Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 759 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

O moim bloogu

Ten blog jest kontynuacją mojej kilkuletniej zabawy w pisanie na temat. Nie sądziłam, że wyczerpie mi się miejsce - stawiając raczej na własny zapał, bo z nim rzeczywiście różnie bywa. I nawet nie cho...

więcej...

Ten blog jest kontynuacją mojej kilkuletniej zabawy w pisanie na temat. Nie sądziłam, że wyczerpie mi się miejsce - stawiając raczej na własny zapał, bo z nim rzeczywiście różnie bywa. I nawet nie chodzi o gotowanie - to nieustannie robię z taką samą pasją - ale o czas i chęci pisania. Proszę więc wybaczyć mi chwile lenistwa, które z pewnością nastąpią. Mam też do Was wielką prośbę, dotyczącą moich rzeczy. Jeśli już kopiujecie tekst (nie mam zbyt wielkiego na to wpływu niestety) - podajcie źródło. Zdjęcia są nie do ruszenia... Są tylko moje i chciałabym aby moje tylko pozostały. Kilka moich rzeczy można spotkać w necie pod nickiem borgia. A wracając do kontynuacji... te opisy mojego kuchennego życia znajdziecie na stronce www.swiat-od-kuchni.blog.onet.pl. Zapraszam Was serdecznie do siebie.

schowaj...

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wołowe biriani

poniedziałek, 03 kwietnia 2017 14:45

   Tak się złożyło, że musiałam zrobić sobie trochę miejsca w zamrażalniku - rzecz jasna, aby móc doń coś wcisnąć. Pamiętając, że duży kawał wołowiny czeka za swoją kolej już widziałam na naszych talerzach pyszny Rogan Josh. Kiedyś robiłam, zanotowałam, że trzeba powtórzyć, zapisałam na mięsie – na co przeznaczone będzie, bo to rewelacyjne danie jest, i... zapomniałam. Olśnienie nagłe późnym wieczorem. Fantastycznie, bo akurat znajomi przyjdą, więc coś z indyjskiej kuchni podam. Zamiast tylko o niej gadać. A raniutko kupi się to, czego w domu nie mam, chociaż oczywiście w tej chwili nie wiem co mam na myśli.
   Raniutko, czyli tak mniej więcej koło 10 godziny panika. Moje ulubione książki przede mną, a ja nie widzę przepisu. Jak to? Przecież z książki robiłam. Wiem jak wygląda. No i przede wszystkim jak smakuje, bo to główny powód moich planów wieczorowych. A niech to... Głupie uwagi Ukochanego puszczam mimo uszu. Nie mam czasu na czcze gadanie, ale samą sytuacją deczko się zdenerwowałam. Co jest grane? Nie ma przepisu, i zrób mu coś. Padło na biriani. A co najlepsze... mamy do kupienia tylko jogurt i sułtanki. Robię.
   Danie zawiera sporo składników, co w przypadku kuchni indyjskiej raczej jest standardem – niech to jednak nie zniechęca. Jest wyjątkowo proste. Jednak trzeba mieć ciężki gar ze szczelną pokrywką, który można wsadzić do piekarnika. Najlepiej żeliwny. Swoją drogą warto w taki zainwestować, bo przyda się ogromnie. Poza tym w składnikach jest po prostu masa przypraw, i to one tak wydłużają listę. No ale jak się to wszystko ma... to się i problem ma z głowy. Po przepis sięgnęłam do książki „Kuchnia indyjska najlepsze przepisy” autorstwa Mriduli Baljekar, Rafi Fernandez, Shehzad Husain i Manishy Kanani – cenię sobie ją niezmiernie i bardzo często z niej korzystam. I nic to, że do tekstu wkradł się błąd... Trzeba było samej to skorygować, co dodam trudne nie jest, bowiem logika tak nakazuje. A i zdjęcia pokazują co i jak – pozwolę więc sobie tę korektę osobistą wnieść. Ogólnie „Wołowe biriani” jest daniem rewelacyjnym. Aromat przypraw podkręca niesamowicie tak, że nie można doczekać się serwisu. Po czym wyjeżdżają talerze z gorącym mięsiwem z dodatkiem ryżu. Lekka pikanteria przechodzi w równie lekką słodycz. Soczyste mięso rozpada się przy każdym kęsie. Płatki migdałowe dodają ryżowi chrupkości, a dopełnieniem smaku jest klasyczna dla każdego rodzaju biriani smażona cebula. Co prawda w przepisie jest zaznaczone, aby podawać z czapati, ale darowałam sobie. To była kolacja i do tego dania nic więcej prócz wina nie trzeba było. Noo... powiedzmy. Była jeszcze sałata.
   No i tradycyjnie. Nazajutrz naprawdę zadowolona (nie tylko dlatego, że wyspana) przechodząc obok półki z książkami (tu są same kucharskie) mój wzrok zatrzymuje się na jednej z nich. Jak bym packą dostała... Sięgam po książkę z wsadzoną karteczką pomiędzy stronami. Rozkładam kartki, a tam... Rogan Josh. Tiaa...
Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zacytować klasyka: „inną razą”.

