Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 239 349 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

O moim bloogu

Ten blog jest kontynuacją mojej kilkuletniej zabawy w pisanie na temat. Nie sądziłam, że wyczerpie mi się miejsce - stawiając raczej na własny zapał, bo z nim rzeczywiście różnie bywa. I nawet nie cho...

więcej...

Ten blog jest kontynuacją mojej kilkuletniej zabawy w pisanie na temat. Nie sądziłam, że wyczerpie mi się miejsce - stawiając raczej na własny zapał, bo z nim rzeczywiście różnie bywa. I nawet nie chodzi o gotowanie - to nieustannie robię z taką samą pasją - ale o czas i chęci pisania. Proszę więc wybaczyć mi chwile lenistwa, które z pewnością nastąpią. Mam też do Was wielką prośbę, dotyczącą moich rzeczy. Jeśli już kopiujecie tekst (nie mam zbyt wielkiego na to wpływu niestety) - podajcie źródło. Zdjęcia są nie do ruszenia... Są tylko moje i chciałabym aby moje tylko pozostały. Kilka moich rzeczy można spotkać w necie pod nickiem borgia. A wracając do kontynuacji... te opisy mojego kuchennego życia znajdziecie na stronce www.swiat-od-kuchni.blog.onet.pl. Zapraszam Was serdecznie do siebie.

schowaj...

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Tarta migdałowa z malinami

niedziela, 30 września 2012 11:18

   Po raz pierwszy cieszę się, że to co zrobiłam dokładnie w lipcu mam okazję wpisać teraz. Na szczęście udało mi się znaleźć notatkę, której nigdzie nie wsadziłam - leżała sobie na książkach i czekała aż ten czas sobie znajdę. No i jestem w malinowym temacie nadal. Dlatego też na jednej ze stronek optowałam za konkursem z malinami. Co prawda przyciskałam też i inne owoce - żeby nie było, że mam gotowca i jestem do przodu, tylko aby było sprawiedliwie. A poza tym w tym czasie zrobiłam kilka innych rzeczy z malinami...
   Skupię się jednak na samej tarcie. Kiedyś nie przypuszczałam, że ciasto kruche będzie moim ulubionym, i że polubię tak bardzo wszelkie tarty i tarteletki. Skupiam się jednak na tych najlepszych - i ta właśnie do nich należy. Te przeciętne odpuszczam. Wolę wypróbować czyjś fajny pomysł zanim samej mi coś do głowy wpadnie, niźli powtarzać coś, co jest takie sobie. Ta tarta jest... śmieszna. Śmiesznie wygląda, lecz bardzo fajnie smakuje. Jest duża... i taką dużą foremkę mam bez wyjmowanego dna niestety. Na szczęście da się ją łatwo i bez większego uszczerbku  wyjąć po grubszym przestygnięciu. O ile przestygnięcie może być grubsze... Przykryć folią spożywczą i blaszką z wierzchu, szybkim ruchem odwrócić, przykryć paterą czy też dużym talerzem... i znów ostrożnie tym razem, ale nadal szybko odwrócić po raz drugi. I zdjąć koniecznie folię. Nie z każdą da się tak postąpić...

 

Tarta migdałowa z malinami

Ciasto:
20 dag mąki tortowej,
  5 dag mielonych migdałów,
  6 dag cukru pudru,
10 dag zimnego masła lub margaryny,
     szczypta soli,
  1 jajko,
     mąka do podsypania,
     tłuszcz do formy.

Masa migdałowa:
15 dag mielonych migdałów,
12 dag cukru,
  2 jajka,
  5 dag miękkiego masła,
  1 łyżka ekstraktu waniliowego,
  1 łyżka soku z cytryny.

Masa malinowa:
20 dag malin,
  2 jajka,
  5 dag cukru,
  2 dag mąki,
  2 garście płatków migdałowych.

