Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 239 349 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

O moim bloogu

Ten blog jest kontynuacją mojej kilkuletniej zabawy w pisanie na temat. Nie sądziłam, że wyczerpie mi się miejsce - stawiając raczej na własny zapał, bo z nim rzeczywiście różnie bywa. I nawet nie cho...

więcej...

Ten blog jest kontynuacją mojej kilkuletniej zabawy w pisanie na temat. Nie sądziłam, że wyczerpie mi się miejsce - stawiając raczej na własny zapał, bo z nim rzeczywiście różnie bywa. I nawet nie chodzi o gotowanie - to nieustannie robię z taką samą pasją - ale o czas i chęci pisania. Proszę więc wybaczyć mi chwile lenistwa, które z pewnością nastąpią. Mam też do Was wielką prośbę, dotyczącą moich rzeczy. Jeśli już kopiujecie tekst (nie mam zbyt wielkiego na to wpływu niestety) - podajcie źródło. Zdjęcia są nie do ruszenia... Są tylko moje i chciałabym aby moje tylko pozostały. Kilka moich rzeczy można spotkać w necie pod nickiem borgia. A wracając do kontynuacji... te opisy mojego kuchennego życia znajdziecie na stronce www.swiat-od-kuchni.blog.onet.pl. Zapraszam Was serdecznie do siebie.

schowaj...

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Różnorakie bułeczki z makiem

wtorek, 19 lutego 2013 19:58

   Z racji tej, że przytachałam ze sobą z podróży trochę drożdży suszonych... to reszta rodziny zmuszona jest do degustacji wszelkiego pieczywa. Niby drożdże instant można u nas kupić, ale zastanawiam się dlaczego w malutkich opakowaniach tylko. Z Tunezji przywlokłam 50 dekowe, z Anglii jedynie dziesięcio. Będzie mimo wszystko na dłuższy czas. To te zwykłe. Bowiem... kupiłam też drożdże instant activ. Szybciej działające, więc mniej czasu potrzeba na wyrastanie. Dostałam kiedyś takie od Pauliny, więc to dla mnie już żadna nowość. Po prostu wiem z czym mam do czynienia.
   Drożdże instant mają tę przewagę nad zwykłymi, że mogą znacznie dłużej leżeć bez skłonności do psucia się. Zwykłe co prawda można podobno zamrozić, ale nigdy tego nie robiłam, natomiast niestety muszę się przyznać, że często wywalałam te, które próby czasu nie wytrzymały. Do czego zmierzam? Do prostego stwierdzenia. Drożdże instant zawsze mam pod rękę, drożdży świeżych niestety nie. I bywa tak, że chcąc niechcąc używam w proszku. Kilka razy na szczęście. Tym razem jednak z premedytacją robiłam bułeczki na jednych i na drugich. Nie razem, ale dzień po dniu. I po to, aby upewnić się, że są po prostu pyszne.
   Cóż... różnica jest znaczna. W wyrastaniu - użyłam nie tych activ - uuu... sprawdzałam datę, więc nie to. Sporo czasu mają przed sobą, bo do 2014 roku. Zresztą aktywne w sensie działania są, bo bułki oczywiście wyrosły. Leniwie, bo leniwie, ale poszły... w objętość swą. Nie tak jak na zwykłych. Szybciej i mocniej. Tak więc czas.
   Smak - tu plus dla świeżych. Bułeczki w samym odbiorze nie powinny się różnić, jednak te puchate i bardziej miękkie są po prostu smaczniejsze. Niesamowicie smakują z masłem i miodem, lub masłem i pysznym dżemem. Albo z ricottą i miodem lub dżemem ;). A tak właśnie. Chociaż Młody robił sobie misterne kanapki z różnościami na początku pochłaniając jedną samą w sobie. Jeszcze ciepłą...
   Wygląd - wypada na korzyść instant. Całość utrzymuje się w ryzach. Bułeczki w rezultacie są mniejsze mimo znacznie dłuższego czasu im oddanego, ale przez to zgrabniejsze.
   Prpstota - tu się waham. Dla mnie w zasadzie wszystko jedno. Tu instant wrzuciłam do wody, chąc sprawdić czy działają. Sama na to bym nie wpadła tak ot - od pierwszego użycia. To było kolejne i dlatego jakoś długo mi się wydawało. Niby normalnie wzięłabym i wrzuciła do miski z mąką, ale tu odczekałam swoje aż się ruszą. Zwykłe po prostu rozpuściłam, wymieszałam z mąką i poczekałam dokładnie tyle samo, aby po prostu wyrosły. Tak więc w tym przypadku remis, którego nie biorę pod uwagę.
   Werdykt - 2:1 dla świeżych. Dlatego w nawiasach podaję dane dotyczące instant. Bo mogło być przecież odwrotnie. Werdykt ogólny? Dla nas są świetne. Bardzo nam smakują. Oczywiście posypać można czymś innym - w końcu wybór ziaren to tylko nasza działka i damy sobie to, to lubimy. Kształty też można nadać inne, ale ja się pobawiłam i zrobiłam różne - więc wybór różnych czy jednakowych, niekoniecznie akurat takich, to też tylko nasz kaprys. Bo umiejętości do tego nie potrzeba żadnych.

 



Różnorakie bułeczki z makiem

12 sztuk
300 ml ciepłego mleka,
 2,5 dag świeżych drożdży (lub 2 łyżeczki drożdży instant),
  50 dag mąki,
    1 łyżeczka soli,
    1 jajko.

Dodatkowo:
       mąka do podsypania,
    1 jajko do posmarowania,
       mak do posypania,
       tłuszcz do blachy.

