Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 239 308 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

O moim bloogu

Ten blog jest kontynuacją mojej kilkuletniej zabawy w pisanie na temat. Nie sądziłam, że wyczerpie mi się miejsce - stawiając raczej na własny zapał, bo z nim rzeczywiście różnie bywa. I nawet nie cho...

więcej...

Ten blog jest kontynuacją mojej kilkuletniej zabawy w pisanie na temat. Nie sądziłam, że wyczerpie mi się miejsce - stawiając raczej na własny zapał, bo z nim rzeczywiście różnie bywa. I nawet nie chodzi o gotowanie - to nieustannie robię z taką samą pasją - ale o czas i chęci pisania. Proszę więc wybaczyć mi chwile lenistwa, które z pewnością nastąpią. Mam też do Was wielką prośbę, dotyczącą moich rzeczy. Jeśli już kopiujecie tekst (nie mam zbyt wielkiego na to wpływu niestety) - podajcie źródło. Zdjęcia są nie do ruszenia... Są tylko moje i chciałabym aby moje tylko pozostały. Kilka moich rzeczy można spotkać w necie pod nickiem borgia. A wracając do kontynuacji... te opisy mojego kuchennego życia znajdziecie na stronce www.swiat-od-kuchni.blog.onet.pl. Zapraszam Was serdecznie do siebie.

schowaj...

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Masło szałwiowe

środa, 25 stycznia 2017 20:12

   Dawno temu... Naprawdę było to dawno, i tyle czasu nie mogłam się za to zabrać, że aż wstyd. Zdjęcia przypominały mi o tym, co nie napisane a często robione. Tak więc dawno temu – anno domini 2015 - odwiedziłam Bratostwo moje na ich włościach. Nikusia na wstępie zapytała, czy aby nie chcę jakichś ziół – jakkolwiek by to nie miało zabrzmieć. Nic zdrożnego. Gdy zaczęła wymieniać co jej, i jej Cioci po sąsiedzku rośnie na grządkach, tak uśmiech mój robił się coraz większy. Rozmaryn. Szałwia. Mięta. Lawenda. Lubczyk. Bazylia. I pachnąca pietruszka. Wszystko najświeższe jak to możliwe. Jak można na proste pytanie „Chcesz?” odpowiedzieć, że nie? Nie ma takiej możliwości, abym zainteresowana nie była. I ona o tym dobrze wiedziała.
   Zaopatrzona w ostry nóż, poprowadzona w bajeczne miejsca zabrałam się do zrywania. Bukiecik coraz bardziej różnorodny rósł błyskawicznie w dłoniach. Już mi się marzyło zrobić to, i to, i tamto. Szałwia... Jak smakuje masło szałwiowe? Ciekawa jestem. W duchu zaklepałam sobie to, czym teraz dopiero się dzielę.
   Oj... muszę się przyznać, że przysiadłam przed netem i szukałam na naszych stronkach netowych takiego masła. Niby znalazłam, ale... Nie o takie mi chodziło. Są przepisy na klarowane masło, którym zalewa się szałwię. A mnie się marzyło takie zwyczajne, Do smarowania. Czy też do kawałka sporej porcji mięsa z grilla. Chociaż raczej na odwrót. Trzeba było samemu się wysilić i zrobić. I tak oto jest. Bardzo wyraźne w smaku, ale niesamowicie wyborne. Oczywiście zostało użyte do mięsa w postaci zwieńczenia dzieła, czyli ułożenia zimnego plasterka masła na usmażonym na grillowej patelni mięsie (czas pokaże, kiedy podzielę się przepisem) – to jednak tylko w części. Reszta została zjedzona z pieczywem. Naprawdę fantastycznie smakuje, gdy się nim posmaruje chleb czy bułki, po czym wyłoży plastry ulubionej wędliny. W gruncie rzeczy nawet i ona jest zbędna, ale nie da się ukryć, że pasuje do całości.
   Przepis powielony kilka razy. Dostarczycielem takiej prawdziwej i niesamowicie aromatycznej szałwii ostatnimi czasy stał się Paweł. Bardzo za te nasze doznania smakowe Wam dziękuję. Parę razy obiecywałam sobie, że na towarzyskiego grilla zrobię owo masło, ale co zrobić, że posiadaczką ziółek robię się właśnie na tym grillu. A nie wcześniej. Paweł stojąc przy palenisku ze szczypcami w rękach tylko rzecze: „Ewcia, wiesz gdzie... idź i urwij sobie”. No i jak tu nie skorzystać?