 

wołowe biriani (5).JPG



Wołowe biriani

    2 duże cebule,
    2 ząbki czosnku,
 2,5 cm kawałek świeżego imbiru,
    1 świeże zielone chili (może być mrożone),
    1 malutki pęczek kolendry,
    4 łyżki płatków migdałowych,
 2-3 łyżki wody,
    1 łyżka ghee (lub masła),
    3 łyżki oleju,
    2 łyżki rodzynek sułtańskich,
  50 dag wołowiny,
    1 łyżeczka mielonej kolendry,
    1 łyżka mielonego kminu,
   ½ łyżeczki mielonej kurkumy,
   ½ łyżeczki mielonej kozieradki,
       solidna szczypta mielonego cynamonu,
175 ml jogurtu naturalnego,
 1,5 szkl. ryżu basmati,
    5 szkl. gorącego bulionu drobiowego lub wody,
       sól, pieprz,
    2 łyżki masła – do ryżu,
    2 jajka.

   Cebule obrać i umyć. Jedną z nich grubo posiekać i wrzucić do blendera. Czosnek i imbir obrać, grubo posiekać. Chili oczyścić z pestek, drobno posiekać i razem z czosnkiem, imbirem, świeżą kolendrą, 2 łyżkami płatków migdałowych i wodą dodać do cebuli. Zmiksować na gładką pastę, przełożyć do miseczki i odstawić.
   Drugą cebulę pokroić w cienkie krążki lub półplasterki. Mięso opłukać, osuszyć i pokroić w sporą kostkę. W ciężkiej brytfannie rozgrzać połowę ghee i połowę oleju. Wrzucić cebulę i smażyć mieszając przez 10-15 minut, aż się zrumienią na złoty brąz. Łyżką cedzakową wyjąć i przełożyć do miseczki (innej niż ta z pastą). Do brytfanny wrzucić pozostałe migdały i lekko zrumienić – trwa to bardzo krótko. Przełożyć do cebuli. Do brytfanny zaś wrzucić rodzynki i krótko je obsmażyć mieszając. Je również dodać do cebuli.
   W brytfannie rozgrzać pozostałe ghee i 1 łyżkę oleju. Smażyć mięso partiami, aż się zrumieni ze wszystkich stron. Przekładać systematycznie na półmisek i odstawić. Brytfannę wytrzeć ręcznikiem papierowym i rozgrzać w niej pozostały olej. Wrzucić przygotowaną pastę i smażyć cały czas mieszając 2-3 minuty. Dodać kolendrę, kmin, kurkumę, kozieradkę i cynamon. Doprawić solą i pieprzem i mieszając podrumienić przez 1 minutę. Zmniejszyć ogień do minimum i mieszając stopniowo wlewać jogurt. Gdy sos będzie jednolity dodać z powrotem wołowinę. Wymieszać, aby dokładnie pokryła się sosem. Szczelnie przykryć i dusić 40-45 minut na wolnym ogniu. Mięso powinno zmięknąć.
   Ryż moczyć w zimnej wodzie przez 15-20 minut. Odcedzić, wsypać do rondla i zalać bulionem lub lekko osoloną wodą. Zagotować. Przykryć i gotować 5 minut. W międzyczasie nagrzać piekarnik do 160°C.

 

wołowe biriani (1).JPG


   Ryż odsączyć i wyłożyć na mięsie w brytfannie – bez mieszania. Rozłożyć równomiernie, wyrównując powierzchnię. Trzonkiem drewnianej łyżki zrobić w środku otwór, aż do dna brytfanny – przeciskając się zarówno przez ryż, jak i mięso. Na wierzchu rozłożyć usmażoną cebulę z migdałami i rodzynkami. Wykończyć kawałkami masła. Całość szczelnie przykryć podwójną warstwą folii aluminiowej i pokrywką. Wsadzić do piekarnika na 30-40 minut.
   W międzyczasie zagotować wodę w małym rondelku – ja dodaję do niej jeszcze odrobinę octu winnego. Gdy zawrze – delikatnie wsadzić jajka. Gotować 5-7 minut. Odcedzić, opłukać pod zimną wodą i obrać. Przekroić wzdłuż na ćwiartki. Gotowe biriani podawać na ogrzanych talerzach, każdą porcję ozdabiając dwoma ćwiartkami jajek. Lub całość wyłożyć na jeden duży (ogrzany oczywiście) półmisek ze wszystkimi jajkami. Z pewnością zrobi znacznie większe wrażenie na wejściu ;)

