Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 253 890 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

O moim bloogu

Ten blog jest kontynuacją mojej kilkuletniej zabawy w pisanie na temat. Nie sądziłam, że wyczerpie mi się miejsce - stawiając raczej na własny zapał, bo z nim rzeczywiście różnie bywa. I nawet nie cho...

więcej...

Ten blog jest kontynuacją mojej kilkuletniej zabawy w pisanie na temat. Nie sądziłam, że wyczerpie mi się miejsce - stawiając raczej na własny zapał, bo z nim rzeczywiście różnie bywa. I nawet nie chodzi o gotowanie - to nieustannie robię z taką samą pasją - ale o czas i chęci pisania. Proszę więc wybaczyć mi chwile lenistwa, które z pewnością nastąpią. Mam też do Was wielką prośbę, dotyczącą moich rzeczy. Jeśli już kopiujecie tekst (nie mam zbyt wielkiego na to wpływu niestety) - podajcie źródło. Zdjęcia są nie do ruszenia... Są tylko moje i chciałabym aby moje tylko pozostały. Kilka moich rzeczy można spotkać w necie pod nickiem borgia. A wracając do kontynuacji... te opisy mojego kuchennego życia znajdziecie na stronce www.swiat-od-kuchni.blog.onet.pl. Zapraszam Was serdecznie do siebie.

schowaj...

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Szaszłyki z estragonem z pikantnymi ziemniakami

niedziela, 15 września 2013 14:16

   Danie z cyklu konkursowego Doradcy Smaku numer cztery. Do dyspozycji pozostał mi Party Dip Barbecue, więc temat narzucił się sam. Że pogoda nie sprzyja imprezie przy grillu? Taki klimat, do którego osobiście zdążyłam się przyzwyczaić. Wrzesień jeszcze potrafi zaskoczyć piękną pogodą, tylko potwornie szybko robi się już szaro. Jednak mając patelnię grillową, w domu (lub po prostu zwykłą) da się zaskoczyć wszystkich - przy pięknym sztucznym oświetleniu nawet późną wieczorową porą - grillowymi aromatami.
   Dzisiaj szaszłyki. Dlaczego estragon? Bo ostatnio właśnie przeczytałam fajne pytanie dotyczące tego ziółka. No i chciałam pokazać, że można i tak... Przekonać jednych czy też utwierdzić innych, że estragon jest niezły. Niesamowicie aromatyczny, wręcz słodko pachnący. Mam zamrożony - co jest mi bardzo na rękę. Sam się pokruszył, więc i siekanie mi odpada. Dodaję bezpośrednio z zamrażalnika, po czym wystarczy jedynie chwila, aby cała marynata nim przeszła. Jeśli będziecie używać suszonego, to pamiętajcie, aby dać go znacznie mniej. Użyłam polędwiczek wieprzowych, ale można użyć mięsa z kurczaka lub indyka. Drób jest równie delikatny i równie szybko się zrobi. Nie mam na myśli marynowania, bo wiem, że im dłużej się coś marynuje, tym lepiej dla tego czegoś. I dla nas.
   Skupię się tak naprawdę w tej chwili na ziemniakach. Już dawno miałam zamiar podzielić się przepisem, którego użyczam z reguły na telefon - po jakimś tam grillu. Pech chce, że nie mam zdjęcia, bo nie zdążam z aparatem. Albo w ogóle go zapominam. Tak... to moja wina. Dzisiaj jednak nieco inna wersja - zdecydowanie wzbogacona o nowe przyprawy, których wszak być nie musi. Sól i pieprz zupełnie wystarczą. Ale kiedyś i tak pokażę to tak jak wyglądało do tej pory. W różnych wersjach. Ziemniaki przygotowuję zawsze w domu, zawijam w jedno porcjowe pakieciki z folii aluminiowej i wrzucam na grill aby się podgrzały. Tyle. W domu tego robić nie muszę, tylko podaję bezpośrednio z patelni. Można jednak ułożyć je na jednym wielkim talerzu i dookoła rozłożyć szaszłyki. Goście sami się obsłużą. Można i podzielić na porcje. Tylko... jedna zasadnicza uwaga. Tu jest tylko 4 porcje. Tylko, i wyłącznie. I wcale nie takie duże... Większe grono - więcej pyr. A propos przypraw - w zasadzie jednej. Przywiezionej właśnie ostrej mocno papryki pul biber. To wysuszona papryka w drobnych wiórkach. Jeśli będziecie mieli okazję - kupcie. Jest pyszna. Rzeczywiście pikantna. Zamiast niej proponuję zwykłą ostrą, lub też w odpowiednio mniejszej ilości chili w płatkach najlepiej roztartych w moździerzu.
   Całość podana z sosem. Sos w miseczce, aby każdy mógł skorzystać. I z sałatką. Z halloumi. Fantastycznie się zgrało.

 

szaszlyki estragon (15).JPG


Szaszłyki z estragonem z pikantnymi ziemniakami
z sosem Party Dip Barbecue Prymat (danie konkursowe Doradcy Smaku)

   2 polędwiczki wieprzowe (ok. 90 dag),
   1 op. Party Dip Barbecue Prymat (+składniki wg instrukcji)

Marynata:
      starta skórka z 1 cytryny,
   3 łyżki soku z cytryny,
   6 łyżek oliwy,
      szczypta tymianku,
   1 łyżka posiekanego świeżego estragonu (może być mrożony),
      sól, pieprz.

Ziemniaki:
   6 średnich ziemniaków,
   1 duża cebula,
   3 łyżki oliwy,
      sól, pieprz,
1/2 łyżeczki mielonego kminu,
   1 łyżeczka pul biber (ostra papryka),
   2 łyżki posiekanej natki pietruszki.

   Skórkę z cytryny wrzucić do miski i wymieszać z sokiem. Dodać oliwę, estragon i tymianek. Doprawić solą i pieprzem, po czym dokładnie roztrzepać widelcem. Zrobiłam marynatę w osobnej miseczce i zalałam przygotowane mięso, ale nie ma to znaczenia, a o jedną miseczkę mniej do mycia...
   Mięso umyć i osuszyć. Usunąć tłuszcz i błonę, przekroić wzdłuż na pół, a następnie pokroić w sporą kostkę. Wrzucić do marynaty i dobrze obtoczyć. Przykryć folią spożywczą i wsadzić do lodówki na minimum 1 godzinę, a najlepiej na całą noc. Co pewien czas obracać mięso w marynacie.

 

szaszlyki estragon (4).JPG


   Nadziać na szaszłyki - kupiłam fajne, bo krótkie, na których zmieściły mi się 3 kostki mięsa (miałam właśnie okazję użyć). Smażyć na rozgrzanej patelni grillowej bez dodatku tłuszczu po kilka minut z każdej strony, aż pięknie się zrumienią. Około 3-6 minut z każdej z dwóch podstawowych. Boki nieco krócej. Oczywiście można na grillu, ale tam smażeniem zajmują się panowie. Ważna uwaga - nie przesmażyć. Powinny pozostać soczyste. Czas zależny od wielkości kostek i od czasu marynowania.
   W momencie marynowania mięsa ziemniaki porządnie wyszorować. Ugotować w mundurkach do miękkości. Standardowo 30 minut. Odcedzić, lekko przestudzić i obrać. Pokroić w plasterki grubości ok. 5 mm, po czym w kostkę 1-1,5 cm. Cebulę obrać, przekroić na ćwiartki, a następnie w plasterki. Tuż przed smażeniem mięsa rozgrzać na patelni oliwę i wrzucić cebulę. Lekko posolić i smażyć przez krótką chwilę mieszając. Do momentu aż delikatnie się zeszkli nie rumieniąc. Dodać ziemniaki i smażyć często mieszając, aż ziemniaki się zrumienią.