   Wrzucić mąkę, cukier puder i sól do miski robota, włączyć na chwilę, aby całość wymieszać. Dodać pokrojone na kawałki masło i włączyć na najwyższe obroty, aż utworzy się kruszonka. Dodać jajko i chwilkę mieszać na najwyższych obrotach, po czym na minimalnych poczekać, aż z ciasta utworzy się kula.
   Ciasto rozwałkować na oprószonym mąką blacie i wyłożyć nim dokładnie natłuszczoną formę do tarty średnicy ok. 28 cm. Przykryć folią spożywczą, wyrównać i wsadzić do lodówki na 1 godzinę.
W międzyczasie nagrzać piekarnik do 180°C.
   Na masę migdałową oddzielić białka od żółtek. Białka ubić na sztywną pianę i odłożyć. Żółtka utrzeć z cukrem do białości, dodać najpierw ekstrakt waniliowy a potem masło - za każdym razem dobrze wymieszać. Dodać migdały, wymieszać i wmieszać na końcu pianę z białek. Całość wyłożyć na spód tarty i wsadzić do piekarnika na około 20 minut - masa nie może być lejąca.
   W tym czasie zmiksować maliny i przetrzeć przez sitko. Ubić jajka z cukrem, dodać mąkę i wymieszać. Dodać mus malinowy i wymieszać jeszcze raz. Wylać na podpieczone ciasto, posypać płatkami migdałowymi i piec 20 minut. Wyjąć i wystudzić.

 

Mała próba zdobienia całymi malinami, ale mi się nie podobało... zdjęłam i wrzuciłam na talerzyki.

 

Ewa


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Racuszki serowe z dwoma sosami

sobota, 29 września 2012 11:35

   Fajnie jest czasami dostać coś w nadmiarze, by móc puścić wodze fantazji własnej. I tak było tym razem, choć nie ukrywam, że trochę przeliczyłam się. Z ilością. Ale już opowiadam jak było...
   Wpada kochana Mama i przynosi kilka drobiazgów. Świeży koperek i spory pęk natki - abym sobie zamroziła i miała. Super... Mroże tylko ten od Mamy. Bardzo ekologiczny, bo z podwórka. Nie zawsze to idzie w parze, ale tu tak jest. 10 jajec od sąsiadki - och jak ja je lubię. Smakują zupełnie inaczej i tylko do bezpośredniego jedzenia w formie jajek na miękko, na twardo lub jajecznicy być mogą. Ewentualnie kremów tortowych, lodów i rzeczy, w których surowe jajca być muszą. I w końcu 2 kilogramy białego sera z miejscowej mleczarni miejskiej, który można jeść z przyjemnością bezpośrednio po odpakowaniu. Jest rewelacyjne. Oczywiście pierwsza myśl - sernik, ale tak naprawdę sezon na śliwki i ciasto śliwkowe, które odchodzi co trzeci dzień... Nieee... za dużo. Postanowiłam więc spróbować zrobić placuszki serowe. Sosy wpadły po drodze...
   Dlaczego się przeliczyłam? Bo źle obliczyłam. Myślałam, że z 50 dag sera wyjdzie spora porcja. A tu wyszło dokładnie 15 małych, choć niezwykle smacznych placuszków. I wyszło na to, że dwukrotnie na pytaie "jest więcej?" załamana odpowiadałam zgodnie z prawdą. Zostało za to sporo sosów, które zmieszane razem były niezwykle smacznym  deserowym jogurtem malinowym. Połowa składników, z których zrobiłam by wystarczyła, i taką ilość podam. Nie po raz pierwszy mi się to zdarzyło, i zapewne nie po raz ostatni.
   Jednym słowem - jednym zdaniem może bliżej... Chciałam zrobić słodki obiad w piątkowy dzień, ale placuszki polecam bardziej na deser. Delikatne i lekkie pomimo smażenia można podać z bitą śmietaną i tym samym sosem malinowym. Można dodać trochę świeżych owoców, można też i przesmażone.

 

 

Racuszki serowe z dwoma sosami

około 15 sztuk

  50 dag białego sera (17,6 oz),
    2 łyżki cukru,
    3 łyżki mąki,
       mąka do podsypania,
       olej do smażenia.

Sos malinowy:
12,5 dag malin (4,4 oz),
  1,5 łyżki cukru.