   Do miseczki wlać 100 ml mleka i dodać drożdże. Dokładnie rozpuścić i dodać trochę mąki - tak mniej więcej 1 sporą łyżeczkę, czyli z lekkim czubkiem. Całość posypać jeszcze odrobiną mąki i tak odstawić na 15-20 minut. (Drożdże instant można jedynie rozpuścić w mleku i odłożyć na ten sam  czas).
   Do miski robota lub zwykłej dużej miski przesiać mąkę. Dodać sól, zaczyn (rozpuszczone drożdże instant) i jajko. Wyrabiając w robocie wlać pozostałe mleko i zagnieść całość najpierw na szybkich, a następnie na niskich obrotach. Robiąc ręcznie wymieszać całość dokładnie dodając stopniowo pozostałe mleko. W obu wypadkach przełożyć ciasto z miski na oprószony mąką blat i zagnieść. Z robota tylko przez chwilkę, natomiast ręcznie wyrabiać około 10 minut. Ciasto powinno być miękkie, ale przestać się kleić. Przełożyć do miski, przykryć i odłożyć na 40 minut (minimum 1 godzinę w przypadku drożdży instant) w ciepłe miejsce. W międzyczasie przygotować blachę, smarując ją tłuszczem.

 


   Wyłożyć ciasto na oprószony delikatnie mąką blat, odgazować, lekko zagnieść i podzielić na 4 równe części. Każdą z nich podzielić na 3 równe kawałki. Uformować bułeczki.

 

Plecionki:
   Z każdego kawałka uformować wałeczek długości ok. 40 cm. Gdyby opornie to wychodziło, to należy lekko zwilżyć wodą dłonie. Złożyć wałeczki na pół i owinąć wokół siebie. Końcówki mocno zlepić. Ułożyć na blasze.

 

Węzełki:
   Z każdego kawałka ciasta uformować wałek długości ok. 20 cm. Zawiązać w supełek i ułożyć na blasze.

 

Ósemki:
   Z każdego kawałka uformować wałek długości ok. 20 cm. Zlepić końcówki tworząc kółeczko. Jedną część krążka podnieść do góry i odwinąć na drugą stronę - przekręcając w połowie. Lekko docisnąć odwrócone brzegi do podłoża. Ułożyć na blasze.

 

Koniczynki:
   Każdy kawałek podzieić na 3 równe części. Uformować zgrabne kulki i połączyć po 3 sztuki w formie listka koniczyny Tej klasycznej, czyli trzylistnej ;). Przełożyć na blachę.

   Całość delikatnie przykryć ściereczką i najlepiej folią spożywczą na dodatek i odłożyć na 40 minut (znów 1 godzina). Ściereczka po to, aby folia się nie przykleiła. Folia po to, aby ciasto nie wyschło - żadna moja ściereczka nie spełnia tych wymagań.
   Po tym czasie nagrzać piekarnik do 200°C. W miesczce rozbełtać jajko i posmarować nim bułeczki. Posypać z wierzchu makiem - ilość wg upodobań. Piec ok. 15-20 minut - zerkając regularnie pod koniec. Powinny być zachęcająco rumiane.

 

Ewa


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Welcome to London

poniedziałek, 18 lutego 2013 22:05

   Już dłuższa chwila upłynęła od momentu, gdy przyszło się nam zderzyć z naszą rzeczywistością. Czy taką straszną? Zależy co weźmiemy pod uwagę... Najważniejsze jest to, że szczęśliwie wróciliśmy bogatsi o nowe wrażenia.
   Londyn.  Wylądowaliśmy na Gatwick, skąd musieliśmy się dostać do miasta. I poczułam się jak w "Misiu" - strajk? - bo autobusu nie było czasie. Faktem jest, że wylądowaliśmy mocno spóźnieni ze względu na pogodę w Krakowie. Jedna odśnieżarka jeżdziła po lotnisku i odśnieżała co się da. W Londynie nie było to potrzebne, ale bateria odpowiedniego sprzętu stojącego w pogotowiu wywołała u nas nagły  równoczesny atak śmiechu. Tak więc spóźnieni i trochę rozbawieni wylądowaliśmy na miejscu. Mąż biegły w angielskim szybko dowiedział się jak to zrobić, aby być najszybciej. Autobusy jeżdżą co 30 minut - mniej więcej. No tak. Ale nam się zdarza zepsucie pociągu. Notoryczne spóźnienia. Jazdy okrężną drogą. No to pewnie jak w wspomnianym "Misiu" trafiliśmy akurat na strajk. Tak sobie pomyślałam, nie wiedząc co mnie czeka w przyszłości. Tej niedalekiej. Strajku nie było, ale ze względu na pogodę - zimno jak u nas - nieprzewidziane trudności. Och... nie tylko my bywamy nieprzygotowani do zimy. 10 minut zapewniane przeodziło się w 20, ale nic to. Jesteśmy w końcu w Londynie. Wsiadając do autobusu - full wypas - myślę sobie, że ta godzinka szybko minie. Godzinka. Tak nastawiał mnie mój Kochany. Mówiąc, że to tylko 60 km. Te tylko 60 okazało się (po sprawdzeniu jeszcze przed podróżą) milami. No dobra. 1,5 godzinki i jesteśmy.

