Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 759 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

O moim bloogu

Ten blog jest kontynuacją mojej kilkuletniej zabawy w pisanie na temat. Nie sądziłam, że wyczerpie mi się miejsce - stawiając raczej na własny zapał, bo z nim rzeczywiście różnie bywa. I nawet nie cho...

więcej...

Ten blog jest kontynuacją mojej kilkuletniej zabawy w pisanie na temat. Nie sądziłam, że wyczerpie mi się miejsce - stawiając raczej na własny zapał, bo z nim rzeczywiście różnie bywa. I nawet nie chodzi o gotowanie - to nieustannie robię z taką samą pasją - ale o czas i chęci pisania. Proszę więc wybaczyć mi chwile lenistwa, które z pewnością nastąpią. Mam też do Was wielką prośbę, dotyczącą moich rzeczy. Jeśli już kopiujecie tekst (nie mam zbyt wielkiego na to wpływu niestety) - podajcie źródło. Zdjęcia są nie do ruszenia... Są tylko moje i chciałabym aby moje tylko pozostały. Kilka moich rzeczy można spotkać w necie pod nickiem borgia. A wracając do kontynuacji... te opisy mojego kuchennego życia znajdziecie na stronce www.swiat-od-kuchni.blog.onet.pl. Zapraszam Was serdecznie do siebie.

schowaj...

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Güzel Kıbrıs

sobota, 07 września 2013 15:00

   Sezon wakacyjny dobiega końca - to tak ogólnie. U nas skończył się powrotem do domu tym razem z pięknego Cypru. Odwiedziliśmy jego północną - turecką część. Dwa tygodnie pełne słońca i związanych z tym przyjemności. Przyjemności leniuchowania absolutnego i fantastycznej miejscowej kuchni. Ale po kolei...

 

cypr (48).JPG

 

   Dojazd na miejsce zajął nam dwukrotnie więcej czasu, niźli było w planach - wina niedopatrzenia naszego rezydenta - w gruncie rzeczy jedynego minusa całej wyprawy. No może jeszcze fakt, że nie zdążyliśmy na obiad przez absolutną lekcewagę kilku urlopowiczów, którym nigdzie się nie spieszyło, a w związku z tym zwiał im ich własny transport. No i rzecz jasna trzeba było zrobić kilka dodatkowych objazdów, żeby dowieść towarzystwo uchachane na miejsce. Nie bacząc na poważniejszego mentalnie siedmioletniego dżentelmena - zmęczonego i spragnionego. Głodnego pewnie też. Bez słowa przepraszam. Nie ma się co dziwić, że nam trochę żyłka pękła... bo w czym problem zawieźć gapowiczów na miejsce jako ostatnich - gdy autokar będzie wracał było nie było tą samą drogą. Nie wiem co było na obiad, ale na bank coś dobrego ;). Jak i w inne dni. Dotarliśmy na miejsce w towarzystwie fantastycznym. Natalii, Rafała i owego dżentelmena o jakże pięknym imieniu - Borys. Emocje opadły i pozostały piękne widoki. Szybka kąpiel po podróży, oglądnięcie ślicznego pokoju z przepięknym balkonem. No i czysto, pachnąco i świeżo - co w łazience ma dla mnie ogromne znaczenie. Przebrani poczekaliśmy na czas kolacji oglądając to, co mamy w okolicy. Dwa baseny, z czego jeden ze zjeżdżalniami, sporo zieleni i kwiatów, do sali restauracyjnej ze 2 minuty.
   Kolacja z współuczestnikami podróży minęła błyskiem. Ale to nic. W końcu siedzieć można było za stołami dopóty, dopóki się komuś nie odechce. Poznaliśmy przy okazji znacznie bliżej Wisłę, pośmialiśmy się serdecznie i umówiliśmy na następny dzień na plażę. Miała być niedaleko...
   Miała. Obok ośrodka biegła drożyna. Przy niej figowiec i masa lemonów. Jak to zostało wyjaśnione nieco później - coś pośredniego między cytryną a limonką. Rzeczywiście mocno zielone, ale kwaśniejsze od cytryn, które znam. Kilka wylądowało w kieszeni. I kilka fig w garści. Wybierałam takie miękkie, a ponieważ widząc co z nimi robił kierowca autokaru (zrywając z okolicznego drzewa podczas jednego z postojów) postanowiłam zrobić tak samo. Moje pierwsze świeże figi. Słodkie przeraźliwie. Różowe w środku. I niestety lepkie. Ale do morza niedaleczko... Chyba... No to szliśmy. Natalii i mnie zaczęło brakować kapelusza. Skończyły się drzewa, zaczęły pola. Skończyły się pola, zaczęły się... plaże? Wulkaniczna pustynia. Morze widać, ale jak do niego dojść. Nieważne... Wszyscy chcieli się wykąpać, a ja jedynie... umyć ręce. Szukanie zajęło nam 2 godziny. Morze jasne, że znaleźliśmy, ale bez zejścia do niego. Poza jednym małym wyjątkiem. Schodek w skale pozwolił nam zejść w jedno miejsce - mocno kamieniste. Ale zmyłam tę potworną lepkość. I miałam spokój. Piękny widok jednak przed oczami. Lazurowe morze, bezchmurne niebo i niedokończony hotel z jednej strony z malutką, ale łagodną i piaszczystą plażą. Tak niedaleko... Trafiliśmy tam nazajutrz. Popołudnie spędziliśmy w morzu cieplejszym niż woda w basenie. Czystym i potwornie słonym. Fantastycznym. Inną drogą - wcale rzeczywiście niedaleko ośrodka. Ale konkretna plaża była znacznie dalej. Transport zapewniony przez hotel, choć akurat nie w ten dzień - mieliśmy pecha. Dlatego zdecydowaliśmy się na tę maleńką zatoczkę. Nazajutrz odwiedziliśmy hotelową. Wypoczynek się zaczął...