Sos jogurtowy:
 100 ml jogurtu greckiego,
     1 łyżka miodu.

   Najlepiej wcześniej przygotować sosy. Maliny zmiksować z cukrem i przetrzeć przez sitko, aby usunąć pestki. Sos przelać do sosjerki. Jogurt wymieszać z miodem i spróbować - zawsze można dosłodzić. Sosy odłożyć na bok.
   Ser wrzucić do miski rozdrabniacza razem z cukrem i zmiksować na gładką masę. Myślę, że można to zrobić blenderem. Przełożyć do miski i wymieszać z przesianą mąką. Gdyby ser był za mokry - różne są rodzaje - dodać trochę więcej mąki. Całość powinna być jednolita.

 

 

   Na oprószony mąką blat wykładać łyżką porcje ciasta serowego. Obtoczyć delikatnie w mące tworząc kulki, po czym spłaszczyć na placuszki. W tym czasie na patelni z nieprzywierającym dnem rozgrzać trochę oleju - powinien przykrywać spód patelni. Porcjami smażyć placuszki z obu stron na złoty kolor. Usmażone wyjąć i osuszyć na ręczniku papierowym, ułożyć na talerzach i polać sosami. Proporcje według uznania, tak jak i kolejność sosów przy polewaniu.

 

Ewa


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Malinowe tarteletki z kremem z białej czekolady

piątek, 28 września 2012 19:52

   Szybko na temat. Tarteletki oczywiście z ciasta kruchego, choć to jest kruche niezwykle. Delikatne. W gruncie rzeczy przyznaję, że zostaje go trochę, ale można z resztek upiec pyszne ciasteczka. I przełożyć na przykład... malinami. Maliny to motyw przewodni ostatnimi czasy, więc i u mnie ich nie zabraknie. One też stanowią drugą warstwę ciasteczek. A całość przykryta jes bardzo delikatnym kremem z białej czekolady... zrobionym w nieco inny sposób.
   Nie przepadam za czekoladą, a biała zupełnie mnie nie pociąga. Jednak zastanawiając się jak to kolorystycznie będzie wyglądało, doszłam do wniosku, że jednak użyję białej. Nie przepadam w sensie jedzenia. Natomiast wszelkie rzeczy czekoladowe są jak najbardziej mile widziane. I od dziś śmiało mogę powiedzieć, że też i tej z białej. Bałam się jednak czy całość nie będzie mdła. Właśnie dlatego tak niechętnie sięgam po białą. Maliny, których to użyć musiałam ze względu na wymóg okazały się doskonałym wręcz pośrednikiem pomiędzy rozpływająco się kruchym ciastem, a tą ostateczną warstwą słodyczy. Lekko kwaskowate i bajecznie malinowe zarówno w sensie smaku, jak i koloru.
   I jeszcze jedno wyznanie przy tym wyzwaniu. Przez ostatnich kilka dni nie opuszczał mnie dylemat - jak już wiedziałam jak maliny potraktuję - przecierać przez sitko, czy też nie? Z reguły przecieram, bo pestki bywają drażniące. A tu wbrew sobie tego nie zrobiłam. Masy było więcej, ale nie to było powodem. Po prostu chciałam sprawdzić. I całe szczęście, że w ogóle nie zwracają na siebie uwagi. Następnym razem dla porównania przetrę.
   Jeszcze jedna rzecz. Ciasto można zrobić wcześniej i trzymać 1-2 dni w lodówce. Jeśli taki czas będzie tam leżało, to wyjąć je na 10-15 minut przed rozwałkowaniem, aby nabrało plastyczności w temperaturze pokojowej. Moje siedziało 2 dni dokładnie, bo miałam wielkie plany lecz jak zwykle okazało się, że rzeczywistość nie zawsze pozwala na realizację w odpowiednim czasie. W zasadzie w jego notorycznym braku...

 

 

Malinowe tarteletki z kremem z białej czekolady

24 sztuki

Ciasto:
22,5 dag mąki tortowej (7,9 oz),
  4,5 dag cukru pudru (1,6 oz),
12,5 dag zimnego masła (4,4 oz),
     2 żółtka,
  1/2 płaskiej łyżeczki proszku do pieczenia,
        ewentualnie odrobina zimnej wody.