 

maslo szalwiowe (4).JPG



Masło szałwiowe

  8 dużych liści świeżej szałwii,
  1 spora szalotka,
15 dag miękkiego masła,
  1 łyżeczka drobno startej skórki z cytryny,
  1 łyżeczka soku z cytryny,
    sól, pieprz.


maslo szalwiowe (2).JPG

   Cytrynę przed starciem skórki porządnie wyszorować, sparzyć i osuszyć. Szałwię i obraną szalotkę umyć, osuszyć i wrzucić do rozdrabniacza. Drobno posiekać. Dodać masło, startą skórkę i sok z cytryny, doprawić solą i pieprzem do smaku. Pieprzu dodaję około ¼ łyżeczki. Oczywiście świeżo zmielonego. Posiekać ponownie, zgarniając ze dwa razy to, co zostanie na ściankach miski rozdrabniacza. Wszystko powinno równomiernie się w maśle rozprowadzić.

 

maslo szalwiowe (3).JPG


   Gotową mieszankę wyłożyć na płat folii spożywczej, zwinąć formując wałek średnicy około 4 cm i wsadzić do lodówki do czasu, aż stwardnieje. Wyjąć, odwinąć i pokroić w plasterki grubości 7-8 mm. Cieńszych się nie opłaca, grubsze gorzej wyglądają. Kroić tuż przed użyciem i układać na kawałku usmażonego i gorącego mięsa, prosto z grilla. Gdy ma być użyte jako smarowidło do pieczywa – przełożyć do miseczki, szerokiego słoiczka lub ulubionego pojemnika, i nie schładzać w ogóle. Albo wyjąć z lodówki odpowiednio wcześniej, aby łatwo dało się rozprowadzić.

 

maslo szalwiowe (5).JPG

Ewa


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Włoska cukinia duszona

poniedziałek, 23 stycznia 2017 19:24

   No tak... muszę teraz wytłumaczyć, że nie chodzi mi o cukinię zrobioną po włosku, ale o gatunek dziwacznego warzywa tak zwącego się. Włoska cukinia i już. Chwilkę temu po raz kolejny dostałam kilka sztuk takiej, plus kilka normalnych, o których więcej w tej chwili wspominać nie będę. Pozostanę przy tych intrygujących, długich i poskręcanych cukiniach. Jedne w kolorze przyjemnej zieleni, drugie bladym pomarańczem okryte (taka jest na zdjęciu). Różnica jednak pomiędzy nimi nie tylko w kolorze. Zielona zdecydowanie delikatniejsza, o żółtawym na przekór miąższu, bardziej mi smakuje. Mam wrażenie, że jest bardziej soczysta. To „bardziej” wcale nie znaczy, że pomarańczowa jest niesmaczna. Zawsze mam problem, gdy wśród dwóch fajnych rzeczy mam wybrać tę bardziej(fajniejszą znaczy) – zdecydowałam się tym razem faworyzować zieloną. Pomarańczowa z kolei miąższ ma zdecydowanie... pomarańczowy, a swoją strukturą przypomina bardziej dynię niźli cukinię. To samo danie zrobione z każdej z nich zapewni nam w związku z tym nieco odmienne i kolory, i smaki, choć w tych ostatnich różnica jest subtelna.
   Cukinie te jedynie w zgrubieniu mają pestki. I znów zaskoczeniem będzie, że przypominają one bardzie pestki dyniowe. No ale trzymam się nazwy takiej, jakiej używa naprawdę wysokiej rangi specjalista, dzięki któremu miałam okazję skosztować kilka fantastycznych „dziwadeł” warzywnych, wyhodowanych w jego własnym ogródku. Oczywiście przez niego samego. Wdzięczna niezmiernie dziękuję za kolejny wysyp cukinii – a było to końcem lata. Teraz dopiero mam czas, aby podzielić sie przepisem. Na szczęście taka cukinia dosyć długo wytrzyma, pod warunkiem, że nie nadgryziemy jej kawałka. Jak już się za nią weźmiemy, to w ciągu kilku dni skończyć musimy. Można ją zetrzeć lub pokroić i dodać do zup lub sosów. Do dań typu stir-fry – świetnie się sprawdza, zwłaszcza pokrojona w paseczki. Można pokrojoną lub startą zamrozić, i mieć pod ręką do zup, sosów, czy dań typu stir-fry ;). Z czego korzystam. I koniecznie trzeba zrobić duszoną. Taką podaję do mięs. Ta uwieczniona na zdjęciach zrobiona jest z zielonej. Nie mam zdjęcia samej cukinii, bo nim wpadłam na pomysł przybliżenia jej Wam, to już jej nie było. Poszła na pierwszy ogień. Może uda mi się następnym razem to nadrobić.
   Danie jest oczywiście szalenie proste i szybkie. Niewielka ilość składników, tworzących pyszne danie. W zasadzie mogłabym powiedzieć, że to takie coś z niczego, pod warunkiem, że ma się Zbyszka wśród dobrych znajomych. Który w rzeczy samej zaopatrzy nas w odpowiedni rodzaj cukinii...