 


   W sumie nigdzie nam się nie spieszy, ale moja choroba lokomocyjna bywa uciążliwa. Tylko dla mnie. Po prostu się męczę. Dlatego nie przejmując się pięknymi widokami za oknem zapadłam w sen... Cholera... krótki sen. Obudziłam się tuż przed wjazdem do miasta. Patrzę na te nieciekawe domy. Kwadraciaki brzydkie jak nie wiem co. W dodatku podobno bardzo źle rozwiązane wewnątrz - ta informacja od mieszkających tam od dłuższego czasu. Małe klitki, wąskie przedpokoje i schody. Gdzie ten wielki świat? Minęliśmy "Leśną Chatę", kilka sklepików pod swojskimi nazwami, salon, w którym to następuje "układanie fryzur"... i jakoś radośniej się zrobiło. Fajnie. Coraz więcej fajnych domów pomimo iż to zwykłe szeregowce. Coraz bardziej jest o coś "zahaczyć" wzrok. Niestety coraz ciemniej... Już minęło 2 godziny, a my jeszcze mamy chwilkę. I nagle choć mocno skapcaniała wahając się między patrzeniem za okno a skupianiem się na lekkim kręceniu w głowie póki co otwieram gębę ze zachwytu. Tamiza. Oświetlona pięknie, a my właśnie przejeżdżamy przez most. Ślicznie. Po prostu ślicznie.
   Dotarliśmy. Teraz do metra. Ale może by tak coś zjeść? W samolocie rozwiązując krzyżówkę skupiłam się mocno na haśle "do łamania w koszyku z frytkami". Z reguły przy hetmańskiej skupiam się mocno, bo to niełatwe zadanie, ale skupiłam się tym bardziej, że pomyślałam o tradycyjny daniu, czyli fish and chips. Głośno więc zapytałam, czy jak będziemy na miejscu - bardzo przecież głodni - zjemy właśnie dokładnie to? Zjemy. No to git. Idąc do metra minęliśmy po drodze jedną knajpkę, która wcale nie zachęcała. Pomyślałam, że pewnie dużo takich w okolicy, i wszędzie. I tu się nie pomyliłam. Zaraz blisko następna. Wchodzimy. Fajnie.
- Hellou...
- Good evening...
   Uśmiechnięta dziewczyna z iskierką w oku zaprasza nas abyśmy usiedli. Przyklapnęliśmy nieco ciężko. Poszła po kartę, a ja zdążyłam powiedzieć "herbatę" i pomyśleć o dobrej angielskiej. Mamy kartę i przeglądamy. Dziewczyna poszła do kuchni a my się zastanawiamy. Halloumi z grilla na sałacie. Ja to chcę. Chcę spróbować w końcu tego sera. O i dorsza chcę. No z tymi frytkami oczywiście. Ale nie one tu grają pierwsze skrzypce. Okej.
- Dla mnie dorsz. Cod.
- Sea bass co to jest? Czy to okoń morski?
- Tak. Na bank okoń.
- A haddock?
- Hmmm... wydaje mi się, że to śledź. Nie... chyba nie. Morszczuk? Śledź to hareng. Taaa. To będzie morszczuk.
- Dobra, ja i tak okonia.
   Przychodzi dziewczyna. Połówka z uśmiechem zaczął po angielsku zamawiając dla siebie okonia po czym znów jak zwykle:
- A ty co chesz? - jakbym miała w zwyczaju zmieniać zdanie w ostatniej chwili. Nie lubię tego. Zagryzam jęzor i mówię dobitnie acz spokojnie:
- Ja chciałam i nadal chcę dorsza. I nie zapomnij o halloumi.
   I nagle słyszymy... Najczystszą polszczyzną...
- Halloumi już nie ma. Sibasa też nie. Ale polecam hadoka. Ewentualnie koda. Ale wszyscy specjalnie przychodzą tu na hadoka. - niestety nie umiała nam powiedzieć co to za ryba w wersji polskiej.
   Zjedliśmy ze smakiem. Dorsz był o niebo lepszy. Wielki płat ryby w genialnym cieście - delikatnym i chrupiącym. Pachnący delikatnie rybą i rozpływający się wręcz w ustach. Haddock? Też dobry, ale nieco mniej ;). Ważne jest też to, że dokładnie dowiedzieliśmy się jak bez kluczenia dojść do metra. Zadowoleni i najedzeni po uszy pożegnaliśmy się mówiąc wzajemnie nasze "Do widzenia".
   Z metrem nie było żadnych problemów. Szybko znaleźliśmy się na miejscu, dowiedzialiśmy się gdzie mamy wysiąść i... wsiedliśmy. Zimno coraz bardziej, ale nie przeszkadza to londyńczykom chodzić w lekkich koszulach czy podkoszulkach z krótkim rękawem. Szalik w tym zestawie chyba tylko na ozdobę... Czysta nonszalancja. Albo z gołymi nogami do półtrampek lub lekkich letnich bucików. Zrozum tu człowieka...
   No cóż. Wysiedliśmy z metra i jak tu trafić do hotelu? Kto nam pomoże?
- Mój przyjaciel sprzątający - mówiąc to mąż już przy panu w seledynowej kamizelce. Pytanie i szybka odpowiedź. Nieco dalej mapka, na której jasno widnieje miejsce, na które dostaliśmy namiary. Okej. Idziemy. To nie ja mam doskonałą orientację w terenie, ale nagle zaczęłam wołać...
- Tu. Tu... tu... tu... Na bank tu.
- Nie. Za blsiko. To z pewnością dalej.
No to poszliśmy dalej. Minęliśmy znajome nieznajome Tesco i znaleźliśmy się na bardzo ruchliwej ulicy.
- To nie tu...
- Tu... Tu... tu... tu... - role się odwróciy. Na chwilę.
- Nie, chyba jednak nie tu. O mój przyjaciel. - podbiegł, a ja słyszę jak pan każe nam się cofnąć... - Nie chę cię straszyć, ale za daleko poszliśmy.
- Taaaak? - trzeba znać nieomylność wieczną Połówki, żeby wiedzieć jak to zabrzamiało. - Pozwól więc, że poprowadzę.
   Jesteśmy. Co prawda przyznaję, że sama przeszłabym obok hotelu, ale na ulicy znaleźliśmy się bez najmniejszych problemów. Właśnie. Jesteśmy. Nie dostaliśmy jednak karty - chyba przez zapomnienie - więc chwilkę postaliśmy w ciemności, czekając, że może coś samo zaskoczy. Coś. Czyli co?
- Dobra, gdzieś mam kartę do bankomatu... - nastała jasność. Pomyślałam sobie, że taka karta ma jak widać wiele zastosowń. A Połówka niezły pomysł. Ale... A może? Otóż to. Jakbyście chcięli się dowiedzieć, to i bilet metra ma podobnie. Bez ryzyka, że się złamie niechcący, a my zostaniemy bez ewentualnych rezerw. Podskoczyliśmy jeszcze do Tesco na małe zakupy. Zakupy małe - ot takie, żeby coś było w razie potrzeby plus kilka niepotrzebnych rzczy. Puszka pysznych gruszek i pysznych śliwek. Jakieś ciasteczko w razie godziny "W", czyli złego samopoczucia. Galaretki mandarynkowe dla pożeracza galaretek. No i oczywiście obczajenie co jest. A było... Po powrocie kąpiel i spanko. Do jutra...


