Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 239 349 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

O moim bloogu

Ten blog jest kontynuacją mojej kilkuletniej zabawy w pisanie na temat. Nie sądziłam, że wyczerpie mi się miejsce - stawiając raczej na własny zapał, bo z nim rzeczywiście różnie bywa. I nawet nie cho...

więcej...

Ten blog jest kontynuacją mojej kilkuletniej zabawy w pisanie na temat. Nie sądziłam, że wyczerpie mi się miejsce - stawiając raczej na własny zapał, bo z nim rzeczywiście różnie bywa. I nawet nie chodzi o gotowanie - to nieustannie robię z taką samą pasją - ale o czas i chęci pisania. Proszę więc wybaczyć mi chwile lenistwa, które z pewnością nastąpią. Mam też do Was wielką prośbę, dotyczącą moich rzeczy. Jeśli już kopiujecie tekst (nie mam zbyt wielkiego na to wpływu niestety) - podajcie źródło. Zdjęcia są nie do ruszenia... Są tylko moje i chciałabym aby moje tylko pozostały. Kilka moich rzeczy można spotkać w necie pod nickiem borgia. A wracając do kontynuacji... te opisy mojego kuchennego życia znajdziecie na stronce www.swiat-od-kuchni.blog.onet.pl. Zapraszam Was serdecznie do siebie.

schowaj...

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wuzetka Cioci Kazi

poniedziałek, 26 września 2011 15:04

   To kolejne ciasto/deser (w końcu wcześniejszy Pischinger to zdecydowanie pod deser podciągnąć trzeba) mojej Cioci, wyszarpnięte z mocno wysłużonego już przeze mnie kajetu. Nikt tak nie piekł. To nic, że w tych czasach głębokiego kryzysu dobre przepisy krążyły z ręki do ręki, odpisywane i przepisywane wiele razy... U Cioci zawsze smakowało najlepiej. Potrafiła zmienić jeden składnik, albo dwa... Potrafiła zrobić swoją metodą tak, że reszta bladła. O dziwo - wtedy jako mama czwórki dzieci plus ja na dokładkę przez parę lat... piekła przy każdej nadarzającej się okazji baterię pysznych, nieziemsko pachnących ciast - kupując w niedalekim "Butiku Spożywczym" produkty najlepszej wtedy jakości. Prosto z byłego NRD-ówka. I płacąc za to niemało. Chciało jej sie robić codziennie obiady, w tym dosyć często ruskie. Zdaję sobie sprawę z tego, że robię je bardzo podobnie, o ile nie tak samo... Bo takich rzeczy nigdy nie robiłam z przepisu, tylko jakoś tak... same wychodzą. Dodam jeszcze, że pracowała zawodowo ucząc pielęgniarstwa w Liceum Medycznym. Teraz - gdy dzieci dorosłe, gdy jest ze wszystkich stron Babcią dla nich najlepszą (w życiu tego nie widać, żeby Babcią była) ma nieco mniej czasu na takie rzeczy. Faktem jest, że jako wykładowca tym razem na naszej Uczelni zajęta jest do bólu. Wiem jednak, że gdy moje kuzynostwo (fantastyczne) się zjeżdża, to zawsze to stać ją na to, aby poświęcić tego trochę brakującego czasu na kuchenną krzątaninę. Jak ja bym tak chciała...
   Wracając jednak do mojej ulubionej Wuzetki. Co w niej takiego naj? Ot, czekoladowe ciasto przelożone kremem i polane polewą, wcale nie z czekolady. Była wtedy na kartki... I choć mogę teraz topić różne rodzaje czekolady, ja wciąż i niezmiennie jadę z tą polewą. Prostą i wilgotną przez cały czas bycia ciasta. Żeby było śmiesznie ona jest na margarynie nawet, a nie na maśle. Bo masło się nie sprawdza - pozostają tłuste żółte plamy na powierzchni po zastygnięciu. Ciocia tak jak i ja ograniczała ilość cukru w ciastach (może to też jej szkoła?) do niezbędnego minimum, chociaż nie wszędzie się tak da. Tu ciasto jest słodkie, ale za to krem... Krem jest idealny. Kwaskowaty ale delikatny. Puszysty i leciutki. Ten krem zachwyca mnie do dziś. Ale...
   ...Bez ale się nie da. Dlatego, że zanim nauczyłam się cierpliwości do owego kremu, minął jakiś czas. Krem trzeba ucierać bardzo systematycznie - dodając po łyżce śmietaną. Nie więcej, bo... się zwarzy. Ale nigdy z tego powodu nie płakałam, tylko idąc na łatwiznę wrzucałam masę do malaksera, a gdy się zepsuł (bywa przecież) to ręcznym blenderem. Efekt prawie ten sam. No ale prawie... Krem nie jest takim puchem, a i nie wiadomo skąd wody się trochę w nim brało (ostrożnie odlać), ale w smaku taki sam. Może to nie tylko kwestia ładowania większej ilości śmietany - aby szybciej było. Może to też kwestia jakości składników? Nie umiem tego powiedzieć, ale prawdą jest, że gdy zaczęłam robić wg wskazówek Cioci, wychodzi bezbłędnie. Może tego też trzeba się nauczyć?