 

cukinia włoska (7).JPG



Włoska cukinia duszona

50 dag włoskiej cukinii,
  1 łyżka oliwy chili (lub zwykłej),
  1 łyżka posiekanej natki pietruszki,
    sól, pieprz.

   Cukinię umyć, obrać i pokroić w kostkę o boku około 1,5 cm. W rondlu rozgrzać oliwę, wrzucić cukinię i mieszając smażyć na średnim ogniu przez 2-3 minuty. Jeśli nie mamy oliwy chili, to używając zwykłej, można dodać w momencie smażenia szczyptę płatków chili. Jej wielkość zależy tylko od nas samych.
   Wlać do rondla 50 ml wody, przykryć, zmniejszyć ogień do minimum. Dusić 10 minut. Odkryć i poczekać, aż resztki płynu całkowicie odparują, a cukinia zmięknie. Doprawić solą i pieprzem do smaku, po czym wymieszać z posiekaną natką pietruszki. Świetnie smakuje jako dodatek do mięs.

 

cukinia włoska (2).JPG

 

cukinia wloska.JPG

Cukinia w całej swej okazałości

 

Ewa


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Konfitura truskawkowa z imbirem

wtorek, 16 czerwca 2015 11:46

   Nie da się ukryć, że robię ją od lat. Robię według przepisu Fred, choć po tylu latach coś niecoś pozmieniałam. Nie tyle w składnikach czy ich proporcji, ile w sposobie robienia. Można się dogrzebać tego przepisu na mojej starej stronie – w tym miejscu. Już na wstępie deczko zmieniony, teraz przeszedł kolejną metamorfozę. Dokładnie trzecią. Smakuje mi ona na tyle, że o ile tylko mam piękne truskawki… to biorę się za ich przetwarzanie. Ale po kolei…
   Oczywiście patrząc na zdjęcie autorki, to konfitura wydała mi się wtedy tak gładka, że wprost nudna. Postanowiłam część owoców pozostawić w kawałkach - i robię to nadal. Za drugim razem dokończenie konfitur pozostawiłam na drugi dzień – nauczona... bo tak w ogóle konfitury smażyłam zawsze 3 dni. Z ciekawości to zrobiłam, ale prawda jest taka, że większe kawałki jak pozostaną w przygotowanym słodkim roztworze to mają więcej czasu aby nasiąknąć nim i zrobić się szkliste. Przy tej opcji też pozostałam. No a teraz ta ostatnia…
   W konfiturze jest imbir. Nie ma go specjalnie wiele, ale wystarczająco, aby nadać odpowiedniej delikatnej ostrości. Mnie ten smak bardzo odpowiada, ale do tej pory kroiłam go w grubsze plastry, które niestety smaczne nie były (oczywiście, że próbowałam), poza… i tu żałuję, że nie wpadłam na to wcześniej. Poza cieniutkimi i małymi skrawkami, które wrzucałam bo stanowiły w końcu całość. Te większe przy nakładaniu konfitur wywalałam, te malutkie zostawiałam i z wielką przyjemnością były zjadane. Więc dlaczego nie pozwolić sobie na całkowite zużycie imbiru w ten sposób? Tak… to prawda – trochę więcej pracy przy tym, ale niespecjalnie dużo. Natomiast całość uważam, że zyskała. Tak szczerze, to konfitura wygląda zupełnie inaczej niż w pierwowzorze, i jestem pewna, że inaczej też smakuje. Polecam zrobić. Doskonale nadaje się do posmarowania świeżego chrupiącego pieczywa jak i do serów pleśniowych. Mogą być zapieczone, choć nie muszą. I sama pozwalam sobie na śniadaniowy plaster białego pysznego sera z odrobiną tejże konfitury – bo słodkie śniadania bywają u mnie bardzo rzadko. Jednak się zdarzają…