 

szaszlyki estragon (11).JPG

 

   Dodać kmin, pul biber, pieprz i sól, smażyć jeszcze chwilę, aż przyprawy nabiorą aromatu - ok. 2-3 minut. Następnie dodać natkę i mieszać przez chwilę. Odstawić. Usmażyć mięso i po prostu podgrzać ziemniaki. Zabierając na grill w plenerze - owinąć w podwójną warstwę folii aluminiowej jednorazowe porcje i podgrzewać na ruszcie, na którym piecze się mięso.
   W międzyczasie przygotować sos Party Dip Barbecue Prymat wg instrukcji na opakowaniu. Przełożyć do miseczki. Szaszłyki podawać z sosem, ziemniakami i dowolną sałatką.

 

szaszlyki estragon (18).JPG

 

szaszlyki estragon (16).JPG

Ewa


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Sałata lodowa z halloumi

sobota, 14 września 2013 12:05

   Konkursowe danie dla Doradcy Smaku na temat "Twój sposób na imprezę" numer trzy :). A co... Dzisiaj w obroty wezmę Sos sałatkowy paprykowo-ziołowy. Dostałam właśnie paprykowo-ziołowy i francuski, więc ten mi bardziej pasował do całości, z którą podałam. Jakoś tak... Nie tylko dlatego, że przywiezione z wojaży i użyte właśnie halloumi było z chili. Oczywiście nie ma znaczenia, czy będzie to zwykłe, czy też z czymś. Sam ser jest po prostu niesamowity. Wracając do sosów, to jednak nie wiem, czy zdążę użyć francuskiego przed końcowym czasem, ale to jeszcze nie jest moje ostatnie słowo, jeśli chodzi o konkurs..
   Sałatka niby jak sałatka. Różnie się do nich podchodzi. Jednak powiem szczerze, że do spotkań w większym czy też mniejszym gronie są zawsze znakomitym dopełnieniem jakiegoś większego dania. W sezonie letnim wystarczy nam do niej kilka przypiecków i kefir. Im bardziej lato się zagłębia, tym więcej w samej sałatce i obok niej się dzieje. Bo przecież rozjaśnia nam twarze i talerze. Sprawia, że kolory nabierają radosnych odcieni i pobudzają nam apetyt. Sałatka niby jak sałatka, ale ja je uwielbiam.
   Nie da się ukryć, że sos zrobił swoje. Pachniało, ładnie wyglądało, i... znikło. Młody przyszedł 4 godziny po czasie, i tylko zapytał - wskazując na kostki sera - "co to jest?".
- Halloumi.
- Aha.
   Na tym koniec dyskusji, wszystkie kostki zniknęły w paszczy skrzętnie pozbierane, po czym talerzyk w łapska i frrru... sałatka.
- Są szaszłyki i ziemniaczki do tego.
- Potem... - sałatka znika na moich oczach w tempie jak nigdy dotąd. Nie bez kozery Połówka stwierdził, że jest pyszna, ale... Bez "ale" się nie obeszło.
- Ale co?
- Ale mogłaś sałatę drobniej porwać, bo mi z widelca spada :P - nie ma, że boli. Ale musi być.
   Ale... przecież na grillowym spotkaniu łatwiej taką sałatkę nabić na widelec. Tylko trzeba jedno wziąć pod uwagę, że jak się przyjdzie 4 godziny po czasie, to do nabijania już nic nie będzie. U Młodego w tym momencie potem zaraz przyszło więc reszta (dodatków) i resztka sałatki. Bez sra, ale co zrobić... A ser najlepszy był jeszcze gorący, bo miękki i rozpływający się w ustach. Potem z powrotem stał się twardy, co nie znaczy, że niedobry.
   I tak a propos grilla. Sałatkę można zrobić wcześniej i wziąć ze sobą osobno jej składniki, osobno pokrojony ser, i osobno zrobiony w słoiczku sos. Ser opiec na tacce na grillu, tuż przed podaniem polać sałatkę sosem, posypać serem  i... już. Sałatka dobra do wszystkiego.

 

salata lodowa z halloumi (2).JPG



Sałata lodowa z halloumi
z sosem paprykowo-ziołowym (danie konkursowe Doradcy Smaku)

   1 sałata lodowa,
   2 średnie pomidory,
   1 mały ogórek sałatkowy,
1/2 pęczka rzodkiewek,
   2 spore dymki ze szczypiorem,
 10 dag sera halloumi z chili (lub zwykłego),
   1 łyżeczka oliwy.

Sos
   1 opakowanie "Sosu sałatkowego paprykowo-ziołowego" Prymat,
   3 łyżki wody,
   3 łyżki oliwy.

   Sałatę podzielić na liście, umyć i osuszyć, po czym porwać na ulubionej wielkości kawałki. Rozłożyć na półmisku. Umyć pomidory, ogórka, rzodkiewki i dymkę. Pomidory pokroić w dużą kostkę usuwając przy okazji stwardniałe miejsce po szypułce. Ogórka obrać, przekroić na połówki i nożykiem do obierania warzyw pokroić wzdłuż na paski I koniecznie osuszyć na ręczniku papierowym. W zasadzie można pokroić tak, jak nam się podoba. Rzodkiewkę oczyścić, przekroić wzdłuż na pół, i pokroić - również wzdłuż - na plasterki. Dymkę wraz ze szczypiorem po prostu pokroić w plasterki.
   Rozłożyć na sałacie ogórka i pomidory i delikatnie za pomocą dwóch łyżek wymieszać. Całość posypać rzodkiewką i cebulką. W słoiczku przygotować sos wg przepisu na opakowaniu - wersja oliwna. Odłożyć.
   Ser pokroić w ok. 1,5 cm kostkę. Rozgrzać na patelni oliwę - zrobić to tuż przed podaniem - i podsmażyć ser ze wszystkich stron na piękny złoty kolor. Inny zresztą nie wyjdzie... Nie próbować! Bo nic nie zostanie... Sałatkę polać gotowym sosem, posypać serem i podawać.