Malinowe wnętrze:
     2 szkl. malin świeżych lub mrożonych,
     8 dag cukru (2,8 oz),
     1 łyżka soku cytrynowego.

Krem czekoladowy:
  10 dag białej czekolady,
    4 dag masła (1,4 oz)
100 ml mleka,
    2 łyżeczki żelatyny,
    4 łyżki przegotowanej wody o temp. pokojowej.

   Przesiać mąkę do miski robota kuchennego, dodać cukier puder, proszek do pieczenia i pokrojone w kostkę masło. Całość posiekać na drobną kruszonkę i dodać żółtka. Wymieszać jeszcze raz przez chwilkę, wyjąć nóż i zagnieść ręką ciasto. Gdyby było za sypkie dodać stopniowo łyżkę wody. Uformować z ciasta krążek i owinąć folią spożywczą. Wsadzić do lodówki na minimum 30 minut. Można i na 2 dni.
Nagrzać piekarnik do 200°C.
   Ciasto wyjąć z lodówki i rozwałkować pomiędzy dwoma arkuszami folii spożywczej na grubość ok. 3 mm. Okrągłą foremką wyciąć 24 krążki średnicy ok. 6 cm (raczej nie mniejsze) i wyłożyć nimi foremki do mini muffinek. Nie trzeba ich natłuszczać.

 

 

Delikatnie docisnąć ciasto do foremek - najlepiej to zrobić przez folię spożywczą, która uchroni od niechcących dziur w dodatku tylną stroną małej łyżeczki.

 

Różnica: na dole bez folii i łyżeczki

 

To najbardziej żmudny moment, ale nie taki straszny. Ciasto przykryć małymi kawałkami folii aluminiowej i wypełnić suchą fasolką. Piec 10 minut, wyjąć usunąć folię, oczywiście razem z obciążeniem i dopiec przez 3-5 minut. W zależności od stopnia zrumienienia jaki lubimy. Wyjąć z piekarnika, odłożyć na chwilkę i wyjąć z foremek. Wychodzą bardzo łatwo.
   W czasie gdy foremki stygną wrzucić maliny (o tej porze roku dałam mrożone) z cukrem i sokiem cytrynowym do rondelka. Gotować na niedużym ogniu co jakiś czas mieszając 15 minut. Zdjąć z ognia i odstawić.
   Czekoladę rozpuścić razem z masłem w kąpieli wodnej. Dobrze wymieszać na jednolitą masę. Żelatynę namoczyć w wodzie i odłożyć do napęcznienia. W małym rondelku zagotować mleko i wlać je do czekolady. Szybko dokładnie wymieszać i dodać żelatynę. Mieszając rozpuścić póki mieszanka jest gorąca. W razie potrzeby zrobić to w kąpieli wodnej, ale u mnie obeszło się bez niej. Krem odstawić na chwilę, co jakiś czas mieszając, aby wciąż był jednolity.

 

 

    W tym czasie rozłożyć maliny do upieczonych tarteletek. Łyżeczką rozlać krem na wierzchu i odłożyć w temperaturze pokojowej na około 30 minut, aby krem stężał.

 