   Jeszcze jedna fajna sprawa. Wczoraj dostałam prześliczny słoiczek ze stronki Friends of Glass. Odpowiedziałam kilka dni temu na fajne pytanie dotyczące pszczół i Einsteina – i choć to nie był żaden konkurs, to właśnie cieszę się drobiazgiem. Jednak warto czytać ciekawostki, by potem móc coś zgarnąć ;). A ponieważ nie mam możliwości zapakowania do słoika świeżo zebranego miodu, to wsadziłam porcję gorącej konfitury. Będzie otwarta dla Przyjaciół Konfitur w Szkle.

 

konfitura truskawkowa z imbirem (19).JPG



Konfitura truskawkowa z imbirem

 1 kg truskawek,
 4 dag świeżego imbiru,
80 dag cukru.

 

konfitura truskawkowa z imbirem (3).JPG

 

   Umyć truskawki, osączyć dokładnie odstawiając na jakiś czas i usunąć szypułki. Pokroić na kawałki – mniejsze na ćwiartki, większe na nieco więcej części, ale tam mniej więcej na równo - po czym wrzucić do dużej szklanej miski. Obrać imbir, pokroić w cienkie plasterki i dodać do owoców. Całość zasypać cukrem, delikatnie wymieszać tak, aby nie rozgnieść za bardzo owoców i przykryć folią spożywczą. Odstawić na noc do lodówki
   W tym czasie zdążą puścić bardzo dużo soku. Łyżką cedzakową wyjąć truskawki, a z nich imbir. Owoce przełożyć do miski, imbir pokroić na desce w cienkie paseczki. Sok przelać do rondla z grubym dnem, dodać resztki nierozpuszczonego cukru i imbir, zagotować na średnim ogniu i gotować kilka minut – mniej więcej 3-5.
   Odłożyć około 1 szklankę ładniejszych owoców. Resztę przełożyć do rozdrabniacza i zmiksować tak, aby pozostały większe kawałki. Kiedyś robiłam to ręcznym blenderem. Zdjąć z grubsza powstałą w rondlu pianę, dodać zmiksowane truskawki, wymieszać i w momencie gdy całość mocno wrze, zmniejszyć ogień do małego. Gotować 10 minut, systematycznie zbierając tworzącą się pianę.

 

konfitura truskawkowa z imbirem (12).JPG

 

   Po tym czasie wrzucić odłożone owoce, znów doprowadzić do wrzenia. Gotować na małym ogniu 5 minut. Wyłączyć ogień i odstawić do dnia następnego.
   Nazajutrz zobaczyć w jakim stanie jest konfitura – powinna być gęsta. Imbir ma bardzo dużo pektyn. Całość ponownie delikatnie zagotować – na niedużym ogniu. Gdy zacznie wrzeć gotować 5 minut. To powinno wystarczyć. Gdyby się okazało, że jednak na drugi dzień całość jeszcze jest lejąca, można gotować i przez 10 minut.