 

salata lodowa z halloumi (4).JPG

 

salata lodowa z halloumi (3).JPG

Ewa


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Tacos z cielęciną i marynowaną cebulą

piątek, 13 września 2013 19:54

   Konkursowe danie Doradcy Smaku "Twój sposób na imprezę" numer dwa. Bo jak tu nie skorzystać z tego co pod nos nam podano? Swoją drogą najbardziej mnie zachęcał i cieszył właśnie ten Dip Party Prymatu, pewnie z racji tej, że był (no niestety już był) meksykański. Zagadką pozostawał problem - jak ostry to dodatek. Kilka osób zdążyło już napomknąć, że ostry... dla nas jednak była to ostrość absolutnie wyważona. Czyli w sam raz.
   Dip meksykański, więc i warto postarać się o danie z tego kawałka świata. Tym bardziej, że i my jako domownicy, i nasi znajomi lubią tą kuchnię. I choć czekam na naprawdę wspólną nasiadówkę w większym gronie, gdzie tematem przewodnim miały być właśnie meksykańskie specjały (choć obiecane były węgierskie - tak tylko przypominam ;P), to takie mocne przygotowanie zawsze będzie in plus. No i się przygotowałam wcale nieźle. Praktycznie. Bo teoretycznie to się przygotowywałam przez kilka już było nie było miesięcy. Więc przyszedł czas wykonać to, co na taką imprezę świetnie się nada.
   Nie mogę powiedzieć, żeby obyło się bez strat. Trochę kłopotów sprawiły mi placki, ale zawzięłam się i zrobiłam sama. Nie jest to sprawą honorową, ale miałam poćwiczyć kukurydziane jedynie foremki do tacos. Pierwsza partia wg przepisu książkowego wylądowała w koszu. Trzeba było jednak zrobić sobie tradycyjną metodą własną z użyciem wrzątku i bez użycia soli. To jednak ma znaczenie... i poszło... Tacos oczywiście można kupić gotowe i użyć 8 odpowiednio uformowanych tortilli. Można wszak i zrobić samemu, bo proste. Bo teraz są proste. Ale co dalej? Być może bardziej na miejscu byłaby wieprzowina, ale miałam piękny kawał cielęciny. Starczył na solidny obiad i na drugi dzień do nadzienia. Więc można mięso przygotować wcześniej i tylko tuż przed podziałem mocno podgrzać. Postaram się jak najszybciej umieścić moją wersję cielęciny w sosie własnym. Do tej pory mi się nie udało, bowiem mięso to niesamowicie mi się kurczy pod koniec duszenia. Kurczy naocznie. A pomagają mu w tym moi panowie. I jak tu zrobić zdjęcie nadjedzonemu kawałkowi mięsa? Ja już wiem... nie robić w weekend. Powiem tak, że cielęcina jako dodatek do tortilli sprawdziła się genialnie. Do tego stopnia, że oczywiście padło pytanie - "Nie ma już???".
   W zasadzie najdłużej zajęło mi poza plackami zamarynowanie cebuli. Jednak muszę powiedzieć, że wprawdzie można pokroić zwykłą lub dymkę, ale polecam wersję nieco przerobioną. Całość zwieńczył wspomniany wcześniej, gotowy - zrobiony ściśle wg instrukcji - Dip Party meksykański Prymatu. No może zwieńczyła kolendra, ale to już drobiazg - miałam jej resztkę (nie pomyślałam), więc i jej ilość jest niewielka. Świetnie pasuje, choć nie każdy ją lubi.

 

tacos z cielecina (17).JPG



Tacos z cielęciną i marynowaną cebulą
z dipem meksykańskim (danie konkursowe Doradcy Smaku)

Tortille kukurydziane (8 małych sztuk):
  15 dag mąki kukurydzianej,
 1,5 dag smalcu,
150 ml gorącej wody,
       mąka pszenna do podsypania.

Cebula marynowana:
    2 duże czerwone cebule,
    1 czerwona chili,
 1/2 szkl. białego octu winnego,
 1/2 szkl. wody,
  10 dag cukru,
    1 łyżeczka soli.

Tacos:
    8 tortilli kukurydzianych,
  35 dag cielęciny w sosie własnym,
    1 awokado,
    2 pomidory,
       sok z 1/2 cytryny,
       cebula marynowana,
    1 op. Party Dip meksykański Prymat (+ składniki wg przepisu na opakowaniu),
       świeża kolendra (niekoniecznie)

Tortille:
   Mąkę przesiać do miski, dodać pokrojony na małe kawałki smalec i dokładnie wymieszać palcami. Stopniowo wlewać gorącą wodę - po 50 ml na raz. Ostrożnie wymieszać - na początku można widelcem, po czym dłońmi. Zagnieść gładkie ciasto, wsadzić do miski, przykryć i odłożyć na 30 minut.

 

tacos z cielecina (6).JPG


   Po tym czasie podzielić ciasto na 6 kawałków i uformować z nich kulki. Zajmując się jedną, resztę trzymać w misce pod przykryciem. Na oprószonym mąką blacie rozgnieść kulkę ciasta, oprószyć delikatnie mąką i rozwałkować na cienki placek zwracając uwagę na to, aby nie przykleił się do podłoża. Przykryć miseczką lub małym talerzykiem i wyciąć krążki średnicy 14,5 cm (moje miseczki dokładnie tyle mają). Resztki ciasta odkładać do miski. W ten sposób przygotować 6 tortilli, a z resztek uformować jeszcze 2 kulki i zrobić to samo.

 

tacos z cielecina (8).JPG

 

tacos z cielecina (9).JPG


   Nagrzać małą patelnię z nieprzywierającym dnem (lub patelnie do naleśników) na ogniu bez dodatku tłuszczu. Za pomocą cienkiej szpatułki przenosić tortille na patelnię i smażyć z obu stron na niedużym ogniu. Z pierwszej nieco dłużej - ok. 2 minut. Przewrócić na drugą stronę i smażyć jedynie chwilkę, aby straciły swą surowość. Powinny pozostać miękkie. Zdjąć z patelni i zgiąć na pół. Cienki wałek doskonale ułatwia sprawę, pozwalając na stworzenie fajnych muszli. Odłożyć na bok.

Cebula marynowana:
   Cebulę obrać, umyć i pokroić w dość cienkie plastry. Chili umyć i pokroić w 5 mm krążki - pestki można zostawić, jeśli preferujemy nieco ostrzejszą wersją (jest pyszna). Przełożyć wszystko do szklanej lub ceramicznej miski.
   Do rondla wlać ocet i wodę, dodać cukier i sól. Zagotować mieszając, aby cukier się rozpuścił, po czym zalać cebulę i chili. Docisnąć łyżką, aby całość była zanurzona. Przykryć podwójną warstwą ręcznika papierowego i odłożyć na ok. 30 minut. Ręcznik papierowy pozwoli całości być pod wpływem marynaty. Cebulę można przełożyć do słoika, szczelnie zamknąć i przechowywać w lodówce do momentu całkowitego zużycia.
Zużyć można również do kanapek lub do sałatek.