   Jutro szybko nastało. Śniadanko takie sobie. Nie mogłam się przekonać do fasolki. Zjadłam jedną kiełbaskę po raz pierwszy i ostatni podczas tego pobytu. Jajka sadzone jak dla mnie nie na śniadanie. Jednym słowem dwa plasterki bekonu na ciepło bez jaj, bułeczki i pomidorki na ciepło. Pyszne. Pomidorki najlepsze, choć potem wróciłam jedynie do tego co lubię najbardzie. Buła z lekko solonym masłem, trochę zieleniny i plasterek wędliny. Nie tak dobrej jak u nas, ale jak najbardziej okej. Potem kilka godzin sama - bo mąż na spotkaniu. Szydełko i rozwiązana krzyżówka hetmańska. Do końca. Nieźle. Sama nie wyjdę, bo kiepsko u mnie z angielskim mówionym. Pokazywanym zdecydowanie lepiej, ale w restauracji jakiejkolwiek to wręcz dobrze. Jakoś tam mam... I w sklepach, gdzie towar ładuję do koszyków... Więc po co wychodzić samej? Z moją orientacją w terenie na dodatek?
   Poczekałam. Okazało się, że umówieni jesteśmy z Anulką. Londyn to nie takie obce nam miasto. Co prawda po raz pierwszy w nim byłam, ale przyznaję, że czas spędziliśmy fantastycznie wśród znajomych. Tak więc piątek przypadł Ani. Umówiliśmy się pod stacją metra - najprościej. Potem metro, autobus i parę sklepów po drodze. Kupiłam kilka drobiazgów - do użycia w przyszłości. W kuchni oczywiście. Przede wszystkim paprykę wędzoną. Powiem szczerze, że załamka. Załamka a propos ilości tego co można tam kupić. Świeżego, choć nie tylko. Brukselka zielona i fioletowa jeszcze na łodygach. Pok choy, które dotknęłam osobiście biorąc do ręki. W opakowaniu było, więc niczego niepożadanego nie zostawiłam. Fasolki różne cały rok dostępne. Szpinak na kopy... i rukiew wodna, rukola itp. itd... za grosze. Różnego rodzaju chili i dynie piżmowe, uśmiechające się bez sensu. No tak... czekają na mnie...
   Nie znoszę zakupów. Chora jestem, gdy coś potrzebuję i muszę wybrać. Ale nie takie zakupy. Tam gdzie mam produkty spożywcze do wyboru głupieję... To chciałabym spróbować. To muszę zrobić. Ojej... a to?  Może powtórzyć to danie? Nie zabierać mnie do takich sklepów!!! I do księgarni.
   Przed autobusem jeszcze obiad. Weszliśmy do irlandzkiej restauracji. Karty w łapę i wybór - naprawdę trudny. Dobra. Niech będzie rumsztyk, ale proszę o dobrze wysmażony. Ania, dla której angielska wołowina ma zupełnie inny smak... wcale jej nie smakuje. Wzięła wieprzowinę. Połówka także rumsztyk ale blue. Stopień wysmażenia zawsze bliższy surowemu, skoro surowego nie podają... I podają. A jakże. Plamka sosu spod smażenia zabarwina na czerwono. A ja taka głodna jestem...
- Francja bis? - Pytanie w zasadzie do samej siebie. Ale odpowiedź błyskawiczna. Choć też w formie pytania.
- Za mało?
- Mhm... za mało. Patrz... - po przekrojeniu wyraźnie nie różowy nawet, ale lekko czerwona kreska.
- Zostaw na chwilkę.
   Jem te chipsy, czyli frytki. Czy oni podają ziemniaki w innej postaci. Frytki nie frytki. Cząstki ziemniaków, ale robine jak frytki. Z mrożonych ziemniaków poza tym. A niech tam. I tak dobre, choć słodkawe po rozmrożeniu. Ale ja miałam taką ochotę na mięso. Było gorące i po chwili rzeczywiście doszło. Do lekko różowego. Nie do wysmażonego, ale zdaję sobie sprawę, że poza patelnią jest to niemożliwe. Obok pieczarka brązowa z serem pleśniowym. I... pomidorki na ciepło. Podobno dodatek do prawie wszystkiego. O ile nie ma zielonego groszku. No i zjadłam ten kawał mięsa. Ba! Zjadłam z prawdziwym smakiem. Idzie ku lepszemu... Naprawdę super.
   Jeszcze dłuższa chwilka i jesteśmy u Ani. Herbata, wino... Chipsy. Ale tym razem chipsowe chipsy. Z ostrą papryką. I gadaliśmy, gadaliśmy, gadaliśmy... Długo po prostu się nie widzieliśmy. Ania opowiedziała co u niej, my co u nas. Czas powrotu. Przystanek Ania ma pod nosem - na nasze szczęście. Zimniej niż poprzedniego dnia. Bo wieje. Autobus, metro - gdzie znów rozebranych jak do rosołu kilku tubylców - i hotel. Od metra jakieś 3-5 minut. Trzy, gdy wiało zimniskiem ;). Spanko.


