Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 758 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

O moim bloogu

Ten blog jest kontynuacją mojej kilkuletniej zabawy w pisanie na temat. Nie sądziłam, że wyczerpie mi się miejsce - stawiając raczej na własny zapał, bo z nim rzeczywiście różnie bywa. I nawet nie cho...

więcej...

Ten blog jest kontynuacją mojej kilkuletniej zabawy w pisanie na temat. Nie sądziłam, że wyczerpie mi się miejsce - stawiając raczej na własny zapał, bo z nim rzeczywiście różnie bywa. I nawet nie chodzi o gotowanie - to nieustannie robię z taką samą pasją - ale o czas i chęci pisania. Proszę więc wybaczyć mi chwile lenistwa, które z pewnością nastąpią. Mam też do Was wielką prośbę, dotyczącą moich rzeczy. Jeśli już kopiujecie tekst (nie mam zbyt wielkiego na to wpływu niestety) - podajcie źródło. Zdjęcia są nie do ruszenia... Są tylko moje i chciałabym aby moje tylko pozostały. Kilka moich rzeczy można spotkać w necie pod nickiem borgia. A wracając do kontynuacji... te opisy mojego kuchennego życia znajdziecie na stronce www.swiat-od-kuchni.blog.onet.pl. Zapraszam Was serdecznie do siebie.

schowaj...

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Curry z ziemniaków i kalafiora

środa, 12 lutego 2014 13:48

   My jako grono Katolików popularnie katolami zwanych... mamy swoje zasady żywieniowe raz na tydzień i kilka razy w roku. Z trzymaniem się tych zasad bywa różnie, jednak nie mam zamiaru na nikogo z tego powodu krzyczeć czy też instruować co wypada, a co nie. O nie... Raczej chciałabym podsunąć fajną propozycję dania bezmięsnego - w zasadzie to nawet czysto wegetariańskiego - i z zupełnie inną kuchnią związanego. Łatwe danie, szybko się robi, i możemy mieć nieco inny obraz piątkowego popołudnia zasiadając przy talerzach. Rzecz jasna danie nie musi być w piątek podane :). Ale podać proponuję.
   Powiedziałam, że danie proste. Ba! Dziecinnie proste. Robiłam z własnym, bo postanowiłam, że najwyższy czas nauczyć się choć trochę gotować, aby kiedyś przynajmniej raz na jakiś czas mógł odciążyć swoją żonę. Czy zapamięta? Nie wiem, ale lepiej jest zaczynać od prostych potraw. Tak więc zaczęliśmy... I na wstępie usłyszałam: - Kalafior?!!! A po co? Miesza i gada... Wrzuca pomidory i gada... Wrzucam groszek - on gada... Po co kalafior. W końcu skończyło się na tym, że po prostu lubię. No tak... Tu muszę zaznaczyć, że nie we wszystkim lubię. Inaczej... Nie lubię gotowanego, a z bułką z bułką tartą nawet bardziej. Zjem kawałek gdy jest gorący bez niej, ale wolę go w zdecydowanie inny propozycjach, wielokrotnie przeze mnie sprawdzonych, ale nie zawsze przez Dziecię. Więc to tondranie na temat wiązało się z tym, że odziedziczył swoje podejście po mamie. No i to nie będzie dobre... Wcześniej jadał różnego rodzaju curry mięsne z niewielką ilością kalafiora również, i chyba po prostu nie zwrócił na to uwagi co jadł... Czy można tak? Jak widać można.
   Podano do stołu. Siadamy i proszę - Już bez gadania. Jak zjesz to opowiesz.
Zawziął się... W trakcie powiedział jedynie - za mało chili. Fakt, mogło być ostrzejsze. Dałam pół łyżeczki, mogłam całą. Myślę, że dla lubiących nieco mocniejszy akcent będzie to znakiem. Dać łyżeczkę koniecznie. Reszty nie zmienię następnym razem. Danie bardzo aromatyczne i naprawdę pyszne. Zjadł... Byliśmy we dwójkę, bo Połówka znów na wyjeździe. Nagłym i niespodziewanym. Planowałam dla wszystkich, a wyszło jak wyszło.
   Sobota rano. Sporo curry zostało. Mąż wraca po południu, ale to bez sensu - takie dania najlepsze świeże. Mnie chyba nic innego jednak nie pozostaje jak podgrzać. Hmmm... Zerkam sobie na dno gara, a tam ziemniaki... groszek, ziemniaki... I odrobina kalafiora.
- Młody!!!
- Tak mamo? - I już słyszę jak się śmieje...
- Co się stało z kalafiorem?
- A wiesz, taki był dobry na zimno.
   No masz. Na drugi raz mam spróbować z kurczakiem dołożonym do reszty. I czymś jeszcze. Sam nie wie co ma na myśli. Padła propozycja kukurydzy, na którą z pewnością się nie zgodzę. Może raczej fasolka czerwona. Jako kolorystyczny akcent, bo sam groszek w zupełności wystarczy. Ale... może by tak zamiast groszku bób? I kilka kostek dyni. Niezła chyba myśl. Się okaże. Z kukurydzą niech sobie sam kombinuje, bo już chyba umie. Mam taką nadzieję...