 

cypr (26).JPG

 

cypr (1).JPG

 

   Wypoczynek pełną gębą. Także i od gotowania. A nie ukrywam, że się nastawiałam. Trochę jestem rozczarowana, lecz jedynie jedną rzeczą. W zasadzie to jej brakiem. Na śniadania zawsze były półmiski miejscowych serów - w tym także halloumi. Liczyłam, że kiedyś podadzą go z grilla. Nie doczekałam się. Ale nic to. Ta feta, ten kozi niezwykle delikatny i słodkawy, i w końcu halloumi rozwarstwiający się nieco, trochę gumowaty w swojej strukturze nie dający się z niczym porównać. Trzeba spróbować. Śniadania bardzo mi smakowały, pomimo iż były niezmienne w swej formie i treści. To samo, co wcale mi się nie znudziło. Nie jadłam wędlin - drobiowych. Nie jadłam żółtych serów. Nie jadłam sporo rzeczy bo... wyżarłam wszystkie podsuszane czarne oliwki. Podawane do wszystkich posiłków, więc to wyżarcie zajęło mi kilka dni. Potem pokazały się zwykłe czarne, już nie takie smaczne, więc przerzuciłam się na zielone nadziewane ostrą papryczką. Z biegiem czasu stawały się mniej ostre, a bardziej kwaśne. Nie mam pojęcia dlaczego... Więc przestałam je jeść. Zajęłam się mieszanką pokruszonej fety, ziół i ostrych papryk - isot biber - charakterystycznych, bo prawie czarnych płatków, i pul biber przyjemnie ciepło czerwonej. Taki serek rozsmarowany na kanapce... mmmm... Więc jeden kromal z serkiem, drugi z fajną sałatką w formie pasty. A jakże - ta pikantna sałatka również lądowała na chlebie. A kto mi zabroni. Pychota. Chyba tych serów mi będzie brakowało. Sałatkę postaram się odtworzyć.
   Obiady i kolacje były niespodzianką. Tym większą, że na obiad potrafiono podać ryż z makaronem - nie to dla mnie dziwne, bo to specjalność krajów arabskich, gdzie połamane drobno nitki smaży się, po czym gotuje z ryżem. Fajnie smakuje i fajnie wygląda. Nie to mnie dziwiło również, że do ryżu podawano jakieś mięso - a to kurczaka, a to jagnięcinę w różnych formach, czy też mieloną wołowinę - ale to, że podawano do tego jeszcze smażone ziemniaki. Nie dla mnie taka mieszanka, więc brałam albo jedno, albo drugie (a byli tacy co pełen zestaw zagryzali chlebem). Z mięsem. I często z warzywami na gorąco. Do tego sałatka, ogórek i pomidor (nasze pomidory o niebo lepsze - co mnie zaskoczyło). I w początkowej fazie oliwki. Czasami była rybka. Kolacje wyglądały podobnie plus jeszcze zupa. Nie zawsze ją jadłam, ale rewelacyjnie smakowała mi jogurtowa i turecka specjalność. I raz podano absolutnie coś rewelacyjnego - podsmażane ziemniaki w plasterkach z cebulką zrobione na niemiecką modłę.