   Weekend. Całe 2 dni mamy dla siebie. I całe 2 dni mają dla nas Asia i Tomek. To dzięki nim zobaczyliśmy kawałek Londynu. Najpierw taki targ, gdzie wszystko można kupić. No prawie wszystko. Wypiliśmy po pysznej kawie u arabskiego właściciela niby knajpki. W towarzystwie shishy. Nawet kilku, bo na każdym stoliku stały. A niech towarzyszy... Wracając wleźliśmy "niechcący" do księgarni. I się zaczęło.
- O, poptarz na tę - Asia trzyma w ręce piękną pozycję za jedyne 4 funty.
- Ile? - pytam z niedowierzaniem. - Przecież to tylko 20 goli. Niemożliwe...
   Niemożliwe, abym tej książki nie wzięła.  I kilku innych... Miałyśmy niezłą rozrywkę. Mam taką nadzieję. Niestety mówię i za Asię, ale ja miała. Zerknęłam na każdą książkę kucharską. Popodziwiałam i zastanawiałam się jak to możliwe. Kilka pozycji stoi u mnie na półce w języku polskim, ale zapłaciłam znacznie więcej niż tam. W taniej chyba księgarni. Kilka pozycji chciałabym mieć - moich ulubionych kucharzy. Między innymi Billa Granger`a czy Donny Hay. No ale nie tym razem. Idę z książkami do kasy i słyszę jak Połówka  tłumaczy młodemu chłopakowi, że chciałby jedną gratis. Taki jest. Przyjemność mu sprawia każde takie zetknięcie. Między innymi dlatego zniechęca mnie do zakupów jakichkolwiek. A może to ja nie idę z duchem czasu? W każdym razie chłopak pytający wzrok kieruje na szefa.
Ja - daj spokój... - a szef:
- Nie da rady.
Zaskoczenie niemałe. Ale za chwilkę było większe.
- No ale 10% upuszczę.
   Pozwolę sobie więc powiedzieć, że sklep to fantastyczna księgarnia "Book Warehouse". Szef jeszcze fantastyczniejszy :). Nawet nie wie jaką radość mi sprawił. Trochę uszek na te książki poszło... Niestety nie umiem powiedzieć na jakiej ulicy była ta księgarnia. Nie zwróciłam uwagi. Bardzo ruchliwej...

 
Z serii "buty z kosmosu"... A było w czym wybierać. Kopniak z takiego musi boleć...


Tu zastanawiałam się przez moment, czy ktokolwiek byłby w stanie przejść w nich kilka metrów.

 
   Asia już kiedyś obiecała nam, że zabierze nas do tajskiej restauracyjki. Jej ulubionej. Mieszkali kiedyś w tej dzilnicy i bywali tam co tydzień. Teraz się przeprowadzili, ale z radka bo z rzadka - bywają. Wcześniej zahaczyliśmy o specjalny sklep. Złe słowo, bowiem Tomek specjalnie nas podwiózł w to miejsce. Udało mi się kupić rzecz, o której marzyłam. Termometr do mięsa. Kupiłam taki profesjolany. I kupiłam taki nieco inny, do gotowania. Kupiłam jeszcze kilka innych drobiazgów, bo jak mi się wydaje są mi niezbędne w kuchni. Nawet te dwie malutkie tortownice - to tak a propos Donny Hay i jej niesamowicie czekoladowego ciasta.
- Naprawdę są mi potrzebne - to zapewnienie skierowne do Połówki. Nie udało mi się kupić prostokątnej formy do tart.
   Przyszedł czas na fantastyczne tajskie jedzenie. Naprawdę fantastyczne. Właścicielka przywitała nas tak bardzo serdecznie, że aż mi się głupio zrobiło. Zrobiła przy okazji kilka wymówek Asi i Tomkowi, że tak rzadko zglądają. Nam zaś powiedziała, że to jej ulubieni goście i szkoda, że już nie mieszkają w okolicy. Usiedliśmy do stołu i zaczęliśmy rozglądać się po restauracyjce. Wszystko w klimacie. Obsługa tylko tajska, myślę, że w kuchni nie inaczej. Uśmiechnięte śliczne dziewczyny ubrane również odpowiednio. To wszystko sprawiało niepowtarzalny nastrój. Ale przyszedła czas wyboru...

 


Mąż zaczął od...


...a ja od.


Curry Asi,


wołowina tygrysia męża


z dodatkiem,


i mój okoń morski na parze.


   Na przystawkę sięgnęłam po pyszne ciasto won-ton z wieprzowiną. Misternie nadziewane w formie bardziej bułeczek niż pierożków - jak myślałam na początku. Na danie główne to ja poprosiłam  o owego sea bassa zwanego po prostu okoniem. Piszę sea bass, bo Mężowi tak spodobała się nazwa, że jedynie tego określenia już używa. Niech mu będzie. Więc sea bass na parze gotowany. Leciuteńki i fantastyczne. Przepyszny. Asia dała mi spróbować curry - jej ulubione. Spokojnie można było zjeść samo, z ryżem obok, lub też polać nim ryż. Asia jadła osobno. Curry bardzo smaczne i szalenie aromatyczne. Jadło się spokojnie... by za chwilę poczuć moc. Ono było ostre. Ale dziwne - nie na pierwszy rzut. Zamówiłam herbatkę jaśminową. Zieloną. I mało nie spadłam z wrażenia z krzesła. Wypiłam cały dzbanuszek, gdy podeszła kelnerka, wzięła dzbanek... i za chwilę zjawiła się ze świeżą herbatką. Nie to wprowadziło mnie w zdumienie - bo Asia uprzedzała, że herbata będzie stale, pomimo iż zamówi się jedną. Płacę za jedną... piję do końca mojego pobytu w restauracji. To, że Połówka wypiła mi połówkę drugiego dzbanka. On nie tyka zielonych herbat, a jaśminowe rzeczy go odrzucają samym zapachem. A herbata nie inaczej - pachniała jaśminowo.