 

curry ziemniaczane (10).JPG



Curry z ziemniaków i kalafiora

  65 dag ziemniaków,
    1 średni kalafior,
    4 łyżki oleju arachidowego lub rzepakowego,
    1 łyżka mielonej kolendry,
 1,5 łyżeczki mielonego kminu,
 1/2 łyżeczki kurkumy,
    1 łyżeczka płatków chili (lub 1/2 łyżeczki jeśli wersja ma być łagodniejsza),
    1 puszka całych pomidorów,
    1 łyżeczka suszonej kolendry,
125 ml wody,
    1 szkl. mrożonego groszku,
    1 płaska łyżeczka soli,
       posiekana świeża kolendra lub natka pietruszki.

   Ziemniaki obrać, kalafiora dobrze oczyścić. Umyć warzywa i pokroić - ziemniaki w dużą kostkę ok. 3 cm, kalafiora na spore różyczki. Mieloną kolendrę, kmin, kurkumę i chili najlepiej przygotować wsypując do miseczki - aby mieć je pod ręką. Pomidory z puszki drobno pokroić usuwając plątającą się gdzieniegdzie skórkę i zielonkawe fragmenty po szypułkach.

 

curry ziemniaczane (2).JPG


   W dużym rondlu rozgrzać olej arachidowy na średnim ogniu i wsypać przygotowaną mieszankę przypraw. Wymieszać i dodać ziemniaki i kalafiora. Smażyć dobre 5 minut cały czas mieszając. Dodać pomidory, suszoną kolendrę, wlać wodę i dodać sól. Całość zagotować, przykryć i zmniejszyć ogień do minimum. Gotować 15 minut, po czym wsypać zamrożony groszek, świeżą kolendrę lub natkę, przykryć ponownie i gotować jeszcze 2-3 minuty. W razie potrzeby doprawić delikatnie solą.

 

curry ziemniaczane (6).JPG

Ewa


Podziel się
oceń
3
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Ciasteczka orzechowe z malinowym przebłyskiem

