Bloog Wirtualna Polska
Są 1 253 893 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

O moim bloogu

Ten blog jest kontynuacją mojej kilkuletniej zabawy w pisanie na temat. Nie sądziłam, że wyczerpie mi się miejsce - stawiając raczej na własny zapał, bo z nim rzeczywiście różnie bywa. I nawet nie cho...

więcej...

Ten blog jest kontynuacją mojej kilkuletniej zabawy w pisanie na temat. Nie sądziłam, że wyczerpie mi się miejsce - stawiając raczej na własny zapał, bo z nim rzeczywiście różnie bywa. I nawet nie chodzi o gotowanie - to nieustannie robię z taką samą pasją - ale o czas i chęci pisania. Proszę więc wybaczyć mi chwile lenistwa, które z pewnością nastąpią. Mam też do Was wielką prośbę, dotyczącą moich rzeczy. Jeśli już kopiujecie tekst (nie mam zbyt wielkiego na to wpływu niestety) - podajcie źródło. Zdjęcia są nie do ruszenia... Są tylko moje i chciałabym aby moje tylko pozostały. Kilka moich rzeczy można spotkać w necie pod nickiem borgia. A wracając do kontynuacji... te opisy mojego kuchennego życia znajdziecie na stronce www.swiat-od-kuchni.blog.onet.pl. Zapraszam Was serdecznie do siebie.

schowaj...

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Zupa cukiniowo-dyniowa

czwartek, 28 lipca 2011 18:58

   Tak się złożyło, że mam w zamrażalniku trochę dyni. Pokrojonej w kostkę na takie momenty, gdzie o dyni pomarzyć jedynie można i czekać co najmniej do września. A ja mam. I zrobiłam z niej użytek już parę razy. W zasadzie to u mnie wysyp żółtej cukinii, więc ta dynia na dokładkę - bo i kolorystycznie, i smakowo pasuje. Cukinię jemy niczym z grilla, czyli opieczoną na odrobinie oliwy na patelni. Świetny dodatek do drugiego dania. Skoro na plener nie ma szans ze względu na deszczową pogodę, tak więc nadrabiam domowymi sposobami. Ale cukinii wcale mniej nie jest. Stąd ta zupa. Bardzo prosta i bardzo smaczna. Można zrobić ją w dwóch wersjach - mocnego kremu, lub delikatniejszej nieco w formie lżejszej, ale mniej efektownej zupy.
   Korzystając z faktu posiadania harrisy w trzech postaciach, wykorzystałam tę w proszku. I żeby było zabawniej - tę kupiłam w kraju, na jednej ze stronek internetowych. Zachęcam do kupna, bo to bardzo fajna i bardzo smaczna, choć rzeczywiście bardzo ostra rzecz. Świetnie pasuje do zupy, ale też można dodać ją w dwóch postaciach - w zupie krem pozostanie na powierzchni w formie ślicznych maziaków, w tej bardziej wodnistej nie będzie na to szans - nie utrzyma się. Dlatego bez problemu można wrzucić do zupy bez mieszania z wodą. Obie zupy są bardzo fajne, a wystarczy tylko dać trochę więcej wody.

Zupa cukiniowo-dyniowa

40 dag żółtej cukinii,
40 dag dyni (mrożonej),
  1 duża cebula,
  1 l wywaru warzywnego (ew. woda + 2 kostki bulionu warzywnego),
  1 łyżka masła,
  1 łyżka oliwy,
     sól.

Smuga czerwona:
 1 łyżka harissy w proszku,
 2 łyżki wody.

Smuga zielona:
  2 łyżki posiekanej natki pietruszki,
  2 łyżki oliwy truflowej,
   1 łyżka wody.