 

wołowe biriani (8).JPG

Ewa


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Pierożki z dynią

piątek, 31 marca 2017 15:23

   Pierożki! Ach te pierożki! A ja strasznie pierogowa jestem… Ten przepis ma już trochę latek, ale za każdym razem cieszy jak nowy. Wygląda to tak, że siedzimy nad pustymi talerzami (już po zjedzeniu oczywiście) i co chwilę się wyrywa „przepyszne”, „niesamowite”, „rewelacyjne”. Z zachwytem zaciągniętym nutką pretensji, że właśnie to co dobre się skończyło. Niestety niezbyt często goszczą na stole, i wcale nie z powodu pracy im poświęconej. Po prostu dynia – bez której przecież nie mogą się obejść – jest sezonowa. Ale coraz jej więcej dookoła, i jak tylko się pojawi, to wiem, że czas na pierożki.
   Początki wcale nie były takie „ach” i „och”. Dobre, ale wciąż coś w nich było nie tak. Próby z dodatkiem zwykłej, chociaż wędzonej szynki (zależało mi na wyraźnym smaku) nijak się mają do szynki surowej. Następnym krokiem była zamiana sera, bo bywał po prostu dostępny w sklepach żółty. Najlepsza jednak Gouda okazała się niczym w porównaniu z przywiezionym prosto z Włoch i ofiarowanym nam w prezencie Grana Padano. Był w międzyczasie oscypek, który był o niebo lepszy od poprzednika, i który nadaje fajnego smaku. Nawet bardzo fajnego. Czasami dodaję go do różnych farszów pierożkowych, ale już nie do tych. Jakby kogoś kusiło zrobić jakieś zamiany, to lepiej w pierwszych wersjach, bowiem rozczarowanie może być okrutne. Tylko… po co to robić? I surowa szynka, i sery typu Grana czy Parmezan są już osiągalne. Bo tu już większego znaczenia nie ma, który z nich użyjemy.
   Wspomniałam wcześniej, że przepis nie jest nowy. To znów wpis ze starej stronki, którą zostawić muszę – przenosząc powoli wpisy tutaj. Aby mi nikt nie zarzucał zrzynania. Poza tym data pokazuje mi to minimum lat serwowania czegoś moim bliskim. I to też sprawia mi frajdę. Wracając jeszcze do pierożków – dostałam w prezencie śliczne wycinarki do ravioli w różnych kształtach. Dlatego te mają tak ozdobny brzeg. Do tej pory wycinałam po prostu foremką krążki. Też ładnie wyglądają. A smak przecież zmianie nie ulegnie. Można rzecz jasna zrobić niczym tradycyjne ravioli – w formie kwadratów, lecz jakoś mi się nie chce… Takie mi się podobają. I takie sobie wymarzyłam ;). I jeszcze jedno. Jak już mam jakąś dyńkę, to nadzienie robię z większej ilości. Swobodnie w lodówce wytrzyma do dnia następnego. Pierożki zaś lądują w zamrażalniku, i jak tylko przyjdzie nam ochota… mamy chwilę zadumy nad pustymi talerzami.

 

pierożki z dynią (1).JPG



Pierożki z dynią

Ciasto:
  50 dag mąki,
    1 łyżeczka masła,
    1 jajko (lub 2 żółtka, jeśli chcemy mieć znacznie delikatniejsze ciasto),
250 ml gorącej wody.

Nadzienie:
  40 dag upieczonego miąższu z dyni*,
 7,5 dag surowej szynki w plasterkach,
    5 dag Grana Padano,
   ½ łyżeczki suszonej szałwii,
   ½ łyżeczki suszonej bazylii,
       sól, pieprz, starta gałka muszkatołowa.

Dodatkowo:
  10 dag masła,
 3-4 łyżki pestek dyni.

* Dynię warto upiec w piekarniku, ale można ją ugotować na parze. Dobrze jest zostawić ją na sicie, aby puszczony przez nią sok mógł swobodnie spłynąć (można zużyć do zupy). Zostawiam na minimum kilka godzin, ale staram się aby miała na to czas przez całą noc, wsadzając ją do lodówki. Dobrze też jest upiec dynię w większej ilości, bo i tak naruszoną trzeba będzie szybko zużyć. Można z niej zrobić Kluseczki dyniowe z jarmużem. Można zamrozić i kiedyś tam… zrobić tylko Kluseczki dyniowe. Lub wykorzystać do ciast, zup, sosów… W każdym razie dynię pokroić na duże kawałki, oczyścić z pestek i umyć. Blachę przykryć folią aluminiową i skropić delikatnie oliwą – świetnie nadaje się do tego spray, ale oczywiście można też i posmarować cienko. Ułożyć dynię skórą do góry, również delikatnie skropić oliwą i piec w piekarniku nagrzanym do 190°C przez około 45 minut. Dobrze jest sprawdzić wcześniej – dynia powinna po prostu zmięknąć zupełnie. Wyjąć z piekarnika, wystudzić, obrać i odsączyć.

   Przesiać mąkę na stolnicę i zrobić w niej dołek. Wrzucić doń masło i wybite ze skorupek jajko, rozetrzeć w palcach razem z mąką. Ponownie zrobić dołek, wlać 150 ml gorącej wody (czajnik cały czas stoi na gazie) i połączyć nożem byle jak. Dodać resztę wody i bardzo ostrożnie – w końcu to gorąca woda – zagnieść ciasto. Uformować kulę i odłożyć na oprószonym mąką małym fragmencie stolnicy, przykrywając miską. Zostawić w spokoju przez 30 minut.
   W tym czasie dynię przełożyć do miski i rozgnieść widelcem. Szynkę pokroić na króciutkie i cienkie paseczki lub w kostkę, ser zetrzeć na dużej tarce. Dodać wszystko razem z pokruszonymi ziołami do dyni. Doprawić delikatnie solą, mniej delikatnie pieprzem i odrobiną startej gałki muszkatołowej. Najlepiej spróbować, pamiętając, że szynka i ser są słone, a dosolić zawsze jest czas. Wszystko dokładnie wymieszać.