 

 

Wuzetka Cioci Kazi

Ciasto:
  15 dag miękkiego masła lub margaryny,
  15 dag cukru pudru,
    4 jajka,
    2 czubate łyżki ciemnego kakao,
    2 łyżki gorącej wody,
  17 dag mąki krupczatki,
    1 łyżeczka proszku do pieczenia,
       tłuszcz i bułka tarta do formy.

Krem:
  15 dag miękkiego masła dobrej jakości,
    5 dag cukru pudru,
       odrobina soku z cytryny (ewentualnie - ok. 2-3 łyżeczki),
250 ml kwaśnej, bardzo gęstej śmietany.

Polewa:
   6 dag margaryny,
   3 łyżki cukru,
   3 łyżki wody,
   2 łyżki ciemnego kakao.

   Tortownicę o średnicy ok. 24 cm natłuścić i wysypać bułką tartą. Odkąd mam kwadratową formę o boku 20 cm, robię w niej, wykładając jej wnętrze pergaminem.
   Kakao wymieszać z gorącą wodą na papkę. Gdyby wody było mało, dolać odrobinę. Mąkę przesiać i wymieszać z proszkiem do pieczenia.. Oddzielić białka od żółtek. Bialka ubić na sztywną pianę.
   W misce utrzeć masło lub margarynę z cukrem pudrem na krem. Dodawać po jednym żółtka - za każdym razem dobrze rozcierając. Dodać przestudzone kakao i dokladnie wymieszać. Stopniowo dodawać mąkę z proszkiem do pieczenia, a na końcu delikatnie wmieszać pianę z białek. Ciasto przełożyć do formy, wygładzić powierzchnię i wsadzić do nagrzanego do 180°C piekarnika na 25-30 minut. Koniecznie sprawdzić patyczkiem. Ostudzić zupełnie, po czym przekroić horyzontalnie na pół.

 

   Na krem utrzeć masło z cukrem pudrem i sokiem z cytryny na jednolitą masę. Dodawać po 1 łyżce śmietanę - za każdym razem rozcierając bardzo dokładnie. Gdyby krem się raczył zwarzyć - zmiksować go ręcznym blenderem, ale przy stopniowym dodawaniu śmietany, nie powinno się to zdarzyć. Gotowym kremem przełożyć ciasto, mocno dociskając górny blat i wyrównując brzegi.
   Składniki polewy wrzucić do rondelka i cały czas mieszając doprowadzić do wrzenia. Gotować na małym ogniu, aż polewa zgęstnieje. Od razu polać ciasto i odłożyć do zastygnięcia. Ciocia zawsze odkładała do następnego dnia - kiedy ciasto przeszło nieco wilgotnością kremu. Wtedy Wuzetka jest najlepsza.