sobota, 08 lutego 2014 20:31

   No to dowaliłam raz. Na początku pomyślałam sobie, że w zupełnie innym miejscu - bo trochę zwątpiłam. Wątpiłam przez moment w to, czy ciasteczka wyjdą. Stało się to podczas wałkowania i wycinania ciasteczek. Ale w takich momentach człowiek rozgląda się za czymś pod ręką co ułatwi sprawę. No to sobie znalazłam pomocniczy sprzęt i poszło błyskiem... Więc nie tu. Na szczęście nie tu. Ja po prostu z rozpędu nie policzyłam ile ciasteczek wyszło. Nawet nie wiem w przybliżeniu. Ogólnym - 2 blachy pustych. O szczegóły proszę mnie nie pytać - następnym razem obiecuję policzyć.
   Ciasteczka zrobiłam z okazji Świąt Bożego Narodzenia, czyli niezłą chwilę temu. Same ciasteczka do tej pory pewnie by się zepsuły, ale przepis sam w sobie pozostał, o dziwo - wcale się nie zawieruszając nie wiadomo gdzie - co u mnie dosyć często ma miejsce. Od razu na wstępie opowiem o tych moich chwilowych wątpliwościach, czyli załamce. Ciasto zrobiłam z drobno posiekanych orzechów z czystej ciekawości i smaku, i zachowania się ciasta. O ile smak jest obłędny, o tyle ciasto jest kapryśne, bo kruszące się od samego początku. Rozwałkowanie nie będzie problemem, bo z reguły kruche wałkuję przykrywając folią spożywczą i na folii spożywczej. Tu musiałam jednak ze spodniej warstwy zrezygnować, podsypując jedynie mąką. Problemem okazało się przeniesienie ciastek z blatu na blachę. Przede wszystkim tych z dziurką... Bardzo pomocna okazała się zwykła łopatka metalowa, którą mam do nakładania kawałków ukrojonego i upieczonego ciasta. Łopatka pod ciasteczko... i srrru na blachę. Ufff... poważnie szybko poszło. Po upieczeniu pęknięte fragmenty (te pierwsze ciasteczka bez łopatki nie były idealne) zespoliły się w jedność, bez strat na jakości smaku przede wszystkim. Więc gdyby jakieś miało delikatny uszczerbek... proszę się nie martwić. Gotowe trzeba traktować bardzo delikatnie, bo sama przyjemność w tym, aby kruche było kruche. Takie ciastka najbardziej lubię, a te spełniają te kryteria. Delikatnie składać po dwa... Poza tym mocno orzechowe. A malinowy przebłysk stanowiła moja konfitura malinowa. Myślę, że dżem też spełni swoją rolę - zwłaszcza swój. Domowy. Dowalenie po raz drugi - nie wiem w jakiej ilości konkretnie, bo nakładałam prosto ze słoiczka. Ile łyżek poszło?
Następnym razem? Tu nie obiecuję...
Obiecuję jednak, że będzie słodko.

 

ciasteczka orzechowe (10).JPG



Ciasteczka orzechowe z malinowym przebłyskiem

20 dag orzechów włoskich,
15 dag cukru,
10 dag mąki,
  1 żółtko ugotowane na twardo,
10 dag zimnego masła lub margaryny,
  1 żółtko,
     mąka do podsypania,
     tłuszcz do blachy,
     konfitura malinowa do przełożenia (lub dżem).

 

ciasteczka orzechowe (1).JPG


   Do rozdrabniacza (robota z metalowym nożem) wrzucić dobrze przebrane orzechy (aby nie było wśród nich łupinek) i cukier. Całość drobno posiekać i przełożyć do robota z nożem plastikowym (lub tylko wymienić nóż). Dodać mąkę, pokruszone ugotowane żółtko i wymieszać przez krótką chwilę. Dodać zimne masło pokrojone w 1 cm kostkę i znów posiekać na kruszonkę. Dodać w końcu surowe żółtko i dokładnie wymieszać. Myślę, że połączenie w ten sposób wszystkiego ręcznie nie będzie skomplikowane. Masło tradycyjnie najlepiej rozetrzeć w palcach lub za pomocą widelca. Po dodaniu żółtka po prostu zagnieść ciasto.
   Ciasto podzielić na dwie części. Każdą owinąć w folię spożywczą formując płaski krążek - co zdecydowanie ułatwia rozwałkowanie ciasta. Na dwie części, bo lepiej w trakcie obróbki jednej z nich, trzymać drugą w lodówce. Do tej lodówki właśnie wsadzić ciasto na minimum 1 godzinę.
   Nagrzać piekarnik do 160°C.