   Cukinię oczyścić, odciąć końcówki, umyć i nie obierając pokroić wzdłuż na ćwiartki, po czym w plasterki. Dynię pokroić w kostkę (mam zamrożoną w takiej postaci i jest świetna do zup o każdej porze roku). Cebulę obrać i pokroić w piórka.
   W rondlu na maśle i oliwie podsmażyć delikatnie cebulę, lekko ją soląc przez ok. 5 minut. Powinna się jedynie zeszklić, a nie zrumienić. Dodać wówczas cukinię i dynię - nie przejmując się, że mrożona puści wodę. Smażyć chwilę, aż warzywa stracą swoją surowość, po czym zalać wywarem warzywnym (chcąc otrzymać bardziej lejącą zupę należy dodać 1,5 l wywaru), doprowadzić do wrzenia, przykryć i gotować 20 minut na małym ogniu.
   Zmiksować całość na krem, spróbować i ewentualnie doprawić - można w takim stanie odłożyć, bo z podgrzaniem nie będzie problemu.
W miseczce wymieszać harissę z wodą. Gdyby całość była za gęsta, dodać jeszcze odrobinę - wody oczywiście. W drugiej miseczce zmiksować natkę z oliwą i wodą. Zupę rozlać do bulionówek (lub talerzy) i ozdobić kolorowymi smużkami. Do lżejszej zupy dodać obie mieszanki i wymieszać.

 

lub

Ewa


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Jagodowe bavarois

środa, 27 lipca 2011 16:11

   Tu ukłon w stronę Francuzów - bo to ich lekki deser, który zmieniać się może razem z porami roku. Wpadłam w trans jagodowy, choć nie wiem czemu uparcie trwam w jagodach, choć u nas nazywa się to borówką amerykańską. Deser jest na bazie bitej śmietany - najlepiej naprawdę dobrej jakości, aby nie było niespodzianki, którą zaliczyłam, i którą niestety jak byk widać na zdjęciu. Niestety kupiłam to, co było nie biegając po całym mieście w poszukiwaniu miejscowej pysznej i rewelacyjnej kremówki, choć również jedynie 30%. No i mam za karę. Nie było innego sposobu, bowiem deser bez ozdób wygląda łyso i trochę nieciekawie, pomimo naprawdę fantastycznego smaku. Można go jednak zrobić w indywidualnych foremkach i posypać jedynie jagodami, albo zrobić sos jagodowy. Można tak jak i ja to zrobiłam - przelać krem do pięknej formy na babkę - im ozdobniejsza, tym piękniejszy wyjdzie deser - a potem nie bawić się indywidualne ozdabianie, tylko hurtem pojechać po całości. Pamiętając, że tu jednak dobra śmietana jest zdecydowanie lepsza!!!
   Deser zniknął w 5 minut. Poważnie. Pokroiłam po kawałku połówkę. Hmmm... Było mało. Przecież nie warto trzymać tego puchu do dnia następnego, bo wiele pewnie straci. A poza tym Panowie moi uwielbiają takie rzeczy. No to frrru... W trzy osoby. Nie umiem więc powiedzieć ile to porcji z tego będzie. Zdecydujcie sami.

Jagodowe bavarois

  25 dag borówek amerykańskich,
    5 dag cukru,
    1 cytryna,
    3 łyżeczki żelatyny,
250 ml bardzo zimnej kremówki,
    1 łyżka cukru pudru.

Dodatkowo:
       bita śmietana,
       borówki amerykańskie,
       liście mięty.

   Borówki opłukać i przesypać do rondelka. Dodać cukier i sok z całej cytryny, postawić na małym ogniu i podgrzewać do momentu, aż cukier się rozpuści, a część owoców się rozpadnie. Zdjąć z ognia.
   Żelatynę namoczyć w garnuszku w 3 łyżkach zimnej, przegotowanej wody a gdy napęcznieje wlać trochę gorącego soku z jagód. Wymieszać dokładnie, aby żelatyna się rozpuściła i przelać do reszty owoców. Wymieszać jeszcze raz i przestudzić.
   W bardzo zimnej misce ubić bardzo zimną śmietanę z dodatkiem cukru pudru. Wmieszać trzepaczką do masy owocowej - bardzo delikatnie. Przelać do ozdobnej foremki na babkę na przykład lub do małych indywidualnych foremek lub szklaneczek. Wsadzić do lodówki do całkowitego stężenia (polecam zostawić do następnego dnia).
   Wyjąć z formy, co w tego typu deserach jest problematyczne... ale wystarczy formę wsadzić na chwilę do bardzo ciepłej wody, po czym przykryć dużym i pięknym talerzem i szybko odwrócić. Deser powinien sam sobie opaść na talerz, bez nożowej ingerencji. Udekorować bitą śmietaną, borówkami i listkami mięty. Lub tak naprawdę - udekorować jak się chce i lubi.