Ewa


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Chleb z dynią

czwartek, 22 września 2011 16:56

   Zawsze kusiło mnie aby zrobić ciasto drożdżowe z dynią. Tylko zawsze dynia przeznaczana była na ważniejsze cele... Teraz z racji tego, że mam składnika podstawowego pod dostatkiem, postanowiłam zrobic to co chcialam, choć tylko połowicznie. Miałam bowiem zawsze na myśli słodką drożdżówkę, ale przyszło co do czego - i zmieniłam plany. Co nie znaczy, że nie chcę już tej drożdżówki upiec. Następnym razem. Może jutro. A może w niedzielę.
   Chleb powstał nie tylko z ciekawości. Po prostu się kończył, więc zamiast kupić zrobiłam. Dziecię nie chce tknąć - tykało i mnie, że tak będzie, bo go znam aż za dobrze. Znowu kiedyś z ciekawości (albo z nudów) spróbuje i będzie awantura - że jak to tak można, dlaczego nikt mu nie powiedział, dlaczego nikt w niego nie wmusił... Naturalna już dla mnie kolej rzeczy. Tak było z chlebem z czosnkiem i żółtym serem, tak było z lasagne, tak było z pieczarkami ogólnie, a w szczególe wszystkim co je zawiera. A że na ten chleb przyjdzie pora - tego jestem pewna.
   Chleb jest bardzo delikatny i w takim fantasttycznym kolorze, że od razu ciepło się robi. Jest mięciutki i wybornie nadaje się do wszystkiego. Kromka na słodko czy wytrawnie spisze się znakomicie. Wszystko to dzięki dyni. Absolutnie wszystko. Zrobiłam przecier dyniowy - podlewając pokrojoną w kotkę dynię w ilości 50 dag niewielką ilością wody. Lekko osolonej. Nie wiem czy dobrze zrobiłam, bo teraz mam dylemat. Dynia słodka jest. Zrobiłam takich pakuneczków przecieru - ale już bez dodatku soli (w końcu jak i drożdżówka słodka będzie dobra, to slona dynia potrzebna mi nie będzie) - sporo. I zamroziłam. Będzie na potem jak znalazł. Trzeba będzie tylko dać więcej soli do chleba. W każdym razie z tego pół kilograma wyszło mi 40 dag puree. To jakby ktoś miał zamiar zrobić to co ja. Taki przecier fajnie nada się i do zup (zrobiłam z niewymiarową resztką dzisiaj pyszną jarzynową na ostro) i do zapewne kremów na słodko. Choć co do nich to nie mam jeszcze konkretnego pomysłu. Gdybam jedynie. O ciastach oczywiście nic nie mówię, bo rozumie się to samo przez się.

 

 

Chleb z dynią

 50 dag oczyszczonego miąższy dyni,
2,5 dag drożdży,
 50 dag mąki pszennej,
   2 czubate łyżki pestek dyni (niekoniecznie oczywiście),
      sól,
      mąka do podsypania,
      pestki dyni do posypania,
      tłuszcz do formy.

   Opłukany miąższ z dyni pokroić w kostkę o boku ok. 1,5 cm. Włożyc do rondla, podlać 150 ml wody, lekko osolić i zagotować. Gdy woda zawrze, zmniejszyć nieco ogień, przykryć i dusić 30 minut. Odcedzić - zachowując wodę spod gotowania. Przestudzić na sicie. Po tym czasie zmiksować na puree.
   Drożdże rozpuścić w 100 ml wody z gotowania dyni, dodać 1 łyżkę mąki i dokładnie wymieszać. Odłożyć na 10 minut. W tym czasie keksówkę długości 30 cm natłuścić lub wyłożyć podkładką do pieczenia lub pergaminem.
   Puree dyniowe przełożyć do miski robota kuchennego, dodać przesianą mąkę, 3/4 łyżeczki soli i przygotowany rozczyn. Zamknąć miskę i wyrobić ciasto na dużych obrotach. Gdy połączy się w całość wyjąć na oprószony mąką blat - ciasto powinno być miękkie, ale łatwo odchodzić od ścianek miski i rąk - dodać ziarna dyni i zagnieść ręcznie przez chwilę, aby równo je w cieście rozłożyć. Przełożyć do formy, posmarować delikatnie wodą i posypać ziarnami. Przykryć folią spożywczą niezbyt ściśle i odlożyć na 1 godzinę do wyrośnięcia.
   W międzyczasie nagrzać piekarnik do 180°C wsadzając miskę z wodą na samym spodzie. Wsadzić formę z ciastem i piec 35-40 minut. Wyjąć z formy i wystudzić na kratce, bo gorący kiepsko się kroi.