 

cypr (54).JPG

 

cypr (39).JPG

 

cypr (41).JPG

 

   Tak à propos tureckiej specjalności. Mniej więcej po tygodniu zorientowaliśmy się, że to co będzie na obiad i kolację nie musi być niespodzianką. Jest codziennie wystawiane menu. Po angielsku jedynie, ale jest. Więc Mąż systematycznie informował mnie co będzie. No i raz wpada i mówi:
- Ha! Nie zgadniesz jaka zupa dzisiaj będzie.
- Rosół z domowym makaronem?
- No nie...
- Nie mów, że barszcz, bo w to akurat nie uwierzę. Bardziej w rosół...
- No nieee... Znasz taką zupę jak ezogelin?
- Nie znam - no nie umiem łgać. Nie znam, nie robiłam, więc i nie jadłam. Nie miałam okazji, a on o tym doskonale wie, więc po co?
- No to chodź...
No to idę. Stoimy przed pulpitem i jest rzeczywiście. Ale co z tego, skoro jedynie na dywagacjach na temat się kończy. Co autor miał na myśli. I wtedy podchodzi do nas najmłodszy z grona kelnerów, z uśmiechem widząc pewnie, że mamy jakiś nurtujący nas problem i chcąc wyjaśnić.
Romulek bez najmniejszego obciachu:
- What is ezogelin soup?
Uśmiech się powiększył. I dostaliśmy wyjaśnienie bardzo dokładne. Absolutnie turecka, dosyć ostra (mmm... wersja akurat niespecjalnie przykra - dla nas) i to co mnie zachwyciło - z bulgurem. W końcu coś z bulgurem. To było rano po śniadaniu. Przy obiedzie chłopak podbiega i... przeprasza. U niego w domu zawsze z bulgurem, ale ta będzie z ryżem. Oj ból... Bulguru nie zjadłam wcale.
   Ogólnie kuchnia wyśmienita. Nie brak przypraw, które lubię - kminu i ostrej papryki. Wersje i te bardziej gulaszowe, i te z konkretnym kawałkiem mięsa czy ryby. A ryby pyszne. I szkoda, że tak rzadko. Sporo najadłam się bakłażanów - nieco innych. Długich i wąskich. I pełnych goryczy. Zapewne nikt nie bawi się w solenie i płukanie, tylko jadą moim ulubionym systemem. Od razu. I powiem szczerze - ta goryczka bardzo mi odpowiadała. A do nich rewelacyjny jogurt. W różnych wersjach. Nie zabrakło i słodkości, ale z nimi różnie bywało. Wzięłam kiedyś po śniadaniu ciasteczko, które wyglądało na chałwowe. Może i było... ale smaku ciężko mi się było doszukać. Poza cukrem. Zostawiłam lekko nadgryzione, choć było na jeden kęs. Nie oparłam się jednak ptysiom z kremem i zieloną posypką. Myślałam, że to pistacje, ale jednak nie. Teraz mam nadzieję, że to kannavuri, bo po prostu sobie kupiłam. A powiedziano mi, że jest to do posypania słodkich wypieków. I to by się zgadzało... Były też eklerki polane niesamowitym