Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 247 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

O moim bloogu

Ten blog jest kontynuacją mojej kilkuletniej zabawy w pisanie na temat. Nie sądziłam, że wyczerpie mi się miejsce - stawiając raczej na własny zapał, bo z nim rzeczywiście różnie bywa. I nawet nie cho...

więcej...

Ten blog jest kontynuacją mojej kilkuletniej zabawy w pisanie na temat. Nie sądziłam, że wyczerpie mi się miejsce - stawiając raczej na własny zapał, bo z nim rzeczywiście różnie bywa. I nawet nie chodzi o gotowanie - to nieustannie robię z taką samą pasją - ale o czas i chęci pisania. Proszę więc wybaczyć mi chwile lenistwa, które z pewnością nastąpią. Mam też do Was wielką prośbę, dotyczącą moich rzeczy. Jeśli już kopiujecie tekst (nie mam zbyt wielkiego na to wpływu niestety) - podajcie źródło. Zdjęcia są nie do ruszenia... Są tylko moje i chciałabym aby moje tylko pozostały. Kilka moich rzeczy można spotkać w necie pod nickiem borgia. A wracając do kontynuacji... te opisy mojego kuchennego życia znajdziecie na stronce www.swiat-od-kuchni.blog.onet.pl. Zapraszam Was serdecznie do siebie.

schowaj...

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Mieszanka przypraw do frytek

piątek, 27 lutego 2015 22:15

I nie tylko…
   Tak na dobrą sprawę ostatnio coraz więcej możemy kupić wszelakiej maści mieszanek. Jedna do mięsa już nie wystarczy, więc pokazują się takie do pieczeni wołowej, do mięsa mielonego, do kurczaka, wieprzowiny, samych żeberek… Do makaronów. Ba! Do spaghetti samego. Ziemniaków, masła… I pomyśleć, że takie uniwersalne kiedyś jak sól, pieprz i papryka - przestały wystarczać. Ciekawi smaków sięgamy po mieszanki ziół, mieszanki różnych pieprzów, soli z dodatkami. Ma to ułatwić nam decyzje i usprawnić życie w kuchni. Szczerze? Potwornie nie lubię z gotowców mieszanek, które zawierają cukier. A zwłaszcza tej do drobiu… Bo nie da się ukryć, że z ciekawości próbuję – zwłaszcza kiedy takie mieszanki dostaję. No ale przecież o to właśnie w tym wszystkim chodzi, aby kierować się własnym smakiem i własnymi preferencjami.
   Mieszanek w życiu zrobiłam kilka. Jedne udane, inne mniej… Wrzucam tester w formie rodzinnych uwag i daję sobie spokój, lub też powtarzam aż mi się nie znudzi, albo bokiem nie wyjdzie… I właśnie to czas kolejnej powtórki, bo… choć mieszanka nie przeszła pozytywnej opinii Młodego i Ukochanego a propos samych frytek, o tyle mnie i kolegom Młodego z tymi frytkami wybornie smakuje.
   Do samych frytek nie podchodzę entuzjastycznie, bo przeraża mnie ilość obieranych ziemniaków, ale jeśli dziecię wpadnie w szał (a przy okazji i kumpla zgarnie do tego) nie mam nic przeciwko temu, a nawet wprost przeciwnie – jestem za. Smażeniem zajmę się sama, bowiem oczy mam i widziałam jak Mistrz Podwórka w Robieniu Frytek czyli mój mąż podchodził do problemu, pomimo iż zawsze wywalał mnie z kuchni. Nie ze mną te numery… A mrożone frytki nas nijak nie pociągają. Frytki frytkami i dla mnie z przyprawą są świetne. Chłopcom przyprawa z kolei genialnie smakuje z pieczonymi cząstkami ziemniaków (tu prycham na nich wciąż, choć wiem, że ziemniaki pieczone zupełnie inaczej smakują niż smażone), kurczakiem właśnie i… żeberkami. Te ostatnie doprawiam jeszcze pieprzem, papryką i chili, bo trochę ich za mało w owej mieszance.
   No dobrze… ale po co robić jak można kupić. No nie wiem czy można kupić u nas akurat mieszankę przypraw do frytek – nie zwróciłam uwagi na to czy aby taka jest, a jakbym zwróciła, to i tak bym jej nie kupiła. Bo w tej robionej w domu wiemy co jest – sami sobie wybieramy składniki. Nie ma żadnych konserwantów poza solą naturalną. Nie ma polepszaczy smaków. Chcemy mniej pikantną – dajemy mniej ostrych przypraw. Zawsze możemy dodać odrobinę cukru – jeśli lubimy. Już wiecie, że ja nie lubię, ale smaki są różne. Nie macie płatków chili – dodajcie zwykłej lub pieprzu cayenne w nieco mniejszej ilości. Wolicie mocniejszą – zawsze jest czas dorzucić trochę. Używając do czegokolwiek pamiętać należy, że sól zachowuje swoje działanie i jest jej wystarczająco dużo i dosalać nie trzeba. Ani frytek, ani ziemniaków, ani mięsa – o ile potraktuje się je słuszną racją mieszanki. Pozostaje li tylko się zdecydować ten pierwszy raz.