 

Ewa


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Dżem z dyni

środa, 21 września 2011 9:57

   Zwyczajnie klęska urodzaju... Zwyczajnie nie mam czasu na nic. Najgorsze jest to, że zwyczajnie na własne życzenie - chciałam to mam. Czekam tylko na moment, kiedy rodzina się zbuntuje i powie, że ma dość. Bo wszystko u mnie od tygodnia prawie w kolorze pomarańczy. Dynia temu winna. Siedzę i robię. Szukam i wymyślam. Wszystko z dynią w roli głównej przydać się może. Śni mi się po nocach. Z jedną wielgachną można się uporać, ale z trzema? No nic. Zrobiłam dżemów baterię, w dwóch postaciach - słodszy z jabłkami, i taki sam, choć lżejszy... A może cięższy powinnam napisać? Cięższy o melona, który to spowodował, że dżem jest nieco lżejszy w naturze. Bowiem prócz dodania pokrojonego w kosteczkę owocu (można byle jak to wszystko robić, bo i tak się całość zmiksuje) niczego w przepisie nie zmieniałam.
   Dżem robi się prosto, ale trzeba rozłożyć na dwa dni. W pierwszym - najlepiej żeby nam w kuchni nie przeszkadzała micha ze składnikami zrobi,ć to wieczorem i odłożyć na noc - trzeba zasypać owoce cukrem, aby się po prostu zmacerowały. Cukier się rozpuści w zdecydowanej większości i pozwoli na to, aby owoce się nie rozpadły podczas smażenia. Jak w konfiturach. I nabiorą słodyczy. I nic nam się nie przypali! Trzeba będzie złapać blender i zmiksować całość na niekoniecznie idealną gładź. Lepiej zrobić to od niechcenia, aby dało się wyczuć kawałki owoców.

Dżem z dyni

    1 kg obranego miąższu z dyni,
  50 dag jabłek (nie kwaśnych),
    1 kg cukru,
100 ml przegotowanej zimnej wody,
       sok z 1/2 cytryny.

   Przygotowany miąższ z dyni - obrany i opłukany - pokroić w kostkę ok. 1,5 cm i wrzucić do dużej szklanej najlepiej miski. Jabłka obrać, przekroić na połowy i usunąć gniazda nasienne. Pokroić w plasterki, a potem w słupki. Dodać do dyni. Całość zasypać cukrem, skropić wodą i wyciśniętym sokiem z cytryny i odstawić na ok. 12 godzin. Czas nie ma większego znaczenia, ale cukier powinien w większości się rozpuścić.
   Przelać całość do rondla z grubym dnem i zagotować. Od chwili zawrzenia smażyć na dosyć dużym ogniu 30 minut. Kawałki dyni i jabłek wyjąć łyżką cedzakową i zmiksować - najlepiej niezbyt starannie. Przełożyć z powrotem do rondla, wymieszać i smażyć jeszcze ok. 5 minut - zmniejszając ogień. Gęsty gorący dżem przełożyć do wyparzonych słoiczków i zakręcić.