 

pierożki z dynią (5).JPG


   Ciasto podzielić na 2 części i rozwałkować jedną, trzymając drugą wciąż pod kloszem. Wycinać krążki średnicy około 5 cm. Na jednym krążku ułożyć trochę nadzienia, przykryć drugim krążkiem i dokładnie zlepić brzegi – usuwając jak najwięcej powietrza z wewnątrz. Można foremką do ravioli wyciąć pierożki z ozdobnym brzegiem. Powtarzać do wyczerpania składników.
   W dużym garnku zagotować dużą ilość osolonej wody. Na wrzącą wrzucać partiami pierożki i delikatnie wymieszać długą, odwróconą drewnianą łyżką. Znaczy wgłębieniem „czerpaka” do dołu – broń Boże trzonkiem. Aby nie przywarły do dna. Gotować około 2 minut. Gotując zamrożone mieszać znacznie częściej, i gotować kilka minut dłużej.
   Ziarna dyni uprażyć na suchej patelni i przełożyć do miseczki – nie zostawiać w gorącym naczyniu, bo się spalą. Masło stopić w rondelku i delikatnie zrumienić. Pierożki wyjąć łyżką cedzakową do durszlaka, opłukać pod ciepłą wodą i osączyć. Rozłożyć na talerzach, polać masłem i posypać ziarnami.

   Polecam też wersję bardziej klasyczną, czyli do stopionego masła wrzucić kilka listków świeżej szałwii i chwilkę potrzymać na ogniu, aż zioła uwolnią swój aromat. Polać masłem z listkami gotowe pierożki – rezygnując już z pestek dyni.

pierożki z dynią (3).JPG

Ewa


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Kluseczki dyniowe z jarmużem

piątek, 08 stycznia 2016 17:40

   Kolejna rzecz robiona przeze mnie bardzo, ale to naprawdę bardzo często. Kluseczki są rozkoszne nie tylko ze względu na swój intensywnie słoneczny kolor, ale przede wszystkim z powodu smaku. Delikatnością swojej struktury mają wszystkie inne kluski pod sobą. Rozpływają się w ustach niezależnie od tego z czym są podane. A można podać z mięsem, z warzywami, w towarzystwie sosów lub po prostu odsmażane na patelni – zwłaszcza na drugi dzień – gdy się podwoi proporcje. Często korzystając ze starego przepisu na proste Kluseczki dyniowe postanowiłam coś niecoś zmienić. Inna wersja tego samego dania daje nam możliwość odmiany wizualnej i smakowej.  
   Poza tym kilka dodatkowych uwag co do tworzenia klusek, które niestety wymagać będą od nas więcej poświęcenia. Jeżeli staniecie się właścicielami ogromnej dyni, to warto ją po prostu upiec. Pieczona ma bardziej intensywny smak i fajniej pachnie. Puści dużo soku (można go wykorzystać nawet do zwykłej zupy jarzynowej) i konieczne będzie jej odcedzenie. Ja zostawiłam na całą noc w sicie, tradycyjnie podzieliłam na porcje, i zamroziłam w sporych kawałkach. Przy czym już nie miksuję gotowego miąższu, ale go rozgniatam widelcem. Bardziej nam smakują, co nie znaczy, że robione według poprzedniej receptury będą gorsze. Absolutnie. Po prostu nieco inne.
   Teraz macie do wyboru kluseczki w starej odsłonie lub te w nowej – wzbogacone o odrobinę posiekanego (i mrożonego jarmużu), nieco przerobione… bo nie znoszę nudy. Te podałam z kotletami schabowymi bez kości duszonymi w sosie własnym z dodatkiem suszonych borowików. Od Zbyszka. Mówię Wam… jak fajnie jest mieć Zbyszka „pod ręką” w razie potrzeby. Albo Janusza z ogromną dynią za pasem. Dziękuję chłopakom ogromnie. Za wszystkie dostarczone do domu prezenty. Za ich smaki i aromaty…

 

kluseczki dyniowe (1)_resize.JPG


Kluseczki dyniowe z jarmużem

3 porcje (takie sobie…)

60 dag miąższu upieczonej dyni,
  1 jajko,
20 dag mąki tortowej,
  2 garście posiekanego jarmużu (może być mrożony),
     sól, pieprz,
     świeżo starta gałka muszkatołowa.

 

dynia pieczona_resize.JPG


   Dynię najlepiej upiec, choć można po prostu ugotować na parze. Jeśli chodzi o pieczenie, to wystarczy dynię pokroić na duże kawałki bez obierania, dokładnie oczyścić usuwając pestki i włókna, po czym umyć. Miąższ delikatnie posmarować oliwą i ułożyć na blasze wyłożonej folią aluminiową skórą do góry. Piec w 200°C przez 25-40 minut. Zależeć to będzie od grubości dyni. Przełożyć na sitko i odsączyć (zbierając cały sok, jeśli będzie użyty) najlepiej przez całą noc.