karmelem, który trzeba było odchorować. Słodycz ogromna, ale pyszna. Nie mam zdjęcia, bo nie pomyślałam. Zrobiłam za to fotkę eklerków z czekoladą - nie jadłam. Nie mogłam... w tym upale. Skusiłam się też na ciasto czekoladowe z polewą - rzeczywiście nie tylko pysznie wyglądające. I najlepszy deser, który miałam okazję tam jeść - gotowane jabłka (sądzę, że w syropie z granatów) z malutką kropelką kremu i kawałkiem orzecha włoskiego na szczycie. Leciuteńki i orzeźwiający deser. Taki mogłabym codziennie. Co jeszcze? Natalia jednego wieczoru wzięła piękny kawałek ciasta. Przyglądam się i przyglądam... Krótkowidzem jestem, ale wyraźnie widzę oliwki. Więc i mówię, że tak to wygląda. Oczy Natalii zrobiły się okrągłe - nie znam osoby, która tak potrafi. Romulek próbuje od momentu Jej poznania, mówiąc, że robi Natalię... a ja już wiem o co chodzi. Dodam, że robi to w specyficznych warunkach, jednym słowem - głupio zaskakujących. Czyli działających tak, że głupio czasami skomentować, a oczy zrobią swoje ;). Genialne! No więc była okazja...
- Ty... rzeczywiście. Oliwki.
Ciasto musiałam spróbować. Pokrojone w kostkę powiedzmy 5 cm smakowało jak chleb. To było z oliwkami i mam wrażenie, że z oregano. Była i druga wersja - bez oliwek, ale za to z miętą. Posypane sezamem. Oba z dodatkiem oliwy. I oba pyszne. Tylko trzeba się było nastawić na słoną wersję ciasta. Fantastyczne były też obwarzanki, które oglądnęłam ze wszystkich stron. Nieduże, posmarowane jajkiem i posypane czarnym sezamem, choć trafiało się i ziarenko czarnuszki. Bardzo przecież charakterystyczne w swoim smaku. Przez kilka dni przygotowywałam się do poważnej rozmowy na temat, chcąc wytargać na nie przepis. Zbierałam swoje siły, zastanawiając się jakie pytanie ktoś może zadać - bo mój wzrokowy angielski nie używany w gębie, i w ogóle baaaardzo słaby, gdyż nie uczony wcale może nie wystarczyć. No i wysłałam Męża z problemem w postaci takiego obwarzanka.
Podszedł do stojących za barem panów...
Po chwili podchodzi do niego kucharz - było nie było najważniejsza osoba - zawołany na tę okoliczność z kuchni. No i dowiedziałam się, że to zwykłe ciasto tak uformowane, posmarowane jajkiem i posypane... sezamem. No masz!!! Tak zaskoczona jestem, że szok. Romulek mało nie udławił się ze śmiechu jak to usłyszał. Ale drąży - jakie ciasto. No zwykłe. Zwykłe i już. Zwykłe... Kruche . Ale czy ich zwykłe to i nasze zwykłe? Nie wiem, jednak spróbuję.