 

tacos z cielecina (10).JPG


Tacos:
   Pomidory umyć i pokroić w dużą kostkę, usuwając przy okazji stwardniałe miejsce. Awokado przekroić wzdłuż na pół, usunąć pestkę i obrać. Pokroić w cienkie podłużne cząstki i skropić mocno sokiem z cytryny. Cebulę - ilość wg uznania - odsączyć na sitku. Przygotować sos Party Dip meksykański wg instrukcji.
   Gorące mięso podzielić za pomocą 2 widelców na kawałki wzdłuż włókien. Rozłożyć do przygotowanych tortilli. Dodać awokado, pomidory i cebulę, polać łyżką sosu. Można posypać listkami kolendry i podawać. Można całość podgrzać w mikrofalówce.
Ewa


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (1) | dodaj komentarz

Yufka z kurczakiem i warzywami

wtorek, 10 września 2013 21:31

   Tuż przed wyjazdem na wczasy dowiedziałam się, że zgłaszając mój blog do konkursu na stronie Doradcy Smaku, zostałam przyjęta. Pierwszy etap był prosty, teraz następuje kolejny. W międzyczasie miano mi dostarczyć zestaw dipów i sosów firmy Prymat, które mają być bazą owego konkursu. Na drugi dzień po fajnej wiadomości... nie było mnie już na miejscu. Całość miała "przyjść" pocztą, więc trochę martwiłam się, że listonosz pocałuje klamkę, a paczka wróci do nadawcy. Awizo po powrocie nie było. Tylko... czy to dobry, czy zły znak? W sklepach szukałam na półkach, ale żadnego z tych produktów nie widziałam. Oczywiście w razie czego, chciałam po prostu kupić. No ale problem sam się rozwiązał drugiego dnia rano. Puk... puk... Paczuszka :). I oto danie na konkurs. Zainspirowane letnimi wspomnieniami.

    Poza tym myślę, że najlepszym sposobem na podzielenie się swoimi wrażeniami z podróży, będzie podzielenie się przepisem. Co prawda nie od tego zaczęłam, ale ten nastąpił zaraz po... Pomyślałam sobie też, że pozwolę Marzenie na użycie kupionego na Cyprze sumaka. Co prawda boję się że z yufką może być problem, ale polecam wykorzystać do tego zwykłe naleśniki. Gotowe. Farsz zawinąć w gotowce i usmażyć na patelni na złoto. Tak kiedyś zaczynałam robić własne pseudo sajgonki - z braku papieru ryżowego robiłam naleśniki. Pyszne były zamiast wtedy, myślę, że pyszne będą i teraz. Mogłabym co prawda powiedzieć, żeby zamiast yufki użyć filo, ale z nim taki sam problem. Jak sobie skądś człowiek nie przywiezie, to nie będzie miał. Zawsze wszak można samemu zrobić, ale z doświadczenia wiem, że tak idealne nie wyjdzie.
   Oto mam kilka wielkich okrągłych arkuszy ciasta. Cienkiego i delikatnego w swojej strukturze, lecz w gruncie rzeczy łatwego w obsłudze. W końcu lwią część za nas wykonano. Nie całą porcję zużyłam na raz - jedliśmy z przyjemnością wielką - kilka dni pod rząd. Zmieniając jedynie układ. Raz serowe, raz mięsne. Mięsne podałam z dipem czosnkowym, choć zrobiłam go nieco inaczej niż podano w przepisie. Zależało mi na lekkiej wersji, bo już samo ciasto smażone w tłuszczu jest ciężkawe. Piszę ciężkawe... bo nic to. Znika błyskiem. Nada się na spotkanie z przyjaciółmi, lub nasiadówkę przy telewizorze. Oczywiście zawsze może być nasiadówka z przyjaciółmi - tego nie wykluczam. My zjedliśmy na obiad.
   Sumak. Otóż właśnie. Fajna przyprawa, którą poznałam dzięki Paulinie, dostając od niej paczkę. Dużą paczkę. Nadaje fajny smak potrawom. Można dodać do warzyw, ale doskonale smakuje z nią kurczak. Można kupić w internecie. Użyłam też innej przywiezionej ze sobą przyprawy, tajemniczego "isot biber". Wzięłam, bo ciekawie i zachęcająco wyglądał. W domu szperacz w postaci wyszukiwarki, i... okazuje się, że doskonały zakup. To chili chipotle - niestety nie wiem, czy dostępne gdzieś u nas. Mam nadzieję, że tak. Jednak zamiast niego proponuję doprawić po swojemu jakimkolwiek chili w proszku. Sumaka nie da się zastąpić...

 

yufka z kurczakiem (22).JPG

 

Yufka z kurczakiem i warzywami
z dipem czosnkowym (danie konkursowe Doradcy Smaku)

 

18 szt.
3 duże okrągłe arkusze Yufki,
1 mała cebula,
1 czerwona chili,
1/2 małej czerwonej papryki,
1/2 małej cukinii,
1 nieduży filet z kurczaka,
1 ćwiartka tylnia z kurczaka,
1 łyżeczka sumaka,
1/2 łyżeczki isot biber (drobne płatki chili chipotle),
1/2 łyżeczki mielonego kminu,
1/2 łyżeczki mielonej kolendry,
sól,
1/2 szkl. posiekanej natki pietruszki,
3 łyżki jogurtu greckiego,
olej do smażenia

Dip:
1 opakowanie Party Dip czosnkowy Prymat,
3 łyżki dobrego majonezu,
5 łyżek jogurtu greckiego,
1 łyżka soku z cytryny.

 

   Cebulę obrać, umyć i drobno posiekać. Chili umyć, oczyścić i również drobno posiekać. Paprykę i cukinię umyć i oczyścić, usuwając pestki, powięzi i końcówki. Cukinię pokroić wzdłuż na paski, po czym w poprzek na słupki. Paprykę pokroić na słupki tej samej szerokości, lecz długości ok. 2 cm. Mięso umyć i usunąć skórę. tłuszcz i kości. Pokroić w malutką - naprawdę malutką - kostkę. Odłożyć.
   Na dużej patelni rozgrzać delikatnie łyżkę oleju. Wrzucić cebulę i chili, i smażyć cały czas mieszając mniej więcej 2-3 minuty. Nie rumienić - cebula powinna się zeszklić jedynie. Dodać czerwoną paprykę i smażyć czasami mieszając 5 minut. Powinna zmięknąć. Dodać cukinię i smażyć jeszcze 2 minuty. Całość przełożyć do miski.
   Na tą samą patelnię wlać nieco więcej oleju i mocno rozgrzać. Wrzucić mięso i smażyć przez ok. 3 minuty stale mieszając. Mięso ma być usmażone, ale nie wysuszone. Dodać do warzyw i wymieszać.
   Do całości dodać sumak, chili, kmin, kolendrę i doprawić solą. Dodać jogurt i natkę i dokładnie wymieszać. Spróbować i ewentualnie doprawić wg własnego uznania.
   Przygotować sobie miseczkę z wodą i pędzelek. I talerz. Na blacie rozłożyć arkusze ciasta. Złożyć na pół, zagiąć i ponownie rozłożyć. Przeciąć wzdłuż zagięcia - świetnie się sprawdza zwykłe niekarbowane radełko. Można zrobić to na pojedynczych arkuszach, ale jak się nabiera wprawy, to można za jednym zamachem. Połowę ciasta schować do woreczka lub pod ściereczkę. Drugą złożyć na 3 części tak, aby powstały równe trójkąty. Zagiąć i rozłożyć. Znów przeciąć wzdłuż zagięć. Ułożyć jeden na drugim lub brać pojedyncze trójkąty - trzymając resztę pod przykryciem. 