Ewa


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Bagietki na zakwasie

czwartek, 27 września 2012 19:30

   Wpadłam w ten zakwas po same uszy i wsadzam go gdzie tylko się da. No ale przecież zastosowanie jego jest w pewien sposób ograniczone... Pozostaje więc zabawa w tworzenie pieczywa według własnych potrzeb i kaprysów. Dzisiejsze bagietki nie są na samym zakwasie, bo dodaję do nich i odrobinę drożdży, ale smakowo zakwas poprawia jakość. Poza tym chciałam spróbować jak taki melanż będzie się zachowywał. Co prawda bagietki nie były pierwszymi tak robionymi, bowiem ten sposób wypróbowałam na chlebach. Na chlebuś też przyjdzie czas, ale dzisiaj bagietki.
   Zatęskniliśmy do nich. Upiekłam je specjalnie do pakiecików z kurczakiem, co było naprawdę świetnym pomysłem. Nie sądziłam, że do dnia następnego zostanie niewielki kawałek... który równie wybornie smakował. I to jest ważne - lubię wiedzieć jak pieczywo smakuje na drugi dzień. To było równie miękkie i równie szybko zgniecione - z racji urwania kawałka i rozłożenia go palcami - wracało na swoje miejsce. Pyszne. Uznanie nie tylko ze strony Połówki, ale i Młodego.
   Bagietki rozpocząć trzeba wieczorem. Wymieszać zakwas z dodatkami, przykryć i odłożyć na 12 godzin. Nooo... minimum. Potem wziąć się za ciasto właściwe. Dlatego też nie pozostaje Wam nic innego, jak tylko zakasać rękawy, wyciągnąć miskę, i... No tak... Zdecydowanie wcześniej polecam zrobić zakwas. Jest fantastyczny.
   Ach, muszę coś wytłumaczyć. Zepsuła mi się waga. Częściowo. Zepsuły mi się dekagramy i waży mi teraz w ozach (ounces). Od dłuższego czasu korzystam z przelicznika, ale aby nie robić tego za każdym razem, dla własnego dobra zwanego oszczędnością czasu zapisuję sobie taki przelicznik w nawiasach.

 

 

Bagietki na zakwasie

W przeddzień:
  10 dag zakwasu (3,5 oz),
    5 dag płatków jęczmiennych (1,75 oz),
  50 ml wody.

Nazajutrz:
  50 dag mąki tortowej (17,6 oz),
    1 dag drożdży (0,35 oz),
280 ml wody,
    1 łyżeczka soli,
       przygotowany zakwas,
       mąka do podsypania,
       tłuszcz do blachy,
       płatki jęczmienne do posypania blachy (choć niekoniecznie).

   Wieczorową porą do miski wlać zakwas i wrzucić płatki jęczmienne. Wymieszać, wlać wodę i wymieszać powtórnie. Całość przykryć i odstawić na noc, czyli na minimum 12 godzin.


Nazajutrz:
  Drożdże rozpuścić w 50 ml wody. Do miski robota kuchennego wsypać mąkę, dodać rozpuszczone drożdże, resztę wody, sól i przygotowany w przeddzień zakwas. Całość wyrabiać najpierw na niedużych, a następnie na maksymalnych obrotach przez 2-3 minuty. Ciasto powinno być miękkie.
   Przełożyć ciasto na lekko oprószony mąką blat i zagnieść chwilkę ręcznie, formując kulę. Wsadzić do miski, przykryć i odłożyć na 60 minut do wyrośnięcia.

 

 

   Odgazować i wyjąć na oprószony blat. Podzielić na 3 równe części, każdą delikatnie rozciągnąć na długość, złożyć wzdłuż na pół i zlepić brzegi. Zrolować, tworząc bagietkę. Jej długość nie powinna przekraczać długości blachy ;).

 

 

   Blachę natłuścić i posypać 2-3 łyżkami płatków jęczmiennych. Mogą to być otręby. Ułożyć na nich bagietki. Ale chcąc mieć ładne bagietki ułożyć na oprószonej mąką czystej ściereczce, wyciągając ją pomiędzy bagietkami i tworząc przy okazji swoistego rodzaju foremki w kształcie rynienek (natłuszczona blacha będzie potrzebna do pieczenia).

 

 

Przykryć czystą ściereczką i odłożyć na kolejne 60 minut.
   W międzyczasie nagrzać piekarnik do 200°C. Delikatnie przełożyć bagietki na przygotowaną blachę. Naciąć każdą bagietkę bardzo ostrym nożem pod skosem trzykrotnie - tuż przed wsadzeniem do piekarnika. Piec 30 minut.