   Gotowy miąższ przełożyć do miski i dokładnie rozdrobnić widelcem. Wbić jajko, doprawić solą, pieprzem i gałką muszkatołową, i dobrze wymieszać. Dodać drobno posiekany jarmuż, w ilości tak naprawdę nam odpowiadającej – oczywiście oczyszczony i umyty. Ten mrożony wystarczy po prostu po wyjęciu z zamrażalnika rozkruszyć w dłoni. Wymieszać ponownie. Stopniowo dodawać przesianą mąkę - do momentu uzyskania dosyć gęstego ciasta. Może się zdarzyć, że cała mąką nie będzie konieczna do użycia. Masę śmiało da się mieszać trzepaczką rózgową.
   W dużym garnku zagotować osoloną wodę. Za pomocą łyżki formować kluseczki – zanurzając ją każdorazowo przed nabraniem masy w wodzie. Upuszczać kluski do wrzącej wody, poczekać aż wypłyną i gotować kilka minut. Można za pomocą dwóch łyżek formować knelki, ale będzie nas to kosztowało trochę więcej czasu.
   Gotowe kluseczki wyjąć łyżką cedzakową, przelać ciepłą wodą i podawać jako dodatek do… czegokolwiek. Nie będę specjalnie odkrywcza, gdy powtórzę – najlepiej smakują z mięsem w sosie o wyraźnym smaku.

kluseczki dyniowe (4)_resize.JPG

Ewa


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Ciasto filo z porami i boczkiem

środa, 28 stycznia 2015 12:05

   Tuż przed ostatnimi świętami w jednym ze sklepów pojawiła się niesamowita niespodzianka – ciasto filo. Znalazłam przez zupełny przypadek… i mnie po prostu zatkało. Biorę ostrożnie do ręki, i sama nie wiem, czy delikatność ciasta to sprawiła, czy też świadomość tego, że szukam go od lat… i nagła myśl – czy mi się samo w rękach nie rozpłynie… jako zwid, których przecież nie miewam. Trzeźwo patrząc na świat, i starając się tej granicy trzeźwości nie przekraczać ;). Poważnie to tak ogromnie się ucieszyłam, zwłaszcza, że koszt to niecałe 4 złote za paczuszkę. Zero zainteresowania… Zero ludzi dookoła… Jestem oto sam na sam. No i git. Zapakowałam do koszyka i szczęśliwa zrobiłam resztę zakupów. W równie wielkich skowronkach pytam panią przy kasie, czy mogę mieć nadzieję, że to będzie stałą ofertą niniejszego sklepu. I tu mina mi zrzedła. Nie. To tylko taka świąteczna oferta. Dlaczego?
- Przykro mi, ale niestety nie wiem.
Oj… jak mnie się przykro zrobiło…
   No ale nic to. Zaopatrzona w niewielką stosunkowo część ciasta i tak liczę, że kierownictwo sklepu będzie takie dni przedświąteczne darowało nam częściej. A może dojdzie i do stałej propozycji. Może kiedyś pojawi się też brick? Może kadayif? Może… Zaczęłam jednak skupiać się na tym, co zrobić z filo (vel phyllo). Posiedziało kilka dni w lodówce, a ja w tym czasie biłam się z myślami – słodko czy słono? Może pastillę? Kompromisowe połączenie obu smaków. A może… Cukinia czy por? No cóż… życie tu za mnie zadecydowało. Po prostu w sklepie na dole nie było cukinii. Pory są zawsze. A i a wcale nie żałuję. Coś słodkiego dla przełamania smaku samo się nasunęło – też bardziej z pozbycia się ostatniej, choć świeżej i bardzo ładnej pomarańczy. Fajny zestaw: por i pomarańcza. Pierwszy łagodnieje pod wpływem drugiej. Żeby tak i w życiu było…
   Ogólnie rzecz biorąc nie wykorzystałam całego opakowania. Mało tego… Arkusze są prostokątne, więc nożyczkami wycięłam ładne kwadraty o boku krótszej podstawy. Zapomniałam zmierzyć… Ale kwadrat to kwadrat. Z reszty zrobiłam trójkątne zawijaski z gruszką, odrobiną cukru i cynamonem. Szybki deser i wcale nie w tym samym dniu. Ciasto można z powrotem szczelnie zawinąć, pamiętając o tym, że niezmiernie szybko wysycha. A wtedy nic z niego się nie wyczaruje. A ja co lubię w cieście filo? Tę jego niezwykłą maślaną kruchość. Delikatność niesfornych płatków. I możliwość różnych kombinacji – w zależności od tego, na co nam przyjdzie ochota. Dlatego tak mi żal, że nie mam go w zasięgu ręki. Na otarcie łez pierwsze wspomnienie…

 

filo z porami i boczkiem (21).JPG



Ciasto filo z porami i boczkiem

30 dag boczku,
  1 duża pomarańcza,
80 dag porów,
  2 jajka,
50 ml śmietany kremówki,
  6 arkuszy ciasta filo,
10 dag masła,
     sól, pieprz.