 

Ewa


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Tarteletki z borówkami

poniedziałek, 25 lipca 2011 17:34

   Tym razem borówkowe szaleństwo mnie ogarnęło. Ku radosze wszystkich. Takie małe a cieszy...
Ciasto kruche można wykonać tradycyjną metodą, ale możena i wrzucić do robota - wykona je za nas znacznie szybciej. Powiem szczerze, że odkąd mam taki sprzęt, żadne kruche nie jest mi straszne. Ale w życiu trochę tego robionego tradycyjną metodą wykonałam, dlatego też podaję oba sposoby za jednym zamachem. Zamiast borówek - w sensie borówek amerykańskich, takich jagodopodobnych - mozna użyć inne owoce jagodowe. Pyszne będą z truskawkami, po których pozostalo wspomnienie... Pyszne będą z malinami. Pewnie pyszne będą i z jeżynami. Tu nie ma znaczenia co dodamy, ale w związku z tym galaretkę proponuję bardzo do danych owoców pasującą. Ja tym razem wrzuciłam ostatnią z czarnej porzeczki, ale wiem że są do kupienia i z owoców leśnych. Ciemna polewa do ciemnych owoców - taką sobie wymarzyłam ;). Z tym, że nikt nie powiedzial, że nie można inaczej.
   Trochę zachodu jest, ale wyszło pysznie. Nawet bardzo pysznie. Słodki krem świetnie komponuje się z lekkimi owocami. Czuć ten melanż w każdym kęsie. Na szczęście. Znikają zdecydowanie szybciej niż się je robi, i niż by się chciało.

 

Tarteletki z borówkami

8 sztuk

Ciasto:
  10 dag miękkiego masła lub margaryny,
  15 dag mąki,
    2 łyżki cukru pudru,
    2 łyżki zimnej wody,
       szczypta soli.

Krem:
    3 żółtka,
    5 dag cukru,
 1,5 łyżki mąki (pszennej),
250 ml mleka.

Dodatkowo:
  25 dag borówek amerykańskich,
100 ml gorącej wody,
 1/2 opakowania ciemnej galaretki (z czarnej porzeczki lub owoców leśnych),
       tłuszcz do foremek.

   Przesiać mąkę, dodać cukier puder i sól i wymieszać nożem. Zrobić dołek i wrzucić do niego kawałki masła. Wyrobić ciasto palcami, po czym dodaż wodę. Szybko zagnieść całość na lekko miękkie i wcale nie klejące się ciasto. W razie potrzeby dodać odrobinę wody. Lub wrzucić do robota kuchennego mąkę, cukier puder i sól i masło. Na maksymalnych obrotach wymieszać wszystko i wlać wodę. Chwilę zagniatać na tej samej szybkości, po czym na niskich obrotach poczekać, aż utworzy się kula. Wyjąć. Gotowe ciasto - niezależnie od sposobu wykonania - uformować w gruby wałek, owinąć folią spożywczą i wsadzić do lodówki na 30 minut.
   Nagrzać piekarnik do 180°C. Foremki o dolnej średnicy ok. 5-6 cm (u góry siłą rzeczy muszą być większe) dokładnie natłuścić.
Ciasto wyjąć z lodówki i podzielić na 8 równych kawałków. Pomiędzy arkuszami folii spożywczej rozwałkować ciasto (lub po prostu rozklepać) na krążki i wyłożyć nimi foremki. Nakłuć widelcem i upiec. Piec ok. 20 minut - zależeć to będzie od stopnia wypieczenia jaki lubimy. Wyjąć delikatnie z foremek i wystudzić.
   Mleko zagotować. W tym czasie utrzeć żółtka z cukrem do białości, po czym dodać mąkę i wymieszać. Gorące mleko wlewać porcjami do masy żółtkowej - nie przerywając mieszania (trzepaczką rózgową jeśli chcemy mieć w kuchni ład). Dokładnie połączyć i przelać do rondelka z grubym dnem. Postawić na malutkim ogniu i znów bez przerwy mieszając - trzepaczką rózgową - doprowadzić do wrzenia. Zdjąć z ognia natychmiast po zagotowaniu. Jeszcze gorący krem rozłożyć łyżką do tarteletek (jak przestygnie... nie będzie na to szans).
   Borówki umyć i osuszyć na ręczniku papierowym. Rozłożyć na kremie. Galaretkę rozpuścić w gorącej wodzie i mocno przestudzić (można wsadzić do miski z zimną wodą i wystudzić mieszając). Lekko tężejącą galaretką posmarować owoce. Zostawić do całkowitego stężenia.