 

przyprawy do frytek (7).JPG



Mieszanka przypraw do frytek

2 łyżki soli,
3 łyżeczki słodkiej papryki,
2 łyżeczki suszonej natki pietruszki,
2 łyżeczki ziół prowansalskich,
2 łyżeczki cebuli suszonej,
1 łyżeczka soli czosnkowej,
1 łyżeczka czosnku granulowanego,
1 łyżeczka mielonego pierzu,
1 łyżeczka płatków chili (lub chili w proszku).


   Wymieszać składniki w misce i przesypać do szczelnego pojemniczka. Na przykład niedużego słoiczka. Używać według uznania do frytek, pieczonych ziemniaków, drobiu lub żeberek. Można dodać do panierki, ale zdecydowanie lepiej wymieszać przyprawy z mąką niźli z bułką tartą – pamiętając o tym, że sporo w niej soli.

 

przyprawy do frytek (1).JPG

 

przyprawy do frytek (5).JPG

Ewa


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Rillettes z kaczki

czwartek, 26 lutego 2015 14:36

   Długo podchodziłam do tego tematu. Długo odkładałam wpis – „na potem”. Długo przetrawiałam – jak dokładnie opisać prostą, lecz paradoksalnie skomplikowaną rzecz. Długo wybierałam odpowiednie zdjęcia – bo wyjątkowo dużo ich „natrzaskałam” – jakbym i bez tego problemu nie miała… No ale nastał ten czas, więc dziś chciałam Was zaprosić na francuską specjalność – choć tym razem wykonaną moim sposobem – czyli rilettes.
   Od czegoś musiało się zacząć… Z rillettes oswajałam się lata temu przeglądając francuskie stronki. Efektem jest robione do pewnego czasu jedynie „Rillettes wieprzowe”, z myślą… że kiedyś tam zrobię z kaczki. A to za sprawą dostępności powszechnej wieprzowiny – na ówczesne czasy. Teraz można już wszystko kupić od ręki, więc jest zdecydowanie łatwiej. Pisząc to mam na myśli moje miasto. Kaczka spadła mi niemal z nieba – dostaliśmy ofertę kupna, więc szybko z niej skorzystaliśmy. Bez wahania. Wylądowała co prawda w zamrażalniku, bo to moja wina – ja się z myślą musiałam przez chwilę oswajać. A tu nagle… bach. W jednym z komentarzy Zbyszek wspomniał o zrobionym przez siebie właśnie pysznym rillettes. I to był najlepszy bodziec.
   Zanim zrobiłam to konkretne, czyli dzisiejsze… to robiłam dwukrotnie nieco inaczej i nieco inne. Mając już wstępne doświadczenie, zdecydowałam na zmiany. O poprzednim nie zapominam, ale to wydaje nam się dużo smaczniejsze. Bo bardziej wyraziste. Kuchnia francuska delikatną jest – z korzystałam oczywiście z iście francuskiego przepisu, używając i przypraw z samej Francji przywiezionych, często używanej przez samych Francuzów do różnych potraw, w tym i deserów. Tym razem chciałam coś udziwnić i zrobić rillettes znad Białej i Dunajca. A co!
   Ważne niezwykle uwagi – kaczki bywają różne. Moje (wszystkie trzy, jakie zdążyłam przerobić na wyśmienite smarowidło) były zdecydowanie mało tłuste, choć były wiejskimi ptaszętami, karmionymi dobrze i naturalnie. Może wybiegane? A może po prostu nie tuczone nadmiernie. Obierając kaczkę ze skóry należy zatrzymać wszystkie, ale to wszystkie kawałki tłuszczu. Ja je odcinam od mięsa, ale zatrzymuję. Wytopią się całkowicie. Boleję nad tym, że tłuszczu z kaczki czy gęsi nie można u nas kupić. Nauczona zdecydowanym brakiem tegoż wezmę pod uwagę wszystkie dobre rady Zbyszka – gdy tylko będę miała okazję. Póki co brak tłuszczu uzupełniam zwykłym wieprzowym smalcem. Sprawdza się, ale wiem, że smaku kaczego czy gęsiego to nie dogoni. Trudno. Przyznaję. Mam świadomość. I teraz – ściągając skórę z ptaka, należy zrobić to bardzo ostrożnie i delikatni, aby jak najmniej ją potargać. Fajnie by było, gdyby była w całości. Ona będzie potrzebna, choć w rzeczywistości w pewnym momencie i tak się ją wywali. Gdybyśmy mieli jednak do czynienia z kawałkami kaczki – bo dlaczego nie można zrobić tego z fragmentów? Jest taki sposób – przykryć kawałkiem pergaminu. Ale o tym potem.
   I teraz jeszcze kilka słów – co jest największym problemem. Dla mnie, bo sama obrabiam kaczuchę. Ptak jest duży, ja mam chude ręce, choć ponoć w miarę długie paluchy i sprawne. Przyda nam się nóż do filetowania, świeżo naostrzony, bo trzeba mięso delikatnie, choć nie całkowicie – wytrybować. Zaczynam od piersi… Nie… myślę, że powinnam to zrobić w przepisie. Ok. Kości zachować. Potrzebne będą, tak jak ciężki (najlepiej żeliwny) rondel z grubym dnem i szczelną pokrywką. No właśnie! Wydałam na taki niemało, ale mogę piec w nim chleby, dusić kaczkę lub zapiekać każdą zupę. To genialny wynalazek ułatwiający życie. W każdym razie mnie.
   Całość wymaga sporo czasu i trochę skupienia. Skomplikowane jest przygotowanie całości czyli obróbka mięsa (coraz szybciej mi to idzie). Proste duszenie, w czasie którego mamy wolny czas na inne pożyteczne rzeczy. Potem dłuższa chwila stania, ale cieszącego – wśród zapachów i smaków. Zawsze coś możemy „dziubnąć” przy okazji, uważając przy obgryzaniu kości. Nie mówię tego bez kozery… łapczywość bywa bolesna. Gotowe rilletes cieszy długi czas. Albo nam się wydaje, że będzie cieszyło, bo wystarczy jeden Młody, aby znikało w mgnieniu oka…