   Boczek pokroić w krótkie słupki. Porządnie wyszorować pomarańczę pod bieżącą wodą, sparzyć i zetrzeć z niej skórkę, przy czym jeśli ktoś nie lubi – nie zawracać sobie tym głowy. Przekroić na pół i wycisnąć sok, po czym przecedzić go przez sitko. Pory dokładnie oczyścić i pokroić w plasterki grubości 5 mm. Pokroić jedynie białe i jasnozielone części.

 

filo z porami i boczkiem (7).JPG


   Na dużą patelnię z grubym dnem wrzucić boczek i obsmażyć na dużym ogniu ze wszystkich stron na rumiano. Wyjąć i osączyć na ręczniku papierowym. Na patelni pozostawić około 1 łyżkę wytopionego tłuszczu, dodać 1 łyżkę masła i wrzucić pory. Smażyć 2-3 minuty na niewielkim ogniu, po czym dodać skórkę i sok z pomarańczy. Zwiększyć ogień i smażyć mieszając, aż sok odparuje, a pory zmiękną. Dodać boczek, doprawić solą i pieprzem i smażyć mieszając 3-5 minut. Zdjąć z ognia i przestudzić. Jajka rozbełtać ze śmietaną, doprawiając solą i pieprzem. Wlać do porów i dokładnie wymieszać.
   Nagrzać piekarnik do 180°C.

 

filo z porami i boczkiem (14).JPG


   Resztę masła stopić w rondelku. Tortownicę średnicy 20-22 cm wyłożyć arkuszem pergaminu. Wyjąć ciasto i przyciąć dłuższe brzegi tak, aby powstał kwadrat (w opakowaniu było 7 arkuszy, więc 1 wraz z resztkami zawinąć szczelnie i odłożyć do lodówki – wykorzystując do czegoś innego). Tutaj trzeba będzie się skupić i pracować bardzo szybko, ale bez strachu… Rozłożyć na blacie arkusz ciasta i dobrze posmarować masłem przy pomocy pędzla. Wyłożyć nim tortownicę. Wziąć drugi arkusz ciasta – posmarować w ten sam sposób masłem i ułożyć na pierwszym arkuszu, przesuwając nieco rogi ciasta. Tak samo zrobić z pozostałym ciastem – wciąż stopniowo przesuwając rogi w bok.

 

filo z porami i boczkiem (17).JPG

 

   Na ciasto wyłożyć pory z boczkiem i wystające poza nadzienie rogi ciasta delikatnie złożyć do środka. Posmarować ciasto resztą masła – uwaga… jeśli go zabraknie (zależeć do będzie od naszej hojności w smarowaniu), zawsze można stopić nieco więcej na bieżąco – piszę to bowiem oczywiście „dotopić” musiałam, ale podając wagę ta dodatkowa ilość się w niej mieści. Piec około 40 minut. Wyjąć z formy i zostawić przez około 5 minut na pergaminie. Podawać na gorąco.

 

 

filo z porami i boczkiem (22).JPG

 

filo z porami i boczkiem (23).JPG

Ewa


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Jarmużowe pesto z orkiszowym spaghetti