 

 

Ewa


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zrazy zawijane niemal klasyczne

sobota, 23 lipca 2011 19:53

   Z tą klasyką bywa po prostu różnie. W takich przypadkach nigdy z książek nie korzystam, tylko robię wg wlasnego uznania. I ta moja klasyka też często ulega zmianie - bo akurat mam ochotę zawinąć do środka coś innego, bo akurat innych przypraw sobie użyję, bo akurat do sosu dodam śmietany trochę... Myślę, że każdy tak ma. A dodatki do tej klasyki to dopiero harmonia smaków.
   Rzadko zrazy zawijane u nas goszczą, ale jak nam się uda kupić piękny kawał mięsa to nie ma uproś. Już i czas poświęcę na skrupulatne zawijanie. Już i sił trochę stracę na rozbicie nieco plastra. Już i przeboleję fakt - jeśli mięso jest lekko przerośnięte cieniutką pręgą. Już i potrzymam te 2 godziny na kuchence... Po to tylko, aby poświęcić temu z 10 minut po wyłożeniu na stół. Czy to się aby opłaca?
   Zawsze odpowiedź jest jedna. Zawsze na pytanie czy "mi się chce" odpowiadam szybko... Zawsze opłaci się zrobienie tego dania. A staram sie - jeśli tylko mam możliwość pójść i sobie na rękę, robiąc podwójną porcję. Na dziś i na jutro...

Zrazy zawijane niemal klasyczne

   4 ładne plastry zrazówki wolowiny (zrazówka lub udziec),
   4 łyżeczki musztardy (takie płaskie, czyli z umiarem...)
   4 plastry boczku gotowanego,
   1 średni ogórek kiszony,
1/2 średniej cebuli,
1/4 czerwonej papryki,
      sól, pieprz (czasami bardzo ostra papryka do sosu),
      rozmaryn (czasami tymianek lub odrobina cząbru),
      olej do smażenia,
   1 łyżeczka mąki,
   1 łyżeczka masła.

   Mięso stłuc nieco przykrywając kawalkiem folii spożywczej - zwłasza na brzegach, aby mięso łatwiej było spiąć. Z boczku odciąć skórę - jeśli ją ma. Ogórka i paprykę przekroić wzdłuż na 4 części. Obraną cebulę na ćwiartki.
   Plastry mięsa ułożyć na desce, oprószyć delikatnie solą i pieprzem i posmarować musztardą. Rozłożyć plasterki boczku, po czym na każdym kawałki ułożyć z jednej strony po kawałku cebuli, ogórka i papryki. Zawinąć dokładnie i spiąć szpilką. Lub wykałaczką, ale do wołowiny dobrze jest kupić sobie szpilki.
   Na patelni rozgrzać olej i podsmażyć na nim ze wszystkich stron przygotowane zrazy. Gdy się pięknie zrumienią - przełożyć do rondla. Na patelnię wlać 500 ml wody, zagotować cały czas mieszając i zdzierając resztki z dna naczynia. Przelać przez sitko do mięsa. Dodać rozmaryn, przykryć i dusić na małym ogniu przez 2 godziny. W razie gdyby woda zbyt wyparowała, dolewać po odrobinie - sosu powinno być tyle, ile lubimy mieć.
   Wymieszać mąkę z masłem i dodać do sosu w momencie, gdy mięso będzie już gotowe. Dokładnie wymieszać, ewentualnie doprawić solą i pieprzem. Można dodać trochę śmietany. Sos gotować chwilkę, aż zgęstnieje.
Zrazy podawać bez szpilek - polane sosem, razem z kaszą, ziemniakami z wody lub makaronem. W towarzystwie ulubionej sałaty lub surówki lub zwykłej niezwykłej mizerii...