Zbyszku dziękuję za pchnięcie...

 

rillettes z kaczki (19).JPG



Rillettes z kaczki

  1 kaczka w całości - najlepiej tłusta,
  1 łyżeczka majeranku,
 ½ łyżeczki tymianku,
  2 ziarna jałowca,
    sól, pieprz,
  1 cebula,
 20 dag smalcu*,
100 ml białego wytrawnego wina,
100 ml wody.

* Najlepiej wytopionego tłuszczu z kaczki lub gęsi

   W przeddzień kaczkę dokładnie umyć i osuszyć ręcznikiem papierowym. Ułożyć na dużej desce – najlepiej plastikowej. Ostrym nożem najlepiej do filetowania odciąć kuper i bezmięsne końcówki skrzydełek – wyrzucić. Naciąć skórę wzdłuż piersi – od szyi do samego końca. Delikatnie i ostrożnie – aby nie uszkodzić – oderwać ją od mięsa, pomagając sobie w razie potrzeby nożem. Odciąć piersi od kości i przełożyć do dużej szklanej miski. Systematycznie dodawać każdy nowy kawałek mięsa. Odciąć udka od korpusu – wyjmując je ze skóry. Ta powinna pozostać w całości. W ten sam sposób potraktować skrzydełka, wyjmując jedynie z luźnej skóry. Odciąć korpus od szyi, szyję oczyścić ze skóry, gruczołów i żył. Przy okazji – systematycznie – oczyszczać z nich mięso i kości zachowując jedynie odkrojony tłuszcz. Kolejność odcinanych rzeczy zależy od naszej tylko wygody – chodzi o to, aby jak najmniej naruszyć skórę (najlepiej wcale). Wszystkie kawałki kości pozostawić.