   Po pysznym obiedzie wpadliśmy na chwilkę do Asi i Tomka. Po drodze kolejny sklep. Tu już nie dało się ukryć, że skupiałam się na rzeczach u nas niedostępnych. Niestety zawieruszyłam się w dziale "ciastowym". Drożdże, glukoza w płynie, marcepan w dużym kawałku. Mąką na chleb z suszonymi pomidorami i parmezanem (w gruncie rzeczy gotowiec taki sobie). Kuwertura czekoladowa. Kilka rzeczy wzięłam i odłożyłam z powrotem. Najchętniej cały dział bym wzięła - gdyby się tylko dało. Brakuje mi takich rzeczy. Semolina... nie będę przecież kupować semoliny. Maką do chapati. Gulem rzuciło po raz chyba setny. Dobra. Muszę szybko stąd wyjść. Aaaa... kilka barwników. Czerwony, różowy, pomarańczowy i zielony. Takie kupiłam. A było ich mnóstwo. Zamiast pomyśleć jaką szkołę się skończyło... i kupić podstawowe kolory. Czerwony, żółty i niebieski. Można zrobić z nich inne. Nie pomyślałam. Trudno. Odpuściłam drobiazgi zwane po prostu duperelami - "sypadełka" w formie kwiatuszków, serduszek, pałeczek, kamyczków, perełek, mini-żelków (żelek?) i tak dalej... Wszystko aby ułatwić i upiększyć życie. Taka dla Anglików normalność. Ta normalność spotęgowała się na dziale mięsnym. Już abstrahuję od sklepów mięsnych z rzeźnikiem za ladą. Spotkałam się z tym we Francji... Ale mówię o jakości i dostępności każdego mięsa. Oto widzę golenie wołowe czy cielęce, odpowiednio przycięte. I to osso bucco przeszło mi przed oczami. Tak samo od siebie. Ta jagnięcina - wcale przecież nie musiała być pokrojona i pięknie oczyszczona, bo umiem to zrobić sobie sama. Ale takiego udźca odpowiedniej wielkości i odpowiednio przyciętego z kością nie dam rady sama w domu zwykłym nożem przygotować. Nawet gdybym miała mięso... Te szynki wieprzowe ze skórą. Nic tyko wziąć i piec.
- No chodź. Kiedyś zrobisz - Połówka wyrwał mnie z marazmu. Nie da się ukryć, że tego najnormalniej w świecie zazdroszczę. Jakem człowiekiem. Zazdroszczę.


   U Asi i Tomka zagadaliśmy się nieprzeciętnie. Pyszna herbata, pyszne ciasteczka. Zostawiłam bagaż. Asia wysyłała swoje rzeczy, więc zapakowała i moje. Do hotelu wróciliśmy taksówką dosyć późno. Ledwo zdążyliśmy na śniadanie - w zasadzie zjedliśmy je w barze, bo już sprzątano salę główną. Zerkałam ciekawie na wszystkie strony, próbując zlokalizować na którą stronę wychodzą okna... I gdzie jesteśmy. Wielki ekran telewizora sprzyja korzystającym z piwa i drinków podczas meczów. Musi być nieźle w takich mimentach. Pewnie siebie samego trudno usłyszeć... W tym momencie cichuteńko. Nikt nam nie przeszkadzał. Zainteresowana spojrzałam na bar. Jedno miejsce oklejone banknotami ze świata. Nie wiem czy całego... ale polska dycha oczywiście też była. Uśmiech. Czy zawsze w takich momentach pojawia się uśmiech? Stawiam na to, że zawsze...


   Tak więc mamy niedzielę. Asia i Tomek zjawili się po nas koło południa. Okazało się, że mieszkamy w centrum, skąd bardzo blisko wszędzie. Poszliśmy prosto pod Buckingham, i choć nie mieliśmy czasu na herbatkę z Królową to zrobiło to na nas wrażenie. Zobaczyliśmy oczywiście Big Bena. Byliśmy w Soho. Minęliśmy sporo libańskich sklepików z dziwnymi warzywami na stoiskach zewnątrz. Nie wszystkie umiem nazwać... Hyde Park smutny o tej porze roku. Wszędzie niesamowicie czysto. O... salon Aston Martina, przy którym chłopaki spędzili trochę czasu. Brzydkie torebki w nim, i nic to, że idealnie pasują do koloru aut. Brzydka w nich w zasadzie była tylko cena... ale coś brzydkiego znaleźć musiałam. Żeby mi lżej było ;). I nic to, że obok był salon Pagani, a w nim samochód za 999000 funtów +... Vat. Nawet całkiem fajne... mimo iż to najdroższe auto jakie w życiu widziałam. Trudno będzie to pobić. W tym dniu kolejny polski akcent. Asia z Tomkiem znów zaprosili nas na obiad. Na chybił trafił tym razem. Weszliśmy do jakiegoś lokalu, ale niestety jesteśmy okropne. Szybko wyszliśmy, bo nam... dziewczynom znaczy... zapach nie odpowiadał. Za ostry. Nie ostrością przypraw. Ostrością piwska, frytek i takich tam. Do kolejnego nie miałyśmy żadnych zastrzeżeń. Tomek poszedł zamówić wymieniając uwagi po polsku z Asią. I oczywiście pani za ladą przestawiła ich na polski. Dodam, że tym razem zjadłam mocno wysmażony kawałek mięsa. Wręcz za bardzo deczko. No bo gdybym nie zjadła tego niedosmażonego... byłoby okej. Ech. Ciężko jest ze mną ;). Nie. Nie prawda. Zjadłam z wielką przyjemnością. A wcześniej zjadłam grzyby z gorgonzolą, zapiekane w ślicznych naczynkach z uszkami. Płaskich. Podane na deskach. Pani zza lady sama nas obsłużyła życząc smacznego.