 

konfitura truskawkowa z imbirem (14).JPG

 

   Gorącą konfiturę przełożyć do wysterylizowanych słoiczków – tu muszę podziękować Habibi, która poleciła mi swoistego rodzaju lejek do wąskich słoików, zrobiony przez samą się. Siebie znaczy. Odciąć kawałek pustej butelki plastikowej po na przykład mineralnej. Jeśli butelka będzie większa – większa będzie i średnica „misy” lejka. Ja miałam w tym momencie jedynie małą, ale i tak spisała się świetnie. Obeszło się bez paćkania szyjek słoików. Inna sprawa jeśli słoik ma szeroki wlot – obejdzie się bez lejka. Słoiki natychmiast zakręcić i odstawić w spokoju, aż się zassą Co gwarantuję, że usłyszymy…

 

konfitura truskawkowa z imbirem.JPG

Friends of Glass - ogromnie cieszy :)

Ewa


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Rillettes z kaczki

czwartek, 26 lutego 2015 14:36

   Długo podchodziłam do tego tematu. Długo odkładałam wpis – „na potem”. Długo przetrawiałam – jak dokładnie opisać prostą, lecz paradoksalnie skomplikowaną rzecz. Długo wybierałam odpowiednie zdjęcia – bo wyjątkowo dużo ich „natrzaskałam” – jakbym i bez tego problemu nie miała… No ale nastał ten czas, więc dziś chciałam Was zaprosić na francuską specjalność – choć tym razem wykonaną moim sposobem – czyli rilettes.
   Od czegoś musiało się zacząć… Z rillettes oswajałam się lata temu przeglądając francuskie stronki. Efektem jest robione do pewnego czasu jedynie „Rillettes wieprzowe”, z myślą… że kiedyś tam zrobię z kaczki. A to za sprawą dostępności powszechnej wieprzowiny – na ówczesne czasy. Teraz można już wszystko kupić od ręki, więc jest zdecydowanie łatwiej. Pisząc to mam na myśli moje miasto. Kaczka spadła mi niemal z nieba – dostaliśmy ofertę kupna, więc szybko z niej skorzystaliśmy. Bez wahania. Wylądowała co prawda w zamrażalniku, bo to moja wina – ja się z myślą musiałam przez chwilę oswajać. A tu nagle… bach. W jednym z komentarzy Zbyszek wspomniał o zrobionym przez siebie właśnie pysznym rillettes. I to był najlepszy bodziec.
   Zanim zrobiłam to konkretne, czyli dzisiejsze… to robiłam dwukrotnie nieco inaczej i nieco inne. Mając już wstępne doświadczenie, zdecydowałam na zmiany. O poprzednim nie zapominam, ale to wydaje nam się dużo smaczniejsze. Bo bardziej wyraziste. Kuchnia francuska delikatną jest – z korzystałam oczywiście z iście francuskiego przepisu, używając i przypraw z samej Francji przywiezionych, często używanej przez samych Francuzów do różnych potraw, w tym i deserów. Tym razem chciałam coś udziwnić i zrobić rillettes znad Białej i Dunajca. A co!
   Ważne niezwykle uwagi – kaczki bywają różne. Moje (wszystkie trzy, jakie zdążyłam przerobić na wyśmienite smarowidło) były zdecydowanie mało tłuste, choć były wiejskimi ptaszętami, karmionymi dobrze i naturalnie. Może wybiegane? A może po prostu nie tuczone nadmiernie. Obierając kaczkę ze skóry należy zatrzymać wszystkie, ale to wszystkie kawałki tłuszczu. Ja je odcinam od mięsa, ale zatrzymuję. Wytopią się całkowicie. Boleję nad tym, że tłuszczu z kaczki czy gęsi nie można u nas kupić. Nauczona zdecydowanym brakiem tegoż wezmę pod uwagę wszystkie dobre rady Zbyszka – gdy tylko będę miała okazję. Póki co brak tłuszczu uzupełniam zwykłym wieprzowym smalcem. Sprawdza się, ale wiem, że smaku kaczego czy gęsiego to nie dogoni. Trudno. Przyznaję. Mam świadomość. I teraz – ściągając skórę z ptaka, należy zrobić to bardzo ostrożnie i delikatni, aby jak najmniej ją potargać. Fajnie by było, gdyby była w całości. Ona będzie potrzebna, choć w rzeczywistości w pewnym momencie i tak się ją wywali. Gdybyśmy mieli jednak do czynienia z kawałkami kaczki – bo dlaczego nie można zrobić tego z fragmentów? Jest taki sposób – przykryć kawałkiem pergaminu. Ale o tym potem.
   I teraz jeszcze kilka słów – co jest największym problemem. Dla mnie, bo sama obrabiam kaczuchę. Ptak jest duży, ja mam chude ręce, choć ponoć w miarę długie paluchy i sprawne. Przyda nam się nóż do filetowania, świeżo naostrzony, bo trzeba mięso delikatnie, choć nie całkowicie – wytrybować. Zaczynam od piersi… Nie… myślę, że powinnam to zrobić w przepisie. Ok. Kości zachować. Potrzebne będą, tak jak ciężki (najlepiej żeliwny) rondel z grubym dnem i szczelną pokrywką. No właśnie! Wydałam na taki niemało, ale mogę piec w nim chleby, dusić kaczkę lub zapiekać każdą zupę. To genialny wynalazek ułatwiający życie. W każdym razie mnie.
   Całość wymaga sporo czasu i trochę skupienia. Skomplikowane jest przygotowanie całości czyli obróbka mięsa (coraz szybciej mi to idzie). Proste duszenie, w czasie którego mamy wolny czas na inne pożyteczne rzeczy. Potem dłuższa chwila stania, ale cieszącego – wśród zapachów i smaków. Zawsze coś możemy „dziubnąć” przy okazji, uważając przy obgryzaniu kości. Nie mówię tego bez kozery… łapczywość bywa bolesna. Gotowe rilletes cieszy długi czas. Albo nam się wydaje, że będzie cieszyło, bo wystarczy jeden Młody, aby znikało w mgnieniu oka…