 

rillettes z kaczki (2).JPG


   Wymieszać w miseczce majeranek, tymianek (można użyć świeżego), posiekany drobno jałowiec, sól - licząc około 1 łyżeczkę soli na 1 kg mięsa - i pieprz. Oprószyć mięso i mocno wetrzeć. Ułożyć ciasno z powrotem w misce razem z wykrojonym tłuszczem i kościami, przykryć dokładnie skórą - stroną wewnętrzną do dołu - i wsadzić na noc do lodówki.
   Na drugi dzień obrać i grubo pokroić cebulę. Wyjąć mięso z lodówki i przełożyć do ciężkiego rondla z grubym dnem starając się na spodzie ułożyć tłuszcz, kości, szyję i skrzydełka, po czym udka i piersi. Dodać cebulę, pokrojony na duże kawałki smalec, wlać wino i wodę. Przykryć ponownie bardzo dokładnie skórą – wciąż stroną wewnętrzną do dołu – i dusić 2 godziny pod szczelnym przykryciem. W momencie braku skóry w całości (gdy się ma do czynienia już z pokrojoną kaczką na przykład – zdjąć z niej skórę tak czy tak i rozłożyć na mięsie) wyciąć okrągły arkusz pergaminu nieco większy od średnicy rondla i przykryć nim całość układając tak, aby brzegi papieru podniesione były do góry na brzegach rondla. I oczywiście przykryć pokrywką. W rondlu powinno być jak najmniej miejsca do odparowania.
   Po tym czasie usunąć skórę i wyrzucić (ewentualnie pergamin). Przykryć i dusić jeszcze 1,5 godziny. Mięso będzie samo odchodziło od kości.

 

rillettes z kaczki (9).JPG

 

   Wyjąć je i rozdrobnić widelcem, usuwając przy okazji wszystkie kości i kosteczki. Będzie miało to znaczenie przy obieraniu skrzydełek i szyjki.

 

rillettes z kaczki (11).JPG

 

   Rozdrobnione mięso wrzucić z powrotem do rondla i zebranego w nim tłuszczu, Dobrze wymieszać, spróbować i ewentualnie doprawić. Przełożyć do miseczek szklanych lub ceramicznych, przykryć arkuszem folii spożywczej i wsadzić do lodówki. Po całkowitym stężeniu smarować ulubione pieczywo.
   Jeśli ma się dostępny własny tłuszcz z kaczki – oczywiście w sensie własnego wytopienia – można rozpuścić go w rondelku i zalać przygotowane porcje. Oryginalne rillettes powinno mieć nawet 1 cm warstwę czystego tłuszczu na powierzchni. To „nawet” traktuję czysto umownie…

rillettes z kaczki (20).JPG

Ewa


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Sałatka ze szpinakiem, boczkiem, fetą i słonecznikiem

środa, 25 lutego 2015 14:04

   Tak sobie pomyślałam, że jeszcze nie tak dawno w momencie kiedy brakuje pachnących świeżych warzyw, cieszących kolorami i różnorodnością smaków było nudno. Nudno bo monotonnie. Dzisiaj nie jest tak źle, choć jeszcze daleko nam do tych dziś zerwanych i dziś zjedzonych. Jeszcze chwilę przyjdzie nam poczekać. Jednak nawet w środku zimy – jaka by tam ona nie była – też może być radośnie i zielono. A to mieszanki sałat z przebłyskiem czerwonego radicchio – mojego ulubionego. A to roszponka w śmiesznych kępkach… jeszcze tak niedawno bardzo mało popularna. Rukola czyli rokietta z orzechowym przebłyskiem. Sałaty dostępne przez cały Boży rok. I szpinak…
   No właśnie. Myślę, że każdy już – kto szpinak lubi i zjada – zna go pod różnymi postaciami. Świetnie nadaje się chyba do wszystkiego. Inaczej – z pewnością do wszystkiego. Nawet do słodkich ciast, choć to trochę dziwnie zabrzmi. A ponieważ mam dostęp do takiego J, więc dlatego śmiało to mówię. Nie będę jednak zapraszać na ciasto, bo dzisiaj znów chciałam zaprosić na fajną i mocno zieloną sałatkę. Ze świeżego szpinaku. Z dodatkami…
   Nad sałatką myślałam chwilę, bowiem chciałam zrobić ją na przyjście znajomych. Niestety… ponieważ to nowa rzecz – zostawiłam na sam koniec. Choć w zasadzie zostawiłam na ten koniec tylko dlatego, żeby szpinak nie zwiądł, tylko pozostał świeżutki. Czyli zrobić należało tuż przed podaniem. I nie zdążyłam… Nawet się nie przyznałam do tego. Na szczęście była inna w zamian. Co się odwlecze nieco, to sobie zjemy bez pośpiechu. Na drugi dzień. A co najważniejsze – ocenimy, czy dobre, czy takie sobie. Najgorszej wersji nigdy nie zakładam, choć w życiu wszak różnie bywa… No ale czy tak naprawdę można zepsuć sałatkę? Ze szpinaku na dodatek? Sam szpinak z każdym winegretem przecież będzie dobry. Nie dla każdego… ale my lubimy. I to mam nadzieję się nie zmieni. Jeszcze nie tym razem…
   Sałatka nie wymaga żadnych umiejętności, ale wymaga ubrania fartuszka. To w momencie smażenia boczku na chrupko – ten pryska niemiłosiernie. Za to poprawia niesamowicie nastrój. Zieleń podobno działa uspokajająco, a taka soczysta dodatkowo jeszcze cieszy. Szpinak oczywiście kupiłam w opakowaniu szczelnym i sugerującym, że przez kilka dni nic temu się nie stanie… Jednak słusznie podchodzę do problemu nieufnie i nie naśladuję tych, co to bezpośrednio z worka wyrzucają na talerz. Ja ten szpinak zawsze myję, i przy okazji przebieram. I radzę to samo. Nie ma uproś. A jak umyjemy wrzucając listki do miski z zimną wodą, to zobaczymy, co niechcący podajemy dodatkowo… Nawet zdjęcie zrobiłam, ale nie będę psuła nastroju. Myjąc i przebierając odrywam przy okazji łodyżki. Zdecydowanie lepsze liście są bez nich. Piszę też na wyrost – feta, choć używam favity. Ktoś komu ona nie wystarcza swobodnie może zastąpić prawdziwą fetą. Ja staram się inwestować jednak w polskie produkty, no chyba, że nie mam takiej możliwości, albo coś za bardzo lubię. Przyznaję. Nie wszystko nasze jest tak dobre, jak oryginał. Ser jednak i smakiem i konsystencją mi w tym przepisie bardzo odpowiada. Zapraszam na prostą i pyszną sałatkę dla lubiących szpinak.