 

Ewa


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Sałatka z pomidorów, dymki i fety

wtorek, 11 września 2012 11:27

   Zaznaczyłam sobie tę sałatkę długi czas temu - do zrobienia. Znaczy kupiłam książkę i wsadziłam widokówkę jako zakładkę. Bo zakładkami u mnie bywa to, co w zasięgu ręki się znajdzie. Czasami spisany przeze mnie przepis, aby potem przepaść na długi czas... Oj zdarza się to często. Jednak ja nie o tym - sałatkę przecież chciałam polecić bardzo. Bardzo. Dlaczego?
   Otóż... sałatka prosta, choć nie jest szybka, ale jedynie czasowo. Wymaga maceracji. Trzeba i warto poczekać. Jest w niej niewiele składników, które po prostu kocham - siłą rzeczy więc zestaw musi być pyszny. Faktem jest, że pewnie nie warto jej robić zimową porą, ale właśnie dlatego, że lato w pełnej krasie i na ten smak i zapach pomidorów czekam długo. Dodam jeszcze, że dostałam wybitnie pyszne pomidory paprykowe, które Bodek osobiście przywiózł i wtargał na czwarte piętro. Jego własne - pielęgnowane i wymuskane. Pomidorów były cztery rodzaje, ale sałatkę zrobiłam z tych paprykowych właśnie. Śmiesznych. Długich i mięsistych. Z których skórka schodzi bez sparzania owoców, więc je po prostu obrałam. Zbyt twarda, aby nie przeszkadzała w sałatce. I co najważniejsze - naprawdę przepysznych. I w końcu chciałam sobie przypomnieć smaki kuchni arabskiej. Bo przepis pochodzi z książeczki "Kuchnia arabska" z kolekcji "Rzeczpospolitej".
   Nie widziałam do tej pory w sprzedaży wspomnianych pomidorów Bodka, ale zwykłe też się nadadzą. Byle były dojrzałe. Próbując kiedyś pomidorów w Tunezji stwierdziłam jednak, że paprykowe smakowo są idealne. W każdym razie jak będziecie mieli okazję spróbujcie z pomidorami Roma. Albo byczymi serduchami. Ogólnie rzecz biorąc, sałatka mnie zachwyciła niesamowicie.

 

 

Sałatka z pomidorów, dymki i fety

 50 dag fety,
 50 dag dojrzałych pomidorów,
 80 ml oliwy,
 60 ml soku z cytryny,
   3 dymki,
   2 łyżki drobno posiekanej mięty.

Dodatkowo:
   2 łyżki orzechów włoskich,
   2 łyżeczki sezamu,
1/4 łyżeczki kminu,
1/4 łyżeczki nasion kolendry.

   Fetę pokroić w kostkę wielkości 1 cm i przełożyć do miski. Pomidory umyć, osuszyć i pokroić w ćwiartki. Usunąć pestki i pokroić w małą kostkę. Przełożyć do innej miseczki.
   Dymkę oczyścić i drobno pokroić łącznie ze szczypiorem. Ubić oliwę z sokiem z cytryny, po czym dodać posiekaną cebulkę i miętę. Wymieszać. Połowę sosu dodać do fety, resztę do pomidorów. Wymieszać delikatnie - cały czas osobno - przykryć folią spożywczą i wsadzić do lodówki na 1 godzinę. Co najmniej.
   W tym czasie uprażyć na suchej patelni sezam. Gdy stanie się złoty przełożyć do miseczki. Na patelnię wrzucić orzechy i też podpiec na złoto. Można przełożyć na papierowy ręcznik i delikatnie potrzeć, aby usunąć nadmiar skórki. Orzechy z nasionami drobno posiekać posiekać. Wszystko wymieszać z sezamem.
   Tuż przed podaniem na półmisek wyłożyć fetę i posypać połową przygotowanej mieszanki. Wyłożyć na to pomidory robiąc kopczyk i posypać resztą mieszanki.

 

Szalenie smaczne. Były...

Ewa


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

wtorek, 25 kwietnia 2017

Licznik odwiedzin:  445 070  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Statystyki

Odwiedziny: 445070
Wpisy
  • liczba: 262
  • komentarze: 388
Akcja: Nie kradnij zdjęć!

O mnie

W razie jakichkolwiek pytań do mnie, zapraszam do napisania pod adres: j.ewka@wp.pl