Ewa


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Brick z tuńczykiem

środa, 20 lipca 2011 15:08

   Trochę bałam się tego naszego wakacyjnego wyjazdu. Nie dlatego, że boję się latać samolotem - bo nawet lubię. A zdecydowanie wolę od jazdy samochodem. I nie dlatego, że to trochę daleko było, gdyż środek lokomocji nie pozwolił tego odczuć. Nawet nie dlatego, że tam cały czas gorąco... W końcu uwielbiam ciepło, a tam te "zaledwie" póki co 36-38°C zupełnie inaczej się odbierało... Po prostu dlatego, że Tunezja. Głupia sprawa, ale do kilku miejsc mnie nie ciągnie. Nie chcę do Egiptu. Nie chcę na Bali ;). Nie chciałam i tam. Sytuacja polityczna nieciekawa, a ja nie mam pojęcia czego można się spodziewać i jakie będą reakcje. I... Ale o tym "i" przemilczę. Tyle wątpliwości. A jak było?
   Było super. Morze bliziuteńko - to nad którym zawsze chciałam być. Wszędzie pełno zieleni i kwiatów - co prawda wieczorami pachnących tak mocno, że aż się mdło czasami robiło przechodząc mimo, ale szybszy krok szybko zostawiał jedynie lekką smużkę zapachu. Jaszczurek ślicznych kilka żegnało nas codziennie gdy szliśmy spać. Niektore nawet zyskaly polskie imona - Kalinka woli mieć samych swoich tak blisko ;). Piękne widoki, szalenie sympatyczni ludzie - zawsze uśmiechnięci, z poczuciem humoru czasami nieziemskim, mili i uprzejmi. Na dobrą sprawę mogli po tym swoim arabsku skląć nas, ale po co mieliby to robić? I kuchnia. To to, co przede wszystkim zaważyło na mojej decyzji.
   Mogłabym długo na ten temat. Nie tylko kuchni, ale muszę się ograniczyć i w tym temacie - aby nikogo nie zanudzić. Znów kilka marzeń mi się spełniło. Takich przyziemnych mocno. Oto miałam okazję spróbować świeżego tuńczyka na kilka sposobów. Ha! To była uczta. Najbardziej smakował z grilla. Najbardziej smakowała z grilla wątróbka cielęca. Najbardziej smaczna zupa to chorba i mulligatawny. A z dań prawdziwie tunezyjskich - ów brick i zaserwowane w ostatnim dniu bułeczki smażone na tłuszczu i nadziane pysznościami. Nie jadłam hariry - nie zauważyłam jej, bo podobno była. Za to w życiu tyle pomidorów, cukinii i bakłażanów na raz nie zjadłam. Chyba w ogóle w życiu tyle nie zjadłam. Na kilka sposobów. I oliwki... Zielone po paru razach sobie darowałam, by skupić się na czarnych - naprawdę rewelacyjnych. Wieprzowinę jedliśmy raz jedyny, w postaci lekkiego warzywnego gulaszu z dodatkiem wielkich kawałków boczku. I tyle. Za to jagnięcina, wołowina, cielęcina i drób w ilościach nie do przejedzenia. Poza tym masa ryb i odrobina owoców morza. A wszystko to pachnące zupełnie inaczej niż u nas. Kmin, koper (nasiona), sezam i rozmaryn - to nadawało główny nurt zapachom.
   Wracając do głównego tematu - bricka. To też jedno z tych marzeń. Serwowany był dwukrotnie i za każdym razem smakował wybornie. W zasadzie to było to samo danie, ale raz smażone krótko, więc jajko nie zdążyło się ściąć, lub trochę dłużej ze ściętym jajem zupełnie (stan ścięcia jajka zależny był od kolejki czekających na...). Ciasto jest specyficzne (w cieniutkich arkusikach) i w zależności od stopnia wysmażania - coraz bardziej chrupiące. Dwa tygodnie szukaliśmy tego ciasta w sklepach, by kupić go w Carrefour. Też zabawna historia, bo w pierwszy dzień gdy wracaliśmy taksówką do hotelu usłyszałam jak kierowca rozmawia z dyspozytorem i mówi, że wysadził klientów pod Carrefour, więc mówię dziewczynom - jest sklep, w którym pewnie wszystko będzie. Renata usadziła mnie na miejscu mówiąć, że carrefour po francusku to po prostu rondo. Więc duża szansa, że wysadził kogoś przy rondzie... Odpuściłam. Szukając jednak bricka w sklepie mąż po prostu zapytał się - gdzie takie ciasto kupić można. Pani zdziwiona powiedziala, że jedynie to chyba tam. Czyli jednak! I było... I mam...
   A ponieważ nie byłabym sobą, gdybym prócz znanych na świecie, i naprawdę pysznych rzeczy tunezyjskich nie przywiozła ze sobą i literatury. Między innymi broszurkę Rachidy Amhaouche "Cuisine tunisienne", na której trochę opierałam się robiąc to danie. I dlatego, że widziałam co dostałam na talerzu (nie omieszkałam rozgrzebać, aby "rozwarstwić" całość) wybrałam z każdej wersji to co sobie chciałam. Baza jednak bardzo się przydała, choćby nawet z tego powodu, że obecnością ziemniaka byliśmy mocno zaskoczeni. Polecam bardzo gorąco.