 

salatka szpinakowa (17).JPG



Sałatka ze szpinakiem, boczkiem, fetą i słonecznikiem

15 dag świeżego szpinaku baby,
 3 łyżki ziaren słonecznika,
15 dag boczku w plasterkach,
15 dag favity lub fety,
 4 łyżki oliwy extra vierge,
 1 łyżka octu balsamicznego,
 1 duży ząbek czosnku.

   Szpinak przebrać, dobrze opłukać i oderwać łodyżki. Zostawić do odcieknięcia na sicie, po czym przełożyć do salaterki.
    Na patelnię bez tłuszczu wrzucić ziarna słonecznika i podpiec delikatnie, uważając aby nie spalić. Przełożyć do miseczki i wystudzić.

 

salatka szpinakowa (4).JPG

 

   Tym razem na patelnię – nadal bez tłuszczu - wrzucić boczek. Smażyć aż stanie się rumiany i chrupiący. Przełożyć na ręcznik papierowy i osączyć. Gdy wystygnie, połamać na kawałki. Favitę pokruszyć widelcem – wygodnie jest to zrobić w miseczce lub na talerzu. Tłuszcz z patelni odlać, patelnię przetrzeć jedynie ręcznikiem papierowym.
   Szpinak posypać boczkiem i słonecznikiem. Przemieszać z grubsza. Do miseczki wlać oliwę i ocet balsamiczny, wcisnąć przez praskę czosnek. Dobrze wymieszać widelcem i wlać na tę samą patelnię. Mocno podgrzać i gorącym sosem polać sałatkę. Posypać pokruszonym serem i podawać.
Wszelkie przyprawy w tej sałatce są zbędne.

 