 

yufka z kurczakiem (8).JPG

 

yufka z kurczakiem (9).JPG

 

yufka z kurczakiem (10).JPG

 

   Brzegi ciasta posmarować delikatnie wodą. Na szerokim brzegu ułożyć łyżkę nadzienia formując wałeczek. Boki ciasta złożyć nieznacznie do środka i całość zawinąć. Dobrze zlepić. Odłożyć na talerz i przykryć np. arkuszem folii spożywczej. Powtórzyć z resztą trójkątów i drugą połową ciasta.
W rondlu lub na dobrej i nieprzywierającej patelni rozgrzać dobrze sporą ilość oleju. Smażyć partiami ze wszystkich stron na rumiano. Osuszyć na ręczniku papierowym i wyłożyć na półmisek lub na indywidualne talerzyki.

 

yufka z kurczakiem (15).JPG


   W trakcie smażenia do miseczki wsypać Party Dip czosnkowy. Dodać majonez, jogurt i sok z cytryny. Dokładnie wymieszać i odłożyć na 5 minut. Przelać do sosjerki. Podawać razem z nadziewaną kurczakiem i warzywami yufką.

 

yufka z kurczakiem (20).JPG

 

yufka z kurczakiem (23).JPG


   Z pozdrowieniami dla Marzeny, Pawła i uśmiechniętych zawsze chłopców :)
Ewa


Podziel się
oceń
3
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Güzel Kıbrıs

sobota, 07 września 2013 15:00

   Sezon wakacyjny dobiega końca - to tak ogólnie. U nas skończył się powrotem do domu tym razem z pięknego Cypru. Odwiedziliśmy jego północną - turecką część. Dwa tygodnie pełne słońca i związanych z tym przyjemności. Przyjemności leniuchowania absolutnego i fantastycznej miejscowej kuchni. Ale po kolei...

 

cypr (48).JPG

 

   Dojazd na miejsce zajął nam dwukrotnie więcej czasu, niźli było w planach - wina niedopatrzenia naszego rezydenta - w gruncie rzeczy jedynego minusa całej wyprawy. No może jeszcze fakt, że nie zdążyliśmy na obiad przez absolutną lekcewagę kilku urlopowiczów, którym nigdzie się nie spieszyło, a w związku z tym zwiał im ich własny transport. No i rzecz jasna trzeba było zrobić kilka dodatkowych objazdów, żeby dowieść towarzystwo uchachane na miejsce. Nie bacząc na poważniejszego mentalnie siedmioletniego dżentelmena - zmęczonego i spragnionego. Głodnego pewnie też. Bez słowa przepraszam. Nie ma się co dziwić, że nam trochę żyłka pękła... bo w czym problem zawieźć gapowiczów na miejsce jako ostatnich - gdy autokar będzie wracał było nie było tą samą drogą. Nie wiem co było na obiad, ale na bank coś dobrego ;). Jak i w inne dni. Dotarliśmy na miejsce w towarzystwie fantastycznym. Natalii, Rafała i owego dżentelmena o jakże pięknym imieniu - Borys. Emocje opadły i pozostały piękne widoki. Szybka kąpiel po podróży, oglądnięcie ślicznego pokoju z przepięknym balkonem. No i czysto, pachnąco i świeżo - co w łazience ma dla mnie ogromne znaczenie. Przebrani poczekaliśmy na czas kolacji oglądając to, co mamy w okolicy. Dwa baseny, z czego jeden ze zjeżdżalniami, sporo zieleni i kwiatów, do sali restauracyjnej ze 2 minuty.
   Kolacja z współuczestnikami podróży minęła błyskiem. Ale to nic. W końcu siedzieć można było za stołami dopóty, dopóki się komuś nie odechce. Poznaliśmy przy okazji znacznie bliżej Wisłę, pośmialiśmy się serdecznie i umówiliśmy na następny dzień na plażę. Miała być niedaleko...
   Miała. Obok ośrodka biegła drożyna. Przy niej figowiec i masa lemonów. Jak to zostało wyjaśnione nieco później - coś pośredniego między cytryną a limonką. Rzeczywiście mocno zielone, ale kwaśniejsze od cytryn, które znam. Kilka wylądowało w kieszeni. I kilka fig w garści. Wybierałam takie miękkie, a ponieważ widząc co z nimi robił kierowca autokaru (zrywając z okolicznego drzewa podczas jednego z postojów) postanowiłam zrobić tak samo. Moje pierwsze świeże figi. Słodkie przeraźliwie. Różowe w środku. I niestety lepkie. Ale do morza niedaleczko... Chyba... No to szliśmy. Natalii i mnie zaczęło brakować kapelusza. Skończyły się drzewa, zaczęły pola. Skończyły się pola, zaczęły się... plaże? Wulkaniczna pustynia. Morze widać, ale jak do niego dojść. Nieważne... Wszyscy chcieli się wykąpać, a ja jedynie... umyć ręce. Szukanie zajęło nam 2 godziny. Morze jasne, że znaleźliśmy, ale bez zejścia do niego. Poza jednym małym wyjątkiem. Schodek w skale pozwolił nam zejść w jedno miejsce - mocno kamieniste. Ale zmyłam tę potworną lepkość. I miałam spokój. Piękny widok jednak przed oczami. Lazurowe morze, bezchmurne niebo i niedokończony hotel z jednej strony z malutką, ale łagodną i piaszczystą plażą. Tak niedaleko... Trafiliśmy tam nazajutrz. Popołudnie spędziliśmy w morzu cieplejszym niż woda w basenie. Czystym i potwornie słonym. Fantastycznym. Inną drogą - wcale rzeczywiście niedaleko ośrodka. Ale konkretna plaża była znacznie dalej. Transport zapewniony przez hotel, choć akurat nie w ten dzień - mieliśmy pecha. Dlatego zdecydowaliśmy się na tę maleńką zatoczkę. Nazajutrz odwiedziliśmy hotelową. Wypoczynek się zaczął...

 

cypr (26).JPG

 

cypr (1).JPG

 