środa, 17 grudnia 2014 13:27

   Tak mnie nachodzi raz na jakiś czas bardziej potrzeba wykorzystania świeżego jarmużu niż wymyślania czegoś nowego i biegania specjalnie po składniki. Bo nic na siłę. Jedno oczywiście nie przeszkadza drugiemu, a wręcz przeciwnie - jest szalenie mile widziane u nas w domu. I jeśli tylko dostaję świeże pęczki, które dalej sobie rosną bo jak przeczytałam są mrozoodporne (nie wspominając o tym, że mrozy mamy ostatnimi czasy... niezwykle rzadkie) to staram się je wykorzystać nieco inaczej. No i tak mnie wzięło tym razem na pesto.
   Kilka wersji mam za sobą, a ponieważ szalenie lubię niezależnie z czym podane, więc dlaczego nie spróbować z jarmużem? Plan się ziścił szybko. Cisza. Spokój. Pusta kuchnia. Zanim dojrzałam do pesto zrobiłam makaron. Czy zabawne jest to, że mąkę orkiszową przywiozłam z Węgier? Przesypując ją kiedyś do wielkiego pojemnika zostało mi trochę luzem - nie zmieściła się. Wtedy po raz pierwszy zużyłam ją właśnie do makaronu, choć było to tagliatelle. Proporcje mniej dokładne, jednak była to tylko próba - bardzo smaczna próba. Teraz już wszystko brałam na miarę i bardzo polecam. Nie jest to makaron czysto orkiszowy lecz jest mieszanką z mąką pszenną - tortową. Ja najczęściej używam tortowej niemal do wszystkiego. Makaron podobno robi się trudno. Nic takiego... Robiąc go zawsze można dodać trochę mąki lub ewentualnie wspomóc sobie wodą, gdyby całość nie dawała się porządnie zagnieść - nie wpływając nijak na smak. A smak domowego... ugotowanego al dente... Ech...
   Zagniotłam więc szybko makaron w sporej ilości. Tak naprawdę w ilości czterech porcji a nie trzech, wiedząc - że się nie zmarnuje. Leży więc kula ciasta i dogorywa - to było proste. Teraz jednak inny problem. Jarmuż jest twardy i jeśli dodaję go do czegoś to z reguły króciutko podduszam lub przesmażam na maśle. Tu się nie da. Straci... Pozostało zwykłe blanszowanie. Jest ok. Ale następny problem - wszak pesto to mieszanka z dodatkiem pinii, migdałów bądź różnych orzechów. Trudno... Przemilczę. Wiem co robię. Migdały czy orzechy. Orzechy jakie? Nie przepadam za laskowymi, ale zostają pekany i włoskie. Eee... w nosie mam pekany - było nie było uwielbiam włoskie. Chwilka na patelni, pozbawienie gorzkiej skórki i staranie się nie podjadać. Kolejny składnik - Parmezan. W lodówce Grana Padano świeżutkie, jeszcze nie napoczęte - kupione zupełnie w innym celu. Ale, ale... W zamrażalniku mam kawałek Parmezanu. Nie wiem czy wiecie, ale te sery można mrozić. Wiem od koleżanki z Włoch i systematycznie to robię. Więc zaczęłam przekopywać zamrażalnik - mając pod ręką inny ser. A tu... Pecorino (tak... tak... wiem, że jest, pamiętam). Tylko gdzie ten kawałek. Ta końcówka prawie... Ufff... po ostatnich upychaniach wszystkiego gdzie się da jak najściślej z uwagi na braki miejsca, gdy mam już luzy to i tak wszystko zmieniające swoje miejsce nie wróciło z powrotem. Mam nadzieję, że to normalne. Jest - to najważniejsze. Oliwa bardzo dobrej jakości, lekko szczypiąca w język - i wszystko mam. Aaa... Jeszcze zwykły rozdrabniacz i już mam pesto. Wiecie co... wyborne pesto. Powiem tylko tyle, że zużyłam całość do makaronu, poza mniej więcej łyżką, którą po prostu zjadłam. Nie od razu... stopniowo. Po "jeszcze troszeczkę". Polecam. Powiem, że drugi pęczek jarmużu mam obecnie w postaci zrobionego powtórnie pesto - wybornego do kromki chleba posmarowanej domową ricottą. Wystarczy tylko "chlusnąć" na wierzch, by zmienić zupełnie podejście do tematu.
   Wracając jeszcze do spaghetti. Domowego spaghetti. Zjedliśmy świeżuteńkie a na wielkiej patelni zostało naprawdę sporo - czekając na Młodego. Obok w miseczce stojącej luźno na blacie jeszcze kilka orzechów i startego parmezanu - tak na wszelki wypadek, gdyby coś było nie tak... i trzeba było dodać (no i bardzo się przydało do kolejnej porcji pesto). Młody wpada do kuchni, ja do niego żeby podgrzał sobie obiad - w końcu wystarczy tylko podpalić. I nagle słyszę:
- Orzechy?!!! Dlaczego orzechy? Mamoooo... z czym jest ten makaron?
- Z jarmużem. - no co mi pozostało. Przemilczeć jedynie. Nie jest na nic uczulony, jeśli o czymś nie wie. Po prostu taka jego fanaberia. Pesto zjada w daniach bez problemów i mu smakuje, że też zostawiłam te orzechy na wierzchu samym...
- Aha.
   Aha. Doszłam do wniosku, że jak dobrze jest w życiu nie kłamać. Nie żebym teraz się usprawiedliwiała z kłamstwa - ja chciałam tylko, aby zjadł. Spróbował, bo wiem jak to smakuje. Dodam, że oczywiście patelnia na ogniu, a on u siebie w pokoju. Nagle czuję - nie, nie... jeszcze nie było za późno. Czuję bardzo przyjemny zapach smażonego makaronu. Jeszcze z minuta - dwie, a byłoby po nim. Nadal trzeba mieć oczy otwarte na wszystko i bardzo czuły słuch i węch? Ale wiecie, jak ten podsmażany makaron smakował? Lekko zrumieniony... Przez moment pomyślałam sobie - jakie to szczęście, że tylko w niewielkiej ilości, z racji źle postawionej patelni na palniku, po czym przyszło mi żałować, że zrumieniło się tylko tyle... Spróbowałam, dałam Połówce spróbować i resztę zostawiłam Młodemu. Jakoś tak lubię - aby każdy mial okazję. Młody wziął co swoje i zamknął się w pokoju zajęty swoimi sprawami przy moim komputerze. Ha! Życie... Po jakimś czasie pytam:
- No i jak smakowało?
I wiecie co... Byłam zaskoczona, bo to nie pierwszy makaron z pesto, który zaserwowałam. Nie wiem czy jarmuż, czy przysmażenie tak wpłynęło na tę ocenę:
- Rewelacyjny (w domyśle makaron). Kurcze... niesamowicie smakował. Nie wiem co tam takiego było.
- Pesto. Z jarmużu i... no cóż... orzechów. Ale w pesto zawsze coś takiego jest, więc zawsze jadłeś.
- No wiesz co...
- No wiem.
Właśnie. Po prostu wiem :).