salatka szpinakowa (15).JPG

Ewa


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Rustykalne chleby

poniedziałek, 16 lutego 2015 19:44

   Tak… dzisiaj chleby. Konkretnie dwa spore bochny. Zrobiłam z myślą o spotkaniu w gronie przyjaciół, a teraz myślę, że pracy przy nich trochę jest, więc zdecydowanie warto z całości te dwa bochny – bawiąc się raz a hrubo. I dłużej (czy tak długo znowu, to nie wiem…) cieszyć się pysznym chlebem w wiejskim stylu.
   Znalazłam przepis na stronce „The Fresh Loaf”, gdzie sama nazwa odpowiednio mnie nastawiła. „Świeży bochen” już poczułam. Zarówno to, jak pachnie, jak i wyobraźnia podziałała względem smaku, tego rozkosznego momentu wgryzania się w ciepłą kromkę z chrupiącą skórką… Ogromnie mnie cieszy, gdy zrobię jakąś nowość i odkroję ten pierwszy kawałek. Albo oderwę – tak traktuję zawsze bagietki i bułki. I ten pierwszy kęs… Ciepły chleb nie ma sobie równych - jeśli chodzi o smak. Dobry ciepły chleb. A ten jest fantastyczny. Stronka znów była szczęśliwym trafem, i chyba z niej długo nie wyjdę. Mam w przygotowaniu jeszcze jeden do szybkiego zrobienia, bo postanowiłam tak stopniowo odkrywać całość. Tak lubię. Zawsze niespodzianka może się powtórzyć, no chyba, że na ten najlepszy właśnie trafiłam i od niego zaczęłam ;). No ale do rzeczy…
   Jest jedna rzecz, którą zmieniłam. Dodałam już w konkretnym cieście więcej wody. Myślę, że to tylko mogła być kwestia użytej mąki – dosyć często się to zdarza – ale najprawdopodobniej przyczyną był fakt, że wzięłam ilości podane w szklankach. Było mi po prostu łatwiej niż w podanych uncjach. Biorąc pod uwagę, że szklanka to 13 dag mąki… wychodzi mi na to, że przelicznik „szklankowy” zawiera więcej mąki. Ilość dodanej wody niby niewielka, ale mająca znaczenie. Ja powiem po prostu tak – cokolwiek byśmy nie robili, to ciasto powinno być miękkie. Jeśli nie spełnia tego wymogu – dolać wody, mleka, serwatki… płynu, którego akurat używamy. Robić to stopniowo. Ja z reguły dodaję po prostu po łyżce. Wrabiam i czuję na ile jest ok. Musi dać się łatwo formować.
   A propos formowania. Nie ma znaczenia jak uformujemy. Ja nadałam im klasyczny wygląd – na zdjęciu Floyda różnią się diametralnie. Nie wiem też dlaczego mój chleb ma wyraźnie bardziej zwarty miąższ (co nie znaczy, że jest gnieciuchowaty), ale myślę, że to z powodu wyrabiania w początkowej fazie w robocie wielofunkcyjnym. Ostatnie dwa kawałki zaczynu wrobiłam ręcznie, starając się uzyskać wspomniany przez autora efekt – lekkich smug jaśniejszego ciasta. Nie uzyskałam, bo… za bardzo przyłożyłam się do pracy. Jakoś tak z automatu mi poszło. Chleby są mało słone. Ogólnie nam najbardziej odpowiadający przelicznik soli względem ciasta to 1 łyżeczka na 50 dag mąki. Tu soli jest tyle samo, ale mąki znacznie więcej, i… w niczym to nikomu nie przeszkadzało. Chleba już nie ma. Piszę o tym, bo na szczęście więcej jej nie dodałam, choć kusiło bardzo… Aaa… Mam piekarnik standardowy, czyli nie za wielki. Chleby mi - podczas rośnięcia jeszcze – się po prostu „zrosły”. Pomyślałam, że nawet dobrym piekarniom się to zdarza, ale chodzi o to, że drożdży w cieście jest stosunkowo niewiele, a chleby rosną… Jak na drożdżach ;).
„The Fresh Loaf” to prawdziwa skarbnica przepisów na chleb. Warto zerknąć. Przepis oryginalny znajdziecie tutaj. Ważne – chleb należy zacząć wieczorem lub późnym popołudniem dnia poprzedniego.

 

rustykalny chleb (16).JPG


Rustykalne chleby

Zaczyn:
 3,5 szkl. mąki tortowej (w oryginale chlebowej),
310 ml wody,
  ½ łyżeczki soli,
 1/8 łyżeczki drożdży instant.

Ciasto:
 2,5 szkl. mąki tortowej,
 1,5 szkl. mąki żytniej lub razowej (lub mieszanki obu),
375 ml ciepłej wody + 45 ml,
  ½ łyżeczki soli,
  ½ łyżeczki drożdży instant,
     przygotowany wcześniej zaczyn.

rustykalny chleb (2).JPG

 

rustykalny chleb (3).JPG

ciasto wstępne po 16 godzinach


   Do miski wlać wodę i wsypać do niej drożdże. Przesiać mąkę i wymieszać z solą, po czym wlać doń wodę i po prostu wymieszać. Ja po prostu wsypałam całą mąkę do wody i wymieszałam najpierw drewnianą łyżką, a następnie ręką. Wymieszać tak, aby cała mąką była mokra – w razie potrzeby dodać odrobinę wody (nie było potrzeby). Ciasto powinno być dosyć zwarte. Przykryć i odstawić na 16 godzin. Jeśli jest bardzo ciepło, to wystarczy 12 godzin. Jeśli natomiast potrzebujemy zrobić wcześniej – bo wieczorem nie damy rady – wystarczy schować je do lodówki.