 

ciasteczka orzechowe (6).JPG


   Wyjąć jedną część ciasta, rozwałkować na oprószonym mąką blacie na grubość około 3 mm (najlepiej przykryć w tym momencie kawałkiem folii spożywczej) i wyciąć foremką ciasteczka. Niekoniecznie kwiatuszki - mogą to być nawet zwykłe krążki (te chyba będą najłatwiejsze w obsłudze). W połowie wyciąć otworki. Oczywiście najpraktyczniejsze będą foremki w komplecie - z dziurką i bez niej. Metalową szpachelką przenieść ciastka na natłuszczoną blachę. Piec około 15 minut.

 

ciasteczka orzechowe (8).JPG

 

   Wyjąć blachę, zostawić na niej ciasteczka przez około 1-2 minuty i za pomocą tej samej lub innej przydatnej szpatułki (u mnie metalowa "krajalnica" do dzielenia ciasta) zdjąć ciastka ostrożnie z blachy. Powtórzyć oczywiście operację z resztą ciasta. A resztki zagnieść i znów rozwałkować...
   Wystudzone ciasteczka przełożyć konfiturą lub dżemem malinowym. W dniu pieczenia są kruche. Na następny dzień robią się kruche nieco inaczej - lekko wilgotnieją od konfitury.
Mmmm... chyba nawet lepsze :).
Ewa


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Gulasz koźlęcy

wtorek, 04 lutego 2014 10:42

   Kozina... Bardzo rzadko spotykane w naszym kraju mięso. W zasadzie to żaden chyba sklep nie mam jej w swojej ofercie. Dlaczego? To chyba bardzo głupie pytanie, skoro u nas nie można kupić jagnięciny czy też baraniny. Więc pewnie koziny tym bardziej. Szkoda wielka. Jeśli jednak komuś uda się na cokolwiek załapać - polecam. Dzisiaj gulasz z większych okrawków ładnego mięsa.
   Trochę się bałam - zanim mięso dostałam - czy sobie poradzę. Czy aby nie będzie śmierdzieć (nasłuchałam się różnych dziwnych informacji na temat), i najważniejsze - czy będzie smaczne? Nie ma to jak samemu sprawdzić. Poradzić sobie musiałam z rozbiórką tuszy - bo wyjścia innego nie było. Przy okazji poznałam dokładnie kościec nowej zwierzyny, ale pewnie i tak następnym razem podzielę dokładnie tak samo. Co do zapachu - już na wstępie się dowiedziałam, że przy kozach nie było capa, więc mięso samo od siebie też nie "capi". To prawda. Powiem, że jagnięcina ma zdecydowanie mocniejszy zapach niż mięso kozie - zwłaszcza ta starsza. Mam na myśli oczywiście większe zwierzę, a nie odleżenie się jakiegoś kawałka mięsa... Tak więc mięsa prawie w ogóle nie czuć, i na dodatek bardzo łatwo odchodzą z niego wszelkiego rodzaju błony i tłuszcz. Na dobrą sprawę parę razy wystarczyło tylko mocno pociągnąć jakiś płat, a pokazywał się piękny kawał mięsa. Dodam, że od obecności męskiej populacji koźlej w gronie zależeć też będzie zapach mleka i wyrobów z niego. Nie ma capa, nie ma mocnego akcentu. No ale wracając - w tej chwili do najważniejszej części dotyczącej mięsa - smak... Mięso delikatne i bardzo, ale to bardzo kruche. Rozpadające się w ustach praktycznie samo. Jest pyszne.
   No to gulasz mam za sobą. A nawet dwa. Niestety nie zrobiłam zdjęcia drugiego, bo czasu zabrakło. Niemniej jednak za drugim razem gulasz był z dodatkiem chili i podałam z makaronem - zupełnie inny, zdecydowanie ostrzejszy, ale równie dobry. Z drobniejszych resztek mięsa zrobiłam kotlety mielone - fantastyczne. Zrobione w gruncie rzeczy tradycyjną metodą, ale zdecydowanie nietradycyjnie smakują. Nie będzie ich, no bo każdy z nas ma swój ulubiony przepis na mielone i będzie mógł w razie potrzeby zrobić te dokładnie tak samo, zyskując jednak nowy smak.
   A my? A my w tym wszystkim mamy kolejne mięso "zaliczone". Każde traktuję jako materiał do zrobienia czegoś, co wydaje mi się pyszne. Oczywiście moje smaki nie muszą wszystkim odpowiadać - jak to w życiu. Chcę tylko powiedzieć, że usłyszałam kiedyś zdanie, że dobry kucharz powinien wszystkiego spróbować, aby wiedzieć co i jak. Jak smakuje, jak się zachowuje, i ile czasu potrzeba. Do dobrego pewnie mi daleko, ale jednego jestem pewna - jeśli czegoś nie lubię, to ja najpierw to spróbowałam i wiem dlaczego. Mówię o rzeczach w naszej tradycji  jadalnych. Kozina jest jadalna, i to bardzo... Jest wręcz wybornym mięsem. Jeszcze ani kawałka nie zepsułam, i postaram się trzymać formę. Proszę nie bać się tego mięsa. Gorąco polecam coś z niego zrobić.