Zbyszku dziękuję za pchnięcie...

 

rillettes z kaczki (19).JPG



Rillettes z kaczki

  1 kaczka w całości - najlepiej tłusta,
  1 łyżeczka majeranku,
 ½ łyżeczki tymianku,
  2 ziarna jałowca,
    sól, pieprz,
  1 cebula,
 20 dag smalcu*,
100 ml białego wytrawnego wina,
100 ml wody.

* Najlepiej wytopionego tłuszczu z kaczki lub gęsi

   W przeddzień kaczkę dokładnie umyć i osuszyć ręcznikiem papierowym. Ułożyć na dużej desce – najlepiej plastikowej. Ostrym nożem najlepiej do filetowania odciąć kuper i bezmięsne końcówki skrzydełek – wyrzucić. Naciąć skórę wzdłuż piersi – od szyi do samego końca. Delikatnie i ostrożnie – aby nie uszkodzić – oderwać ją od mięsa, pomagając sobie w razie potrzeby nożem. Odciąć piersi od kości i przełożyć do dużej szklanej miski. Systematycznie dodawać każdy nowy kawałek mięsa. Odciąć udka od korpusu – wyjmując je ze skóry. Ta powinna pozostać w całości. W ten sam sposób potraktować skrzydełka, wyjmując jedynie z luźnej skóry. Odciąć korpus od szyi, szyję oczyścić ze skóry, gruczołów i żył. Przy okazji – systematycznie – oczyszczać z nich mięso i kości zachowując jedynie odkrojony tłuszcz. Kolejność odcinanych rzeczy zależy od naszej tylko wygody – chodzi o to, aby jak najmniej naruszyć skórę (najlepiej wcale). Wszystkie kawałki kości pozostawić.