 

rustykalny chleb (5).JPG


   Na drugi dzień, czyli po upływie czasu przeznaczonego na wyrośnięcie… wymieszać wszystkie składniki ciasta, ale bez zaczynu. Dodatkowe 45 ml wody dodawać stopniowo, aż do uzyskania miękkiego ciasta. Można to zrobić w robocie. Po kawałku odrywać zaczyn i dodawać do reszty ciasta – wrabiając systematycznie, aż się skończy. Ten etap też można wykonać w robocie, biorąc pod uwagę słowa autora, że „delikatne” smugi jasnego ciasta mogą pozostać widoczne, i że w robocie nie ma na to szans… Ręcznie zagniatać 10-15 minut.

 

rustykalny chleb (7).JPG


   Wsadzić ciasto do miski – osobiście proponuję ją wcześniej lekko natłuścić oliwą i obtoczyć delikatnie w niej ciasto. Przykryć i odstawić na 2,5 godziny do wyrośnięcia. Po 50 minutach jednak wyjąć ciasto, odgazować, delikatnie rozciągnąć na prostokąt i złożyć na 3 części. Odwrócić o 90° i znów złożyć na 3, naciągając nieco brzeg i formują niezgrabną w rzeczy samej kulę. Wsadzić do miski, ponownie przykryć i po kolejnych 50 minutach powtórzyć operację. Ta procedura pomaga w wytwarzaniu się w cieście glutenu.
   Po wyrośnięciu podzielić ciasto na 2 równe części – lepiej po prostu zważyć, aby bochenki upiekły się równocześnie. Uformować kule, przykryć czystą ściereczką i arkuszem folii (nawet zwykłą reklamówką) i odłożyć na 5-10 minut. Po tym czasie uformować bochenki chleba w ulubionym kształcie i odłożyć na blachę wyłożoną pergaminem, albo stolnicę, jeśli blachę mamy tylko jedną (niemożliwe!). Znów przykryć ściereczką i folią i odłożyć na 75, 90 minut do wyrośnięcia.

 

rustykalny chleb (11).JPG


   W międzyczasie nagrzać piekarnik do 220°C z blachą na środkowym poziomie. Tuż przed wsadzeniem chleba włożyć do piekarnika miskę z gorącą wodą, więc dobrze jest to wszystko sobie przygotować. Chleby – wg mnie – oprószyć mąką i ozdobnie naciąć, choć można jedynie naciąć. Zrobić to bardzo ostrym nożem lub żyletką. Szybko wsadzić do piekarnika miskę z wodą, po czym jednym zdecydowanym ruchem – trzymając w rękach blachę z ciastem - pociągnąć za pergamin z chlebami i zsunąć razem z nim na gorącą blachę. Piec 20 minut, zmniejszyć temperaturę do 180°C i piec kolejne 20-35 minut. Piekłam 35 minut po redukcji ciepła.
   Gotowy chleb wyjąć na kratkę i na niej przestudzić. Podawać z czym tylko ma się ochotę, lub do czego ma się ochotę. Można się chwalić niezmiernie – bo jest czym.

 

rustykalny chleb (13).JPG

 

rustykalny chleb (17).JPG

Ewa


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Lekka sałatka z kurczaka i winogron