   Wypoczynek pełną gębą. Także i od gotowania. A nie ukrywam, że się nastawiałam. Trochę jestem rozczarowana, lecz jedynie jedną rzeczą. W zasadzie to jej brakiem. Na śniadania zawsze były półmiski miejscowych serów - w tym także halloumi. Liczyłam, że kiedyś podadzą go z grilla. Nie doczekałam się. Ale nic to. Ta feta, ten kozi niezwykle delikatny i słodkawy, i w końcu halloumi rozwarstwiający się nieco, trochę gumowaty w swojej strukturze nie dający się z niczym porównać. Trzeba spróbować. Śniadania bardzo mi smakowały, pomimo iż były niezmienne w swej formie i treści. To samo, co wcale mi się nie znudziło. Nie jadłam wędlin - drobiowych. Nie jadłam żółtych serów. Nie jadłam sporo rzeczy bo... wyżarłam wszystkie podsuszane czarne oliwki. Podawane do wszystkich posiłków, więc to wyżarcie zajęło mi kilka dni. Potem pokazały się zwykłe czarne, już nie takie smaczne, więc przerzuciłam się na zielone nadziewane ostrą papryczką. Z biegiem czasu stawały się mniej ostre, a bardziej kwaśne. Nie mam pojęcia dlaczego... Więc przestałam je jeść. Zajęłam się mieszanką pokruszonej fety, ziół i ostrych papryk - isot biber - charakterystycznych, bo prawie czarnych płatków, i pul biber przyjemnie ciepło czerwonej. Taki serek rozsmarowany na kanapce... mmmm... Więc jeden kromal z serkiem, drugi z fajną sałatką w formie pasty. A jakże - ta pikantna sałatka również lądowała na chlebie. A kto mi zabroni. Pychota. Chyba tych serów mi będzie brakowało. Sałatkę postaram się odtworzyć.
   Obiady i kolacje były niespodzianką. Tym większą, że na obiad potrafiono podać ryż z makaronem - nie to dla mnie dziwne, bo to specjalność krajów arabskich, gdzie połamane drobno nitki smaży się, po czym gotuje z ryżem. Fajnie smakuje i fajnie wygląda. Nie to mnie dziwiło również, że do ryżu podawano jakieś mięso - a to kurczaka, a to jagnięcinę w różnych formach, czy też mieloną wołowinę - ale to, że podawano do tego jeszcze smażone ziemniaki. Nie dla mnie taka mieszanka, więc brałam albo jedno, albo drugie (a byli tacy co pełen zestaw zagryzali chlebem). Z mięsem. I często z warzywami na gorąco. Do tego sałatka, ogórek i pomidor (nasze pomidory o niebo lepsze - co mnie zaskoczyło). I w początkowej fazie oliwki. Czasami była rybka. Kolacje wyglądały podobnie plus jeszcze zupa. Nie zawsze ją jadłam, ale rewelacyjnie smakowała mi jogurtowa i turecka specjalność. I raz podano absolutnie coś rewelacyjnego - podsmażane ziemniaki w plasterkach z cebulką zrobione na niemiecką modłę.

 

cypr (54).JPG

 

cypr (39).JPG

 

cypr (41).JPG

 

   Tak à propos tureckiej specjalności. Mniej więcej po tygodniu zorientowaliśmy się, że to co będzie na obiad i kolację nie musi być niespodzianką. Jest codziennie wystawiane menu. Po angielsku jedynie, ale jest. Więc Mąż systematycznie informował mnie co będzie. No i raz wpada i mówi:
- Ha! Nie zgadniesz jaka zupa dzisiaj będzie.
- Rosół z domowym makaronem?
- No nie...
- Nie mów, że barszcz, bo w to akurat nie uwierzę. Bardziej w rosół...
- No nieee... Znasz taką zupę jak ezogelin?
- Nie znam - no nie umiem łgać. Nie znam, nie robiłam, więc i nie jadłam. Nie miałam okazji, a on o tym doskonale wie, więc po co?
- No to chodź...
No to idę. Stoimy przed pulpitem i jest rzeczywiście. Ale co z tego, skoro jedynie na dywagacjach na temat się kończy. Co autor miał na myśli. I wtedy podchodzi do nas najmłodszy z grona kelnerów, z uśmiechem widząc pewnie, że mamy jakiś nurtujący nas problem i chcąc wyjaśnić.
Romulek bez najmniejszego obciachu:
- What is ezogelin soup?
Uśmiech się powiększył. I dostaliśmy wyjaśnienie bardzo dokładne. Absolutnie turecka, dosyć ostra (mmm... wersja akurat niespecjalnie przykra - dla nas) i to co mnie zachwyciło - z bulgurem. W końcu coś z bulgurem. To było rano po śniadaniu. Przy obiedzie chłopak podbiega i... przeprasza. U niego w domu zawsze z bulgurem, ale ta będzie z ryżem. Oj ból... Bulguru nie zjadłam wcale.
   Ogólnie kuchnia wyśmienita. Nie brak przypraw, które lubię - kminu i ostrej papryki. Wersje i te bardziej gulaszowe, i te z konkretnym kawałkiem mięsa czy ryby. A ryby pyszne. I szkoda, że tak rzadko. Sporo najadłam się bakłażanów - nieco innych. Długich i wąskich. I pełnych goryczy. Zapewne nikt nie bawi się w solenie i płukanie, tylko jadą moim ulubionym systemem. Od razu. I powiem szczerze - ta goryczka bardzo mi odpowiadała. A do nich rewelacyjny jogurt. W różnych wersjach. Nie zabrakło i słodkości, ale z nimi różnie bywało. Wzięłam kiedyś po śniadaniu ciasteczko, które wyglądało na chałwowe. Może i było... ale smaku ciężko mi się było doszukać. Poza cukrem. Zostawiłam lekko nadgryzione, choć było na jeden kęs. Nie oparłam się jednak ptysiom z kremem i zieloną posypką. Myślałam, że to pistacje, ale jednak nie. Teraz mam nadzieję, że to kannavuri, bo po prostu sobie kupiłam. A powiedziano mi, że jest to do posypania słodkich wypieków. I to by się zgadzało... Były też eklerki polane niesamowitym karmelem, który trzeba było odchorować. Słodycz ogromna, ale pyszna. Nie mam zdjęcia, bo nie pomyślałam. Zrobiłam za to fotkę eklerków z czekoladą - nie jadłam. Nie mogłam... w tym upale. Skusiłam się też na ciasto czekoladowe z polewą - rzeczywiście nie tylko pysznie wyglądające. I najlepszy deser, który miałam okazję tam jeść - gotowane jabłka (sądzę, że w syropie z granatów) z malutką kropelką kremu i kawałkiem orzecha włoskiego na szczycie. Leciuteńki i orzeźwiający deser. Taki mogłabym codziennie. Co jeszcze? Natalia jednego wieczoru wzięła piękny kawałek ciasta. Przyglądam się i przyglądam... Krótkowidzem jestem, ale wyraźnie widzę oliwki. Więc i mówię, że tak to wygląda. Oczy Natalii zrobiły się okrągłe - nie znam osoby, która tak potrafi. Romulek próbuje od momentu Jej poznania, mówiąc, że robi Natalię... a ja już wiem o co chodzi. Dodam, że robi to w specyficznych warunkach, jednym słowem - głupio zaskakujących. Czyli działających tak, że głupio czasami skomentować, a oczy zrobią swoje ;). Genialne! No więc była okazja...
- Ty... rzeczywiście. Oliwki.
Ciasto musiałam spróbować. Pokrojone w kostkę powiedzmy 5 cm smakowało jak chleb. To było z oliwkami i mam wrażenie, że z oregano. Była i druga wersja - bez oliwek, ale za to z miętą. Posypane sezamem. Oba z dodatkiem oliwy. I oba pyszne. Tylko trzeba się było nastawić na słoną wersję ciasta. Fantastyczne były też obwarzanki, które oglądnęłam ze wszystkich stron. Nieduże, posmarowane jajkiem i posypane czarnym sezamem, choć trafiało się i ziarenko czarnuszki. Bardzo przecież charakterystyczne w swoim smaku. Przez kilka dni przygotowywałam się do poważnej rozmowy na temat, chcąc wytargać na nie przepis. Zbierałam swoje siły, zastanawiając się jakie pytanie ktoś może zadać - bo mój wzrokowy angielski nie używany w gębie, i w ogóle baaaardzo słaby, gdyż nie uczony wcale może nie wystarczyć. No i wysłałam Męża z problemem w postaci takiego obwarzanka.
Podszedł do stojących za barem panów...
Po chwili podchodzi do niego kucharz - było nie było najważniejsza osoba - zawołany na tę okoliczność z kuchni. No i dowiedziałam się, że to zwykłe ciasto tak uformowane, posmarowane jajkiem i posypane... sezamem. No masz!!! Tak zaskoczona jestem, że szok. Romulek mało nie udławił się ze śmiechu jak to usłyszał. Ale drąży - jakie ciasto. No zwykłe. Zwykłe i już. Zwykłe... Kruche . Ale czy ich zwykłe to i nasze zwykłe? Nie wiem, jednak spróbuję.