Rewelacyjny zestaw hummusów Asi,


i grzyby z gorgonzolą, które nasza reszta zamówiła.


Tym razem mocno wysmażony rumsztyk z sosem od Tomka.



   Asieńko i Tomku. Bardzo Wam dziękujemy za ten czas nam poświęcony. Za te chwile, bez których Londyn nie byłby taki ciekawy. I taki radosny. No i taki smaczny :).


   Poniedziałek znowu trochę sama. Książki zostawiłam u Asi i Tomka, więc zajęłam się takim leniuchowaniem pożytecznym. Trochę nowej sewetki przybyło. Poznałam na wskroś etykietki przypraw, zastanawiając się gdzi etu kupić ciasto filo widziane w jednym sklepie, ale brak lodówki sprawił, że nie ruszyłam. Z bólem serca. I Tonkę. Przyznaję - nie udało mi się tego kupić. Szkoda. Po południu odwiedziliśmy kilka tych dziwnych sklepików w poszukiwaniu filo. Było tylko mrożone. Przecież bez sensu... Trudno. Za to przybyło trochę libańskich przypraw. Zobaczymy, co z tego wyniknie... Plany mam duże. Póki co powtały bułeczki ze szpinakiem. Ale o tym kiedyś...


   Wtorek spędziłam na pakowaniu. Nie za wiele tego, bo Asia mnie odciążyła, ale lecimy Easy Jetem. Ograniczenia bagażowe spore. Oby się tylko zmieścić w ciężarze. Tym dopuszczalnym. Lot wcześnie rano, ale dojazd długi. Metro w nocy nieczynne. Z mojej winy rozpoczęliśmy powrót tuż po pierwszej w nocy. Niestety... No tak. Wsiedliśmy nie na tym przystanku co trzeba. Najbliższy, bo tuż przy hotelu. Ale w przeciwnym kierunku. Kierowca na następnym przystanku pokazał nam odpowiedni. A my pukamy się w czoło, bo przecież tam ruch jest lewostronny. Ale wpadka. Ze śmiechem jednak poczekaliśmy na odpowiedni, w odpowiednim kierunku. Pani za kierownicą (w dzisiejszych czasach nie wiem jak o niej mówić, choć najchętniej powiedziałabym pani kierowca nie sugerując się ministrą czy marszłkinią) jeszcze pokazała nam w jakim kierunku mamy iść, aby dojść na dworzec autobusowy. Wykopki jakieś, więc wszystko trudne do ogarnięcia. Pomógł nam sympatyczny Włoch idący do tego samego autobusu, wracający do kraju na tymże Gatwick. Gdy dowiedział się, że jesteśmy z Polski... z uśmiechem przytaknął:
- Aaaa... Katowice...
   Jesteśmy w domu. Prawie. Wsiedliśmy do autobusu i tym razem zajęło nam to 1,5 godziny. No tak. Noc. Pusto. Szybko. I przyjemnie. Gatwick. Trochę czasu do odprawy mamy, więc można się przespać. Kto może, ten może... Ja nie umiem. Znów krzyżówka. Znów przyglądanie się z zainteresowaniem ludziom wracającym z jakiegoś ciepłego kraju... uśmiechnięci, wypoczęci, opaleni i... w dużej ilości w krótkich rękawkach. Ale mają dobrze. Mówię to z punktu widzenia potwornego zmarzlucha. Nastąpił moment przebudzenia. Połówki. Szybkie śniadanie w formie bułeczki z fajnym hiszpańskim chorizo, choć szkoda, że łagodnym. Mąż porwał mnie na mocną herbatę - na szczęście bez mleka. Co też było dla mnie zaskoczeniem. Jak zapomniał człowiek o zaznaczeniu, że chce czarną, to na bank przyniosą mu bawarkę. Tak więc herbatka - jak się miało okazać jedyna w tym dniu i nic to, że dopiero po siódmej. Rano. No i można powoli się zbierać. Odlot planowy, choć bez specjalnego odlotu. Póki co... Rozmyślając czego nie udało mi się kupić i bardzo żałując oczywiście... zasnęłam. Obudził mnie ten ulubiony moment kolegi - wlot do rękawa. Przełykanie śliny co chwilę aby wyrównać ciśnienie własne. I tak dłuższy czas. Oj... przewidziało mi się. Lecimy dalej, więc dalej "idę spać". Nie wiem ile minęło, bo sen spływa na mnie z prędkością błyskawicy. Pewnie w myśl zasady, której się trzymam - sprawiedliwi śpią dobrze. Po raz kolejny to samo odczucie. Tym razem raz a dobrze. Mąż też się obudził i gdy już nastąpiło ogólne rozprężenie złapał za telefon i dzwoni do kolegi, który miał nas odebrać.
- Cześć Karol. Jesteśmy. Dużo spóźnieni, ale jesteśmy. Tylko bagaże i możesz nas zgarnąć...
I nagle wcisnęło nas z powrotem w fotele. Zdrętwieliśmy i mowę nam odebrało. Dziewczyna siedząca obok z uśmiechem do mnie, słysząc słowa do Karola:
- Ale my wylądowaliśmy w Warszawie.
