawić solą, pieprzem i gałką muszkatołową, i dobrze wymieszać. Dodać drobno posiekany jarmuż, w ilości tak naprawdę nam odpowiadającej – oczywiście oczyszczony i umyty. Ten mrożony wystarczy po prostu po wyjęciu z zamrażalnika rozkruszyć w dłoni. Wymieszać ponownie. Stopniowo dodawać przesianą mąkę - do momentu uzyskania dosyć gęstego ciasta. Może się zdarzyć, że cała mąką nie będzie konieczna do użycia. Masę śmiało da się mieszać trzepaczką rózgową.
   W dużym garnku zagotować osoloną wodę. Za pomocą łyżki formować kluseczki – zanurzając ją każdorazowo przed nabraniem masy w wodzie. Upuszczać kluski do wrzącej wody, poczekać aż wypłyną i gotować kilka minut. Można za pomocą dwóch łyżek formować knelki, ale będzie nas to kosztowało trochę więcej czasu.
   Gotowe kluseczki wyjąć łyżką cedzakową, przelać ciepłą wodą i podawać jako dodatek do… czegokolwiek. Nie będę specjalnie odkrywcza, gdy powtórzę – najlepiej smakują z mięsem w sosie o wyraźnym smaku.

kluseczki dyniowe (4)_resize.JPG

Ewa


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

czwartek, 21 września 2017

Licznik odwiedzin:  458 249  

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Statystyki

Odwiedziny: 458249
Wpisy
  • liczba: 263
  • komentarze: 393
Akcja: Nie kradnij zdjęć!

O mnie

W razie jakichkolwiek pytań do mnie, zapraszam do napisania pod adres: j.ewka@wp.pl