 

cypr (6).JPG

tuż obok Atatürka...

 

cypr (8).JPG

...i po obrocie na pięcie.

 

cypr (13).JPG

 

   Nie ukrywam, że klimat nastrajał do smakowania. I okoliczności. No bo nic nie robisz - zwłaszcza w kuchni - tylko patrzysz i podziwiasz. Z jednej strony morze, z drugiej piękne góry. Za górami Grecja. A Grecy nie darzeni są sympatią przez Turków, między innymi właśnie za Cypr. I nawzajem. Mieliśmy przez chwilę ochotę przejechać się na własną rękę na grecką stronę, ale właśnie z braku jakichkolwiek informacji, które nie są w interesie firmy, po prostu zrezygnowaliśmy. Jedź w te piękne, lecz przecież dzikie góry na własną rękę, lub zapłać odpowiednią ilość pieniędzy i jedź na wycieczkę. I bądź ograniczony wszystkim. Tu a nie tu. I teraz a nie potem... Nie znoszę tego. Za to z Natalią, Rafałem i Borysem zwiedziliśmy pobliską Kyrenię. Wysiedliśmy z autobusu i poszliśmy w doskonałym kierunku. Stanęliśmy przed Atatürkiem ;). Niesamowite. Nie Atatürk, lecz widok. Z jednej strony owe góry w całej krasie, odwracasz się na pięcie i... morze. Tylko kilka kroków... Poszliśmy wzdłuż murowanego falochronu deptaczkiem wprost do fortu. Zachwyt Borysa na widok statków pirackich jest nie do opisania. A można je było z bliska zobaczyć. Więc staliśmy przez chwilkę i nie wiedzieliśmy na co dokładnie patrzeć w danej chwili :). Samo miejsce też zachwycające - dosyć wąski kanał, w którym cumowały statki, po czym widok na pełne morze. A dokładnie nad tym wszystkim górował kamienny fort. Malownicze kamieniczki w starej części miasta obecnie tworzą restauracyjny kompleks dla turystów. I w każdej jakiś sklepik z drobiazgami. Były i kapelusze, więc panowie wyszli nieco lżejsi, a my cieszyłyśmy się naprawdę pięknymi nakryciami głowy. Ba! Cieszę się wciąż tak samo.
   Wracając zrobiliśmy nieco większy łuk, aby zobaczyć jak najwięcej. Na przystanek trudno nie trafić, więc spokojnie spacerkiem pooglądaliśmy. Dodam, że nie obowiązują tu żadne rozkłady jazdy i żadne cenniki. Owszem - jadąc krótki odcinek kierowca weźmie mniej, ale jadąc do samego końca - a tak było w naszym przypadku - weźmie normalną stawkę. Trafisz na bus, to wsiadasz. Nie masz też pewności za ile bus ruszy z tego pierwszego przystanku. Będzie czekał na komplet, czy może też niekoniecznie. Ma kierowca do podwiezienia jakiegoś kuzyna - co wiąże się z obejrzeniem okolic czasami bardzo ciekawych, czy też pojedzie prosto, niekoniecznie prostą drogą. Jedno wiem. Trzeba być mistrzem kierownicy, aby wyrobić na tych wąskich i krętych uliczkach. Bus to pikuś. Zrobić to turystycznym autokarem... Jednym słowem oglądnęliśmy sporo okolicznych miejsc jadąc do, lub wracając z Kyrenii. Mało tego. Przez długi czas próbowałam namówić Męża, abyśmy przeszli się w okolice widocznego z naszego balkonu meczetu. Chciałam zobaczyć z bliska. Nie ma szans. Na taki upał? Tyle kilometrów pod górę? Nie da rady. Dało przez zupełny przypadek.
   Przed wyjazdową nocą po raz ostatni kurs Kyrenia. Przystanek koło naszego ośrodka, więc dojście zajęło nam minutę. Nie wiem czy czekaliśmy drugą minutę, gdy przyjechał bus - z drugiej strony. Dla kierowcy nie ma znaczenia - ważny jest pasażer, który daje zarobić. Więc fakt, że zabierze kilka osób na końcowy przystanek nie jet niczym dziwnym. Tej drogi rzecz jasna nie policzy. Ważne jest to, że on zgarnie klienta. Pytamy o Kyrenię, a on z uśmiechem, że oczywiście... i zaprasza do środka. Wchodzimy. Zajmujemy najlepsze miejsca, bowiem jesteśmy jedynie. Świetnie. Więc jest szansa, że tylko zakręci i wróci. Niestety...
   Za to widoki fantastyczne. Kilka przecznic dalej gość skręcił w lewo. Ach, zapomniałam dodać, że ruch tam jest lewostronny, więc Anglicy mogą się czuć jak u siebie w domu. Choć kierownica bywa z różnych stron... Kwestia przyzwyczajenia zapewne. Tak więc skręcamy i jedziemy pod górę. Cały czas. Domy, drzewa oliwne, figowce, kwiaty, murki, drzewa oliwne. I cytrony. Domy piękne, wymuskane i zadbane w tej okolicy. Nagle kierowca zatrzymuje się przed jednym takim, wchodzi na podwórko, zabiera sprzed drzwi... buty, i wsiada z powrotem. Wraca  inną drogą. Oto stoi przed nami w odległości jakichś stu metrów meczet. I znów domy wymuskane. Każdy inny. Zatrzymuje się bus koło robotników i kilkuminutowe pogaduszki ze śmiechem. Mąż stwierdził, że właśnie zaczyna się licytacja mnie...
- A zaniepokoiłeś się, czy też współczujesz?
Nie ma innego sposobu na Połówkę. Jeszcze chwilka śmiechu - w końcu nikomu się nigdzie nie spieszy. Kilka minut i jesteśmy w punkcie wyjścia. Naszego. Ale tym razem droga prosto do celu. Fakt... nie tak bardzo prosto... Ostatnie podejście, więc szukam księgarni. Ciężką ją zauważyć, bo to sklep z różnymi rzeczami, ale robiąc zakupy spożywcze zapytaliśmy się o nią. Na nasze szczęście niemal vis a vis. Jednak niczego nie kupiłam. Ceny książek są potworne. Obejrzałam i odstawiłam. Jednak nie przeliczyłam się. Tureckiego w ząb, ale miałam nadzieję, że będą angielskie wersje - i było ich znacznie więcej niż tureckich. Jednak pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć. Wrócę bez pamiątki na temat miejscowej kuchni. Szkoda... Jednak nadrobiłam zestawem nowych przypraw i specjalności tego regionu. Pysznych. Już niedługo...