czwartek, 12 lutego 2015 16:35

   Naprawdę wyjątkowo lekka, a może być jeszcze lżejsza. Tak pomyślałam sobie, że dla pragnących zadbać o jeszcze mniejszą liczbę kalorii  - jogurt „0%” tłuszczu mógłby być zastosowany. Niestety ja go nie używam. Jakoś nie mam przekonania do rzeczy light, a poza tym należę do grona szczęśliwców… Doszłam do wniosku, że lekkość sałatki jest dwojaka. Właśnie przez lekkość kaloryczną, i w gruncie rzeczy lekkość masy całościowej – w niczym nie ujmującej smaku. Po zjedzeniu nie poczujemy się ciężko, a w ustach pozostanie lekki smak ziół i soczystych winogron. No tak… winogrona wszak należą do najsłodszych owoców z największym indeksem glikemicznym… ale zawsze to przecież owoce. A sama fruktoza dużo łatwiej przyswajalna, i wyjdzie nam tylko na zdrowie.    Tak naprawdę to nie bardzo się na tym znam – znaczy co osobom odchudzającym się jest zakazane. Niemniej jednak sałatka jest po prostu pyszna i zdecydowanie mniej kaloryczna od tych majonezowych. Sos stanowi tylko jogurt. Zrobiłam ją z gotowanej piersi kurczaka – podanej ilości nie trzeba się ściśle trzymać. Pierś będzie mniejsza – mniej zjemy. Wycięłam polędwiczki, bo zależało mi na w miarę równej i soczystej kostce. Ja je zużyję do czegoś innego, i póki co wylądowały w zamrażalniku. Doszłam też do wniosku, że najlepsze będą winogrona bez pestek, ale niestety – biorę co jest. Są z pestkami, to je wydłubię. Nożykiem delikatnie. Miałam do wyboru co prawda jasne i ciemne, ale tu bez zastanowienia capnęłam za ciemne – jakiś inny akcent kolorystyczny by się przydał.    Pomyślałam też, że… Niee… Nie tak. Mąż mi zwrócił uwagę swoim „dlaczego?”. A dlaczego kurczak nie jest upieczony? Więc pomyślałam, że w gruncie rzeczy mógłby być, lecz całość już może zapomnieć o lekkości i jasności kształtów i smaku. Oczywiście sałatka wtedy już przestanie być mało kaloryczna, choć pewnie smaczna też będzie. Ale przecież… to zupełnie inna sałatka będzie. Obiecałam, że spróbuję. Nie wiem kiedy. Nie wiem, bo wcale nie mam na to ochoty. Ona zwyczajnie tak mi smakuje bardzo. Mężowi też – pytanie padło podczas krojenia mięsa. Jednak z zasady nigdy nie mówię „nigdy”!

 

salatka z kurczaka i winogron (12).JPG



Lekka sałatka z kurczaka i winogron

50 dag mięsa z piersi kurczaka,
40 dag ciemnych winogron,
  1 ogórek sałatkowy (ok. 20 cm długości),
12 dag mieszanki sałat (1 opakowanie).

Sos:
20 dag jogurtu greckiego,
  1 łyżka soku z cytryny,
    sól,
  1 pęczek natki pietruszki,
  4 łyżki posiekanej świeżej bazylii.

Wywar:
   1 l wody,
   1 marchewka,
   1 łodyga selera naciowego,
   1 liść laurowy,
   2 ziarna ziela angielskiego,
   1 ziarenko jałowca,
     sól.

   Marchewkę obrać i umyć – można pokroić w plasterki, selera oczyścić i umyć. Wrzucić do garnka, zalać wodą i dodać przyprawy. Posolić. Przykryć i zagotować. W międzyczasie umyć i oczyścić mięso – kostki obojczykowe (o ile są) lepiej pozostawić, lecz polędwiczki lepiej usunąć. Gdy woda w garnku zawrze – wrzucić mięso, zagotować ponownie i zmniejszyć ogień do minimum. Przykryć częściowo i gotować 25 minut. Odkryć i najlepiej wystudzić w wywarze – ogólnie można go zużyć do dowolnej zupy.
   Z mięsa usunąć kostki, po czym pokroić w dużą kostkę – około 2,5 cm. Mięso oczywiście. Wrzucić do miski. Ogórka umyć i obrać. Przekroić wzdłuż na ćwiartki i pokroić na ćwiartkowe plasterki (czy istnieje wyraz „ćwierćtalarki”?) grubości 6 mm. Winogrona umyć, usunąć ostrożnie pestki – jeśli nie udało nam się kupić bezpestkowych – i wszystko wrzucić do kurczaka. Całość delikatnie przemieszać.

 

salatka z kurczaka i winogron (4).JPG


   W miseczce wymieszać jogurt z sokiem z cytryny i solą do smaku. Niewielką ilością – tak dla przełamania kwaskowatości. Natkę umyć i posiekać, Dodać razem z bazylią do sosu i wymieszać. Zalać składniki w misce i wymieszać dokładnie, choć delikatnie.
   Na płaskim półmisku wyłożyć mieszankę sałat. Na niej rozłożyć przygotowaną sałatkę i podawać.

 

salatka z kurczaka i winogron (8).JPG

Ewa

Zapisz


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

niedziela, 25 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  449 891  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
232425262728 

Statystyki

Odwiedziny: 449891
Wpisy
  • liczba: 263
  • komentarze: 392
Akcja: Nie kradnij zdjęć!

O mnie

W razie jakichkolwiek pytań do mnie, zapraszam do napisania pod adres: j.ewka@wp.pl