 

rillettes z kaczki (2).JPG


   Wymieszać w miseczce majeranek, tymianek (można użyć świeżego), posiekany drobno jałowiec, sól - licząc około 1 łyżeczkę soli na 1 kg mięsa - i pieprz. Oprószyć mięso i mocno wetrzeć. Ułożyć ciasno z powrotem w misce razem z wykrojonym tłuszczem i kościami, przykryć dokładnie skórą - stroną wewnętrzną do dołu - i wsadzić na noc do lodówki.
   Na drugi dzień obrać i grubo pokroić cebulę. Wyjąć mięso z lodówki i przełożyć do ciężkiego rondla z grubym dnem starając się na spodzie ułożyć tłuszcz, kości, szyję i skrzydełka, po czym udka i piersi. Dodać cebulę, pokrojony na duże kawałki smalec, wlać wino i wodę. Przykryć ponownie bardzo dokładnie skórą – wciąż stroną wewnętrzną do dołu – i dusić 2 godziny pod szczelnym przykryciem. W momencie braku skóry w całości (gdy się ma do czynienia już z pokrojoną kaczką na przykład – zdjąć z niej skórę tak czy tak i rozłożyć na mięsie) wyciąć okrągły arkusz pergaminu nieco większy od średnicy rondla i przykryć nim całość układając tak, aby brzegi papieru podniesione były do góry na brzegach rondla. I oczywiście przykryć pokrywką. W rondlu powinno być jak najmniej miejsca do odparowania.
   Po tym czasie usunąć skórę i wyrzucić (ewentualnie pergamin). Przykryć i dusić jeszcze 1,5 godziny. Mięso będzie samo odchodziło od kości.

 

rillettes z kaczki (9).JPG

 

   Wyjąć je i rozdrobnić widelcem, usuwając przy okazji wszystkie kości i kosteczki. Będzie miało to znaczenie przy obieraniu skrzydełek i szyjki.

 

rillettes z kaczki (11).JPG

 

   Rozdrobnione mięso wrzucić z powrotem do rondla i zebranego w nim tłuszczu, Dobrze wymieszać, spróbować i ewentualnie doprawić. Przełożyć do miseczek szklanych lub ceramicznych, przykryć arkuszem folii spożywczej i wsadzić do lodówki. Po całkowitym stężeniu smarować ulubione pieczywo.
   Jeśli ma się dostępny własny tłuszcz z kaczki – oczywiście w sensie własnego wytopienia – można rozpuścić go w rondelku i zalać przygotowane porcje. Oryginalne rillettes powinno mieć nawet 1 cm warstwę czystego tłuszczu na powierzchni. To „nawet” traktuję czysto umownie…