 

jarmuzowe pesto i orkiszowe spaghetti (17).JPG



Jarmużowe pesto z orkiszowym spaghetti

Spaghetti orkiszowe:
  10 dag mąki orkiszowej,
  25 dag mąki pszennej tortowej,
       szczypta soli,
    3 jajka.

   Przesiać do miski obie mąki, wrzucając po przesianiu pozostałe na sitku otręby. Wymieszać, dodać sporą szczyptę soli, wymieszać dokładnie i zrobić dołek i wbić do niego jajka. Mieszając widelcem zgarniać systematycznie mąkę z brzegów. Gdy powstanie zwarte w miarę ciasto, zagnieść je ręcznie. Przełożyć na blat i zagnieść powtórnie na jednolite, zwarte ciasto. W razie potrzeby dodać łyżkę wody lub podsypać mąką - w ogromnym stopniu zależy to od wilgotności mąki. Wsadzić z powrotem do miski, przykryć i odstawić na 30 minut.
   Po tym czasie podzielić na 3-4 części i każdą z nich rozwałkować (maszynka do makaronu: kilka razy składając rozstaw nr 1, a następnie po jednym razie rozstaw 2 i 4) i pokroić na spaghetti. Gotować w dużej ilości osolonej wody przez 2-3 minuty - al dente. Odcedzić i przelać zimną wodą.

 

jarmuzowe pesto i orkiszowe spaghetti (12).JPG



Pesto:
    1 pęczek jarmużu:
 1/4 szkl. startego parmezanu,
 1/4 szkl. orzechów włoskich,
    1 duży ząbek czosnku,
100 ml oliwy extra vierge (lub trochę więcej),
    4 łyżeczki soku z cytryny,
       sól, pieprz - do smaku.

   Zagotować w rondlu osoloną wodę z dodatkiem łyżeczki soku z cytryny. Umyć jarmuż bardzo dokładnie, odciąć łodygę i stwardniałe części i wrzucić na wrzącą wodę do rondla. Zdjąć z ognia i odstawić na 1 minutę. Odcedzić, szybko przelać zimną wodą po czym odsączyć. Wysuszyć dodatkowo na papierowych ręcznikach dosyć dokładnie. Przełożyć do rozdrabniacza lub malaksera.

 

jarmuzowe pesto i orkiszowe spaghetti (3).JPG

 

jarmuzowe pesto i orkiszowe spaghetti (7).JPG


   Rozgrzać suchą patelnię z grubym dnem na dość dużym ogniu. Wrzucić orzechy i co jakiś czas mieszając przypiec równomiernie. Gdy zaczną się rumienić i pachnieć zdjąć z ognia i przełożyć na kuchenną ściereczkę. Delikatnie przetrzeć pomiędzy materiałem, aby usunąć jak najwięcej skórki. Można to tez zrobić zwyczajnie w dłoniach, pomagając sobie małym, szpiczastym nożykiem w momencie skórek mocno zagnieżdżonych w zwojach  tych orzechów. Przełożyć razem z parmezanem do jarmużu, dodać zgnieciony nożem i obrany ząbek czosnku i zmiksować drobno. Zdjąć pokrywkę, dodać oliwę i zmiksować ponownie, aż całość się połączy. Konsystencja nie powinna być ani zbita, ani nie powinna się rozlewać samoistnie - w razie potrzeby dodać odrobinę oliwy. Zależeć to będzie od suchości orzechów (użyłam za pierwszym razem orzechów ze szczelnie zapakowanej torebki, po czym kupnych na wagę - wyraźniejszych w smaku, ale musiałam dodać trochę więcej oliwy). Po dodaniu większej jej ilości zmiksować ponownie. Całość doprawić solą, pieprzem i sokiem z cytryny. Przełożyć do słoiczka i używać w razie potrzeby. Trzymać w lodówce.

 

jarmuzowe pesto i orkiszowe spaghetti (20).JPG



Dodatkowo, choć niekoniecznie:
   1 dojrzały pomidor,
   1 łyżka oliwy.

   Pomidora obrać (naciąć u góry na krzyż i zanurzyć we wrzącej wodzie na kilka chwil - to zdecydowanie ułatwi obieranie), przekroić na ćwiartki, usunąć pestki i pokroić w drobną kostkę. Na patelni rozgrzać oliwę i wrzucić pomidora. Podsmażyć około 1 minutę - chodzi tylko o podgrzanie, nie o duszenie. Dodać całą ilość przygotowanego pesto z jarmużu i dokładnie wymieszać. Wrzucić ugotowany makaron i jedynie podgrzać mieszając tak, aby całe spaghetti obtoczone było wszystkim w miarę równomiernie.
Podawać na ogrzanych głębokich talerzach.

 

jarmuzowe pesto i orkiszowe spaghetti (15).JPG

Ewa


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

czwartek, 21 września 2017

Licznik odwiedzin:  458 225  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

Statystyki

Odwiedziny: 458225
Wpisy
  • liczba: 263
  • komentarze: 393
Akcja: Nie kradnij zdjęć!

O mnie

W razie jakichkolwiek pytań do mnie, zapraszam do napisania pod adres: j.ewka@wp.pl