   Nie wierzę. Nie znam Balic na tyle, aby widzieć różnicę między tym lotniskiem a Okęciem. Połówka prosi kolegę o chwilkę i patrzy... patrzy i patrzy. I też nie wierzy, choć tę różnicę widzi. Jak? Dlaczego? Chwila wyjaśnień i zapewnienie, że pewnie wieczorem uda mu się dotrzeć do tego Jasła, do którego mieli jechać. No cóż. Personel samolotu prosił o chwilkę uwgi. Sytuacja w Krakowie ciężka. Cztery razy podchodzono do lądowania i zdecydowano się na Warszawę. Za godzinę ma się pogoda poprawić i mgła - główna przyczyna tej sytuacji - opaść zupełnie. Odliczanie minut. 60. 90. Następna wiadomość. Niestety wypad z baru. Z samolotu znaczy. Odebranie bagażu i sprawdzian organizacji. Pierwsze 30 minut w spokoju, gdzie każdy dochodził do siebie. Wyrzucono nas z lotniska informując, żebyśmy poczekali na autobusy, które po nas przyjadą - na zewnątrz. Dodam, że pogoda pod psem. Zimno i zacinający nieprzyjemny deszcz. Grupka angielskiej młodzieży u siebie w letnich niemal ciuszkach, teraz szczękała zębami zmieniając obuwie i ubierając szybko kurtki. Po 40 minutach stanęliśmy w przejściu. Pracownicy lotniska tylko wzruszali ramionami, ale nie to było najbardziej wkurzające. Dwa liniowe samolotu Warszawa-Kraków odleciały o czasie i oba zdążyły wylądować na miejscu. Ba! Ów Easy Jet bez pasażerów, czyli pusty poleciał... i wylądował. A my nadal w Wawie... To uważam za skandal. Abstrahując od faktu, że Katowice czy Rzeszów są bliżej. Lotniska cały dzień otwarte. Łatwiej dojechać, choćby i pociągiem. Polska właśnie! Po kolejnych 30 minutach łaskawie pojawiły się 3 autobusy. I przepychanka na wstępie z kierowcą, aby był tak miły i wysadził nas na dworcu autobusowym a nie na lotnisku. Z którego przecież i tak musimy na ten dworzec dotrzeć. Pomogło w przekonaniu dopiero głosowanie. 100% pasażerów przeciwko kierowcy. Śmieszne? Szczęśliwie tak się stało. Dwa pozostałe pojechały na... Balice. Podróż z Warszawy przebiegła spokojnie. Pan był na tyle miły, że na stacjach benzynowych się zatrzymał. Drugie śniadanie więc zjadłam sobie o godzinie... jakoś po dwudziestej. Zjadłam najpyszniej pachnącego hot-doga. I słowo daję, że był rewelacyjny. Gorący. Przesmaczny. Jak to niewiele trzeba... gdy żołądek do pleców przysycha. Jesteśmy w Krakowie. Dworzec kolejowy niedaleko. Pakujemy się do stojącego pociągu, Połówka biedny jeszcze po bilety... Chwilkę mamy do odjazdu, więc zdążył. Jedziemy. Już mi się marzy gorąca herbata i gorąca kąpiel.
A może na odwrót?
   Zaniepokojeni Rodzice co chwilkę dzwonią. Uspokajam jak mogę, że już ostatnia prosta. Syn jeszcze tę noc prześpi u Babci. Jedziemy. Uspokoiłam się na chwilkę. Na chwilkę... W Bochni nie wytrzymałam i pękłam. Po prostu się rozbeczałam, gdy okazało się, że czekamy, aby przepuścić jakiś pociąg do czy też z Krynicy. 30 minut. Najdłuższa podróż nieplanowana. Nie powinnam narzekać bo niedaleko? Bo byli i tacy, co do Zakopanego jechali. I dalej...
   Do domu dotarliśmy po pierwszej. 24 godziny? O nie... 25. Przesunięcie czasowe. Ale już spokój. Zimno - zaledwie 11 stopni, więc od włączenia pieca się zaczęło. Jak dobrze... A będzie jeszcze lepiej.
   Asia szybko dała znać, że wszystko możemy sobie odebrać. Więc odebraliśmy. Patrząc na załadowany wcale nie drobiazgami stół pomyślałam, że guzik... Warto było przeżyć ten powrót, bo warto było tam pojechać. Warto spotkać się z tak rzadko widywanymi przyjaciółmi, warto zobaczyć to, co inni mają do zaoferowania, warto zjeść miejscowe dania. I nawet jak się nie lubi bawarki, to przecież angielska herbata znana jest na całym świecie i uważana za jedną z najlepszych. Mocna, aromatyczna, koniecznie gorąca. No chyba, że jest to herbata w tajskim wydaniu. Mocna, aromatyczna, i... koniecznie gorąca. Po prostu było pysznie. Może inna firma lotnicza nastęnym razem...
   "Londyn. Nie ma takiego miasta. Jest Lądek. Lądek Zdrój." I znów cytat z ulubionego "Misia", który bawi mnie do łez. Do tej pory.


Podziel się
oceń
4
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

wtorek, 25 kwietnia 2017

Licznik odwiedzin:  445 066  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728   

Statystyki

Odwiedziny: 445066
Wpisy
  • liczba: 262
  • komentarze: 388
Akcja: Nie kradnij zdjęć!

O mnie

W razie jakichkolwiek pytań do mnie, zapraszam do napisania pod adres: j.ewka@wp.pl