 

gulasz kozlecy.JPG


Gulasz koźlęcy

  80 dag mięsa z koziny,
    2 łyżki oliwy,
    1 cebula,
    2 ząbki czosnku,
 1/2 łyżeczki listków tymianku,
300 ml wody,
       sól, pieprz,
    1 łyżeczka masła,
    1 łyżeczka mąki

 

gulasz kozlecy (1).JPG

 

gulasz kozlecy (2).JPG


   Mięso dokładnie oczyścić z tłuszczu i błon (już tak przygotowanego wyszło mi bliżej 90 dag, ale przecież ani czas, ani metoda się nie zmieni), pokroić w dużą kostkę - ok. 4-5 cm. Cebulę obrać i pokroić w kostkę. Czosnek obrać, rozetrzeć w moździerzu z odrobiną soli, po czym dodać tymianek i rozetrzeć ponownie. Odłożyć.
   Rozgrzać oliwę w rondlu na mocnym ogniu, i wrzucać partiami mięso. Smażyć mieszając, aż się mocno zrumieni ze wszystkich stron. Dodać cebulę i smażyć cały czas mieszając jeszcze około 5 minut, aż się zeszkli. Dodać pastę z czosnku i dokładnie wymieszać. Zalać wodą, dokładnie zedrzeć wszystkie resztki z dna rondla (jest takie piękne określenie w języku francuskim - déglacer - i bardzo mi brakuje polskiego wydania tego słowa, bo dziwnie brzmi "zdeglaserować"). Doprawić pieprzem i dusić 60-70 minut. Zwrócić uwagę na mocno odparowaną wodę, którą należy co jakiś czas uzupełnić, choć niekoniecznie w takiej ilości.
   W międzyczasie wymieszać masło z mąką. Gdy mięso będzie już miękkie, dodać maślaną masę do sosu i delikatnie mieszając, powoli rozpuścić. Sos powinien zgęstnieć. Odparować do pożądanej konsystencji, gdyby był za rzadki. Doprawić koniecznie solą i ewentualnie pieprzem.
   Podawać z kaszą, ziemniakami z wody lub makaronem. U mnie była surówka z kiszonej kapusty, ale każda sałata pięknie się będzie komponowała.

 

gulasz kozlecy (8).JPG

Ewa

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

czwartek, 21 września 2017

Licznik odwiedzin:  458 213  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
2425262728  

Statystyki

Odwiedziny: 458213
Wpisy
  • liczba: 263
  • komentarze: 393
Akcja: Nie kradnij zdjęć!

O mnie

W razie jakichkolwiek pytań do mnie, zapraszam do napisania pod adres: j.ewka@wp.pl