 

Ewa


Podziel się
oceń
8
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Domowa ricotta

poniedziałek, 19 września 2011 14:28

   Ten pyszny, bardzo delikatny ser każdy może sobie zrobić sam. Po co? A choćby dla własnej satysfakcji, chociaż tak naprawdę sposobów użycia ricotty są tysiące. Od zjedzenia ze smakiem na kromce chleba do wykwintnych deserów, od których zawrotu głowy mo,zna dostać. I tym wszystkim co jest pomiędzy. To pomiędzy jeszcze w większości przede mną, ale takim oto prostym, i co najważniejsze - tanim - sposobem można zacząć zabawę. Osobiście jestem zachwycona tym puchem, który udalo mi się zrobić dzięki... Deb! Znowu ona... Tym razem ze swoim genialnym przepisem na ricottę w swoim Smitten Kitchen.
   Co prawda miałam jeden problem, którym niespecjalnie się przejęłam, ale chciałam wiedzieć mniej więcej. Problemu nie rozwiązałam, bo na zadane w wyszukiwarce pytanie w jakiej temperaturze wrze mleko, otrzymałam mądrą odpowiedź, która mi wcale nie odpowiedziała na zadane pytanie. Chciałabym wiedzieć najzwyczajniej w świecie, w którym mniej więcej momencie mleko osiągnie temperaturę 88°C (dziękuję za zwrócenie mi uwagi). Deb po prostu wsadza termometr... który żeby było zabawnie ja również posiadam. Ale udało mi się kupić bubel!!! Nie wiem jak mierzy temperaturę czegokolwiek, bowiem nie mogę odkręcić minimalnej śrubki chroniącej dostępu do miejsca, gdzie jest bateria. Nie wiem nawet - jaka bateria. W zestawie jest miniśrubokręcik, ale niestety kolejna próba rozprawienia się ze śrubką spełzła na niczym. Trzeba było sobie radzić bez. Nawiasem mówiąc, jeśli ktoś zna odpowiedź na nurtujące mnie pytanie, bardzo proszę o jakąkolwiek uwagę - tak mniej więcej... piąte przez dziesiąte, na oko... Ale konkretnie, czyli liczbowo.
   Robiąc tę ricottę bez termometru musialam zdecydować kiedy przestać je gotować. Wiem, że moja Babcia robiąc swój pyszny biały ser gotowała mleko już skwaszone. W momencie pierwszych oznak gotowania przerwałam proceder. Nie umiem powiedzieć, czy dobrze... ale ser wyszedł znakomity. Rzeczywiście fantastyczny na kromce chleba z miodem (uwaga Deb - sprawdzona na śniadanie), ale doskonały też z plastrem dobrej wędliny.

Domowa ricotta

Wyszło mi dokładnie 34 dag sera.

   3 szkl. mleka,
   1 szkl. dobrej kremówki 30%,
1/2 łyżeczki grubej soli morskiej,
   3 łyżki soku z cytryny.

   Mleko i śmietanę wlać do rondla, dodać sól, włożyć termometr i podgrzewać do 88°C, mieszając od czasu do czasu. Lub podgrzewać do momentu, gdy pojawią się pierwsze, niemrawe oznaki gotowania - kilka bąbli na powierzchni. Mleko dzięki śmietanie nie wykipi, więc nie jest to trudne. Zdjąć rondel z ognia, dodać sok z cytryny i dobrze wymieszać. Odłożyć na 5 minut.
   W tym czasie przygotować durszlak, który umieścić w dużym garnku - jeśli zależy nam na serwatce, bo mamy do czego ją wykorzystać, lub po prostu lubimy. Lub bezpośrednio nad zlewem, kiedy "zlewamy" płyn. Wyłożyć kilkoma warstwami gazy lub tetrą i przelać zawartość rondla. Odłożyć na minimum godzinę, ale im dłużej odcieka, tym bardziej zwarty będzie. Ja odstawiłam na 2,5 godziny. Przełożyć do szczelnego pojemnika i trzymać w lodówce. Trzeba wykorzystać w miarę szybko - do 3-4 dni. Rozsmarowuje się z łatwością.