Brick z tuńczykiem

3-6 porcji

6 arkuszy ciasta brick,
1 ziemniak (raczej większy niż mniejszy),
1 mała cebula,
1 puszka tuńczyka w oleju w kawałkach (185 g),
1 łyżka posiekanej natki pietruszki,
1 łyżka kaparów,
6 jajek,
   sól, pieprz,
   olej do smażenia.

   Obrać ziemniaka i ugotować w osolonej wodzie. Cebulę obrać i drobno posiekać. Tuńczyka odcedzić.
Ugotowanego ziemniaka odcedzić i rozgnieść widelcem. Przełożyć do miski, Dodać cebulę, tuńczyka, natkę i kapary. Doprawić pieprzem i wymieszać.
   Na dużej patelni rozgrzać ok. 5 mm warstwę oleju. W tym czasie rozłożyć arkusz ciasta na blacie, na jednej ćwiartce ułożyć 1/6 farszu, w którym zrobić spory dołek (w zasadzie zrobić wianuszek z farszu). Wbić do niego jajko i łyżką delikatnie rozprowadzić część wylewającego się białka dookoła farszu. Posolić delikatnie i popieprzyć. Złożyć ciasto niczym naleśniki w chusteczkę, czyli na cztery części i od razu wrzucać na rozgrzany olej. Smażyć 2-3 minuty z każdej strony na złoty kolor. Ciasto trzeba nadziewać dosyć szybko i robić to tuż przed wsadzieniem na patelnię. Po pierwszym jednak już nabierze się wprawy. Końcówka idzie błyskiem... ale dobrze jest mieć przygotowane wybite do miseczki jajko.
   Gotowe ciasto odsączyć na ręczniku papierowym i podawać - najlepiej gorące. Najlepsze, gdy żółtko pozostaje płynne...

Ewa


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

sobota, 24 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  449 711  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Statystyki

Odwiedziny: 449711
Wpisy
  • liczba: 263
  • komentarze: 392
Akcja: Nie kradnij zdjęć!

O mnie

W razie jakichkolwiek pytań do mnie, zapraszam do napisania pod adres: j.ewka@wp.pl