 

cypr (60).JPG

 

cypr (66).JPG

 

   Natalia, Rafał i Borys wyjechali po tygodniu. Wielka szkoda, bo nie ukrywam, że poczucie humoru mamy podobne i bardzo łatwo było nam się dogadać chyba na każdy temat. Nie każdy wszak poruszaliśmy przecież. W międzyczasie zjechała Marzena z Pawłem. Z dwojgiem młodych panów. Poznaliśmy oto Olivera (przepraszam Oli jeśli masz jeszcze jedno i, czyli Olivier)  i Davida. Pisownia nie jest przypadkowa, a wręcz konieczna. Mamy szczęście do ludzi - znów nie pozwolono nam się nudzić :). Siedzieliśmy w basenie i gadaliśmy, gadaliśmy... gadaliśmy. I spiekliśmy się ogromnie, i nie zauważyłam nawet kiedy. Nastąpiło więc kilka dni przerwy od wody ogólnie. Owszem... niesamowite ilości wody mineralnej w salce restauracyjnej. Z lodem i cytronem. Lub wina czerwonego.
   Bardzo fajną frajdę sprawili nam miejscowi angielscy rezydenci. W naszym hotelu umawiali się raz w tygodniu na brydżowe spotkanie. Profesjonalne. Stoliki przykryte zielonym suknem, bidding boxy, pudełka na karty. Za pierwszym razem Mąż krążył dookoła mrucząc coś pod nosem - a może by się dosiąść? A może spróbować. Towarzystwo jednak było już w trakcie gry, przy czym jedna para pauzowała. Widać mieli braki w składzie. Załapaliśmy się za to na drugi tydzień. Tuż po rozdaniu kart Romulek tup tup tup... do sędziego. "Czy możemy?. No i usłyszał.:
- Ale czy państwo gracie?
- No coś tam gramy...
- Nie... nie... Ja się pytam, czy umiecie.
O jak ja lubię takie sytuacje ;). Stawiające już na wstępie w odpowiedniej pozycji.
- Umiemy!
- To zapraszam.
   I się zaczęło... Kilka wpadek też. Po raz pierwszy to ja zachowałam stoicki spokój, tłumacząc - koniec dyskusji. Graj tak, jak ja wistuję. No bo my sobie cuda możemy po polsku, skoro nikt nas nie rozumie. Nie wolno... Dyskusje potem. O kurcze... Da się. Z dystansem. Swoją drogą często bywam dobra z pierwszym wyjściem. Czyli wistem. Takim, co to pozwalał rozwalić grę na wstępie, jeśli jest na to szansa... Tym razem Romulek to wykorzystywał bezbłędnie. No i... zamiast swojego - bez dwóch. Lub zamiast z nadróbką, ledwo swoje... Być może przyziemne, ale cieszy. I to co najważniejsze - nasi kelnerzy co chwilę z mineralną lub winem - żeby nam się lepiej grało :).
   Po grze poznaliśmy wśród rezydentów pana Wiśniewskiego z Grudziądza (nie graliśmy z nim akurat), który znał zaledwie kilka słów po polsku: "dziękuję", "do widzenia" "kofi" i "cziaj". Hmmm... Z kawą jakiś tam procent miał, że trafi - w sporej ilości krajów kawa to fonetycznie kofi w końcu, ale z herbatą to przesadził. Jednak poza uśmiechem, nie potrafiłam wyprowadzić go z błędu. Sympatyczna pani, która płynęła kiedyś ze Stanów "Stefanem Batorym" do dziś wspominała fantastyczną kuchnię na statku i atmosferę, jaka na nim panowała. Najlepsza podróż w jej życiu. Nie grała razem z mężem, bo... ja te powody znam. Z tychże nie lubię grać ze swoim. Tu nastąpiła dłuższa dyskusja na ten temat pomiędzy małżonkami, śmiejącymi się serdecznie. Ludzie szalenie sympatyczni, na emeryturach, na stałe mieszkający na Cyprze. Żyć nie umierać. Ciepło - lipiec i sierpień to najgorsze miesiące - poza nimi temperatura jest w granicach 25*C. Zimą coś koło 10. Pełni radości, zapału, dowcipni i na luzie. No tak... na luzie. Do tego stopnia, że gramy z jedną parą, przy czym Barbara prosi nas o maila. Bo umówilibyśmy się na sobotę u nich w domu. Zagralibyśmy. Posiedzieli... Eee... No tak. Wyjaśniliśmy, że nie mamy komputera, bo mamy wakacje bez niego, więc nie da rady. Umówiliśmy się na granie z całą ekipą w poniedziałek w innym hotelu, ale nikt po nas nie przyjechał...
Myślę, że byliśmy dla nich taką samą atrakcją, jak oni dla nas. Ale jeden raz pewnie wystarczy ;P.

 

cypr (33).JPG

 

   Wakacje pełne wrażeń. Pełne radości. I przede wszystkim dające odpocząć. Miejsce, w którym gościliśmy było nie tylko piękne, ale i spokojne. Miło było usłyszeć od kelnera zabierającego puste talerze po naszym dziękuję - rozbrajające "proszę". Lub też od kierowcy, który dowiedziawszy się od naszej silnej grupy - z Borysem na czele - że jesteśmy z Polski, zapytał jak po naszemu jest "goodbye". Więc Romulek - do widzenia. Albo cześć. I nie rozumiał moich oczu Natalii przez kilka sekund... Do momentu aż usłyszał od kierowcy:
- Do widzenia albo cześć.
Jeśli kiedyś będziecie mieć okazję lecieć w takie miejsce - skorzystajcie. Warto poznawać klimatyczne nastroje danego miejsca - bo każde jest inne. Warto rozsmakować się w kuchniach świata, a turecka przecież jest w czołówce. Niedaleko jej do Europy - zwłaszcza Grecji, do której mają rzut beretem - i do krajów arabskich. Swoisty melanż tych kuchni ma swoje odzwierciedlenie tutaj. Nic to, że kraj w gruncie rzeczy muzułmański. Przez ten czas nie jedliśmy co prawda wieprzowiny - za którą zatęskniliśmy..., ale są specjalistyczne sklepy, do których można zajrzeć i kupić taki kawałek wieprzka, na jaki przyjdzie nam ochota. Bez problemu.

 

cypr (61).JPG

 

cypr (62).JPG


   Bez problemów wylądowaliśmy w Pyrzowicach. Znowu trzeba się przestawić na kapryśną pogodę. Ale po powrocie duża filiżanka gorącej herbaty - tej najlepszej na świecie. Mieszanki kilku gatunków. Rozgrzewającej. Ze zwykłą cytryną. Na szczęście w lodówce kindziuk. Wieprzowy!!! Dobra... Walichy potem rozpakuję. Pyszny świeżuteńki chlebuś od Kazibuta... Chi chi chi... Wakacje wakacjami, ale codzienność też smaczna jest.
Do widzenia albo cześć.

 


Podziel się
oceń
1
0
Tagi: Cypr

komentarze (1) | dodaj komentarz

sobota, 24 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  449 664  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

Statystyki

Odwiedziny: 449664
Wpisy
  • liczba: 263
  • komentarze: 392
Akcja: Nie kradnij zdjęć!

O mnie

W razie jakichkolwiek pytań do mnie, zapraszam do napisania pod adres: j.ewka@wp.pl