rillettes z kaczki (20).JPG

Ewa


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Paluszki serowe

piątek, 14 listopada 2014 22:12

   Ostatnimi czasy moja książkowa kolekcja nieco się wzbogaciła. Zawsze o tej porze roku kilka sztuk mi przybywa. Ogólnie rzecz biorąc to dla mnie męczący czas i poprawiam sobie humor... zapewniając przynajmniej psychiczny odpoczynek. Oczywiście nie jest mi obce postanowienie, że w najbliższym czasie zrobię. Z tym jednak bywa różnie. Dzisiaj jednak ten czas nastąpił. Przyznam się, że mam na myśli książkę "Wypieki w tradycji klasztornej" Petry Altmann, ale niestety nie obyło się bez poprawek. Znacznych tym razem. Tym razem, bowiem wspomniane ostatnio bułeczki to też przepis z tej pozycji - jeszcze nie poprawione. I jak tu podejść do całej reszty zbioru? Zaczynam się bać...
   Bułeczki czy kruche paluszki to przepisy proste. Do ogarnięcia. Jedne i drugie - niezależnie od wersji - należą do moich ulubieńców. Kombinacje paluchowe robię sama dodając różne śmieszne wydawałoby się składniki. Ser też mam za sobą. Ale taki?
   Znaczy jaki? Ach... i tu niespodzianka. Tym razem topiony. Wzięłam śmietankowy, choć jestem pewna, że każdy się nada. Zacznę jednak od początku. Składniki do paluchów w zasadzie żadne - wszystko pewnie każdy ma w domu, no może poza serkiem topionym. Reszta jak w przypadku każdego kruchego ciasta. Wzięłam więc według instrukcji odpowiednią ilość mąki, masła zimnego (lub smalcu, który bardzo lubię w takich rzeczach, ale tym razem wzięłam masło - o tym, że zimne zdecydowałam sama), jajco, sól i ulubiony kminek. No i nie zapominajmy o serku. No i zdziwienie - na stolnicy kruszonka nijak nie dająca się połączyć. A wydawałoby się, że takim przepisom należy zaufać. No nic - 1 deko masła łatwo dodać i znów posiekać. Dodać kolejny serek (ooo... to już zupełnie inne proporcje) i wymieszać. Hmmm... Guzik. Dodać łyżkę wody - oto gotowe ciasto. Jest. Daje się formować, kroić, smarować, układać. No cóż... być może mąkę mam tak wyschniętą, że potrzebowała nieco więcej wchłonąć. Niespodzianek nie koniec. Piekłam dwukrotnie dłużej niż w przepisie oryginalnym. Nie wiem co jest grane, ale po wymaganym czasie ciasto było blade i widać było, że jest surowe.
   Tak sobie pomyślałam, że wybierając najłagodniejszy z serków błędu nie zrobiłam. W przepisie nie ma określonego smaku (ani wagi, poza trójkącikami). Jednak serek konkretniejszy, czyli emmentaler czy nawet z dodatkami smakowymi też będzie pasował. Jednak będę próbowała stopniowo - zaczynając od tych, które smakują mi najbardziej. Od razu zaznaczam, że pominę ze szczypiorkiem, bo go nie znoszę. I nie wiem czy z salami mi się uda z przyczyn odwrotnych - po prostu moje najulubieńsze i żal mi nawet na chlebie rozsmarować.
   Ogólnie rzecz biorąc paluszki wyszły pyszne. Daję odnośnik do źródła, bo nie wiem... może komuś wyjdzie ściśle wg przepisu? Może tylko ja mam problem? Tak w ogóle to kilka dni temu wzięłam się za nie wyciągając wszystkie produkty, Kupiłam specjalnie 2 trójkąciki sera i na moje szczęście nie zaczęłam składników łączyć. Serki się rozpłynęły... Znaczy Młody wziął i zjadł. Nie potraktowałam tego jako znak, że nie należy robić ;). Ale musiałam wszystko przesunąć w czasie. I słusznie. Bo nauczona doświadczeniem przygotowany mam cały krążek serków. Na wszelki wypadek. Jakże istotny, choć zupełnie inny. Paluszki polecam. Świetne do chrupania.

 

paluszki z serkiem (2).JPG



Paluszki serowe

 25 dag mąki,
   1 łyżeczka proszku do pieczenia,
7,5 dag serka topionego śmietankowego (3 trójkąciki) w temp. pokojowej,
   5 dag zimnego masła,
   1 jajko,
      sól,
      kminek,
   1 łyżka zimnej wody,
      białko lub mleko do smarowania,
      gruba sól do posypania (dałam roztartą z płatkami chili),
      tłuszcz do blachy.

   Mąkę wymieszać z proszkiem do pieczenia i przesiać na stolnicę. Wymieszać z płaską połówką łyżeczki soli i kminkiem - wg uznania. Dołożyć serki topione i rozetrzeć widelcem. Dodać masło i posiekać nożem na kruszonkę. Zrobić w całości dołek i wbić jajko. Całość połączyć nożem, po czym dodać wodę. Zagnieść jednolite ciasto
Blachę do pieczenia natłuścić lub wyłożyć pergaminem. Nagrzać piekarnik do 180°C.
   Z ciasta formować paluszki grubości ołówka i długości 7-8 cm. Posmarować odrobiną roztrzepanego białka i posypać grubą solą. Ułożyć na blasze w odległości ok. 1 cm od siebie - zmieszczą się wszystkie na jednej, choć urosną nieco w trakcie pieczenia. Piec 20 minut.

 

paluszki z serkiem (6).JPG
Na przepięknej serwecie od Miki czyli Wariacji - prawdziwym majstersztyku.
Dziękuję :).

paluszki z serkiem (5).JPG
Ewa


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Licznik odwiedzin:  444 989  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Statystyki

Odwiedziny: 444989
Wpisy
  • liczba: 262
  • komentarze: 388
Akcja: Nie kradnij zdjęć!

O mnie

W razie jakichkolwiek pytań do mnie, zapraszam do napisania pod adres: j.ewka@wp.pl