 

Ewa

Przepisy z użyciem domowej ricotty:

Ricotta w dwóch wersjach

Tortellini z dynią, grana i domową ricottą

Tymbaliki z cukinii z fetą

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Puddingi z jagodami

czwartek, 15 września 2011 15:26

   Nie wiem dlaczego puddingi kojarzyły mi się z czymś niespecjalnym. Nie wiem dlaczego wydawało mi się, że jest to bardzo skomplikowane w tworzeniu, a mdłe i nijakie w smaku. A przecież nigdy w życiu wcześniej nie robiłam puddingów - z tego właśnie powodu. Przyszedł czas na ocknięcie się i zweryfikowanie swojego podejścia. Bo warto. Pracy wcale dużo nie jest, tylko metoda pieczenia nieco inna. To co wyszło zadowoliło nas wszystkich - delikatne ciasto wykończone cudnymi, choć rozpaćkanymi nieco owocami. Ale takie być powinny - nie ma siły.
   Tak... wpadłam w trans i zrobiłam dwa rodzaje - jedne jagodowe, a drugie z brzoskwiniami. Zupełnie inne, bo z zupelnie innych przepisów. Do zarzucenia autorowi jagodowych mam jedno - nie podał wcale, ale to wcale temperatury pieczenia - chyba istotnej. Ile się namęczyłam z wyborem pomiędzy 180 a 200... to moje. Stanęło na leżejszej, bo stwierdziłam, że najwyżej gdyby było za mało - dopiekę. I dałam więcej jagód. Borówek amerykańskich znaczy. Brzoskwiniowe dały mi się we znaki znacznie bardziej. Kokilki, w których piekłam - pomimo odpowiedniej pojemności - okazały się za małe. Ciasto wylało się pięknie na blachę. I podany czas pieczenia zdecydowanie za krótki, co widać było bez otwierania piekarnika. Czyżby jednak puddingi wszystkim sprawiały kłopoty?
   Nie muszą. Mój wybór ciepełka był prosty, ale co do drugiej wersji - odpuszczam. Nie zrobię więcej tych z brzoskwiniami. Te z jagodami polecam, bo są kapitalne. Foremki do puddingów kupiłam w Tesco. Ad hoc. Przydają się jak widać wspaniale. Piekę - z racji takiego założenia - w żaroodpornej formie, gdzie mają swoją kąpiel wodną. Wszystko pięknie i ładnie. Zmieniam niniejszym swoje zdanie o puddingach, mimo brzoskwiniowej wersji nie trzymającej się żadnych ram. I tak w smaku niezłej. 

A przepis tak niepozornie wyglądał. Oryginał znajdziecie tutaj.

 

 

Puddingi z jagodami

6 sztuk

   15 dag borówki amerykańskie,
12,5 dag miękkiego masła lub margaryny,
   10 dag cukru,
     2 jajka,
   16 dag mąki,
     2 łyżki mleka,
     1 łyżeczka proszku do pieczenia.

   Odłożyć 2 łyżki cukru. Resztę utrzeć z masłem lub margaryną na krem, dodać po jednym jajka, za każdym razem dobrze rozcierając. Przesiać mąkę z proszkiem do pieczenia i stopniowo dodawać do kremu, ucierając cały czas. Po połowie dodanej mąki - dodać mleko.
   Foremki do puddingów lub kokilki dokladnie natłuścić. Na spodach rozłożyć odpowiednio przycięte krążki pergaminu - pomoże to przy wyciąganiu całości z foremki. Nic nie przyklei się do dna. Rozłożyć równo na spodzie borówki, posypać każdą porcję 1 łyżeczką cukru a na wierzch wyłożyć ciasto. Powinno sięgać do 3/4 wysokości foremek. Wsadzić je do większej formy, wypełnić do 3/4 gorącą wodą, przykryć szczelnie arkuszem folii aluminiowej, zostawiając nieco luzu wewnątrz. Piec w tej kąpieli wodnej w temp. 180°C przez 1 godzinę.

 

Ewa


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

wtorek, 25 kwietnia 2017

Licznik odwiedzin:  445 097  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Statystyki

Odwiedziny: 445097
Wpisy
  • liczba: 262
  • komentarze: 388
Akcja: Nie kradnij zdjęć!

O mnie

W razie jakichkolwiek pytań do mnie, zapraszam do napisania pod adres: j.ewka@wp.pl