 

cypr (6).JPG

tuż obok Atatürka...

 

cypr (8).JPG

...i po obrocie na pięcie.

 

cypr (13).JPG

 

   Nie ukrywam, że klimat nastrajał do smakowania. I okoliczności. No bo nic nie robisz - zwłaszcza w kuchni - tylko patrzysz i podziwiasz. Z jednej strony morze, z drugiej piękne góry. Za górami Grecja. A Grecy nie darzeni są sympatią przez Turków, między innymi właśnie za Cypr. I nawzajem. Mieliśmy przez chwilę ochotę przejechać się na własną rękę na grecką stronę, ale właśnie z braku jakichkolwiek informacji, które nie są w interesie firmy, po prostu zrezygnowaliśmy. Jedź w te piękne, lecz przecież dzikie góry na własną rękę, lub zapłać odpowiednią ilość pieniędzy i jedź na wycieczkę. I bądź ograniczony wszystkim. Tu a nie tu. I teraz a nie potem... Nie znoszę tego. Za to z Natalią, Rafałem i Borysem zwiedziliśmy pobliską Kyrenię. Wysiedliśmy z autobusu i poszliśmy w doskonałym kierunku. Stanęliśmy przed Atatürkiem ;). Niesamowite. Nie Atatürk, lecz widok. Z jednej strony owe góry w całej krasie, odwracasz się na pięcie i... morze. Tylko kilka kroków... Poszliśmy wzdłuż murowanego falochronu deptaczkiem wprost do fortu. Zachwyt Borysa na widok statków pirackich jest nie do opisania. A można je było z bliska zobaczyć. Więc staliśmy przez chwilkę i nie wiedzieliśmy na co dokładnie patrzeć w danej chwili :). Samo miejsce też zachwycające - dosyć wąski kanał, w którym cumowały statki, po czym widok na pełne morze. A dokładnie nad tym wszystkim górował kamienny fort. Malownicze kamieniczki w starej części miasta obecnie tworzą restauracyjny kompleks dla turystów. I w każdej jakiś sklepik z drobiazgami. Były i kapelusze, więc panowie wyszli nieco lżejsi, a my cieszyłyśmy się naprawdę pięknymi nakryciami głowy. Ba! Cieszę się wciąż tak samo.
   Wracając zrobiliśmy nieco większy łuk, aby zobaczyć jak najwięcej. Na przystanek trudno nie trafić, więc spokojnie spacerkiem pooglądaliśmy. Dodam, że nie obowiązują tu żadne rozkłady jazdy i żadne cenniki. Owszem - jadąc krótki odcinek kierowca weźmie mniej, ale jadąc do samego końca - a tak było w naszym przypadku - weźmie normalną stawkę. Trafisz na bus, to wsiadasz. Nie masz też pewności za ile bus ruszy z tego pierwszego przystanku. Będzie czekał na komplet, czy może też niekoniecznie. Ma kierowca do podwiezienia jakiegoś kuzyna - co wiąże się z obejrzeniem okolic czasami bardzo ciekawych, czy też pojedzie prosto, niekoniecznie prostą drogą. Jedno wiem. Trzeba być mistrzem kierownicy, aby wyrobić na tych wąskich i krętych uliczkach. Bus to pikuś. Zrobić to turystycznym autokarem... Jednym słowem oglądnęliśmy sporo okolicznych miejsc jadąc do, lub wracając z Kyrenii. Mało tego. Przez długi czas próbowałam namówić Męża, abyśmy przeszli się w okolice widocznego z naszego balkonu meczetu. Chciałam zobaczyć z bliska. Nie ma szans. Na taki upał? Tyle kilometrów pod górę? Nie da rady. Dało przez zupełny przypadek.
   Przed wyjazdową nocą po raz ostatni kurs Kyrenia. Przystanek koło naszego ośrodka, więc dojście zajęło nam minutę. Nie wiem czy czekaliśmy drugą minutę, gdy przyjechał bus - z drugiej strony. Dla kierowcy nie ma znaczenia - ważny jest pasażer, który daje zarobić. Więc fakt, że zabierze kilka osób na końcowy przystanek nie jet niczym dziwnym. Tej drogi rzecz jasna nie policzy. Ważne jest to, że on zgarnie klienta. Pytamy o Kyrenię, a on z uśmiechem, że oczywiście... i zaprasza do środka. Wchodzimy. Zajmujemy najlepsze miejsca, bowiem jesteśmy jedynie. Świetnie. Więc jest szansa, że tylko zakręci i wróci. Niestety...
   Za to widoki fantastyczne. Kilka przecznic dalej gość skręcił w lewo. Ach, zapomniałam dodać, że ruch tam jest lewostronny, więc Anglicy mogą się czuć jak u siebie w domu. Choć kierownica bywa z różnych stron... Kwestia przyzwyczajenia zapewne. Tak więc skręcamy i jedziemy pod górę. Cały czas. Domy, drzewa oliwne, figowce, kwiaty, murki, drzewa oliwne. I cytrony. Domy piękne, wymuskane i zadbane w tej okolicy. Nagle kierowca zatrzymuje się przed jednym takim, wchodzi na podwórko, zabiera sprzed drzwi... buty, i wsiada z powrotem. Wraca  inną drogą. Oto stoi przed nami w odległości jakichś stu metrów meczet. I znów domy wymuskane. Każdy inny. Zatrzymuje się bus koło robotników i kilkuminutowe pogaduszki ze śmiechem. Mąż stwierdził, że właśnie zaczyna się licytacja mnie...
- A zaniepokoiłeś się, czy też współczujesz?
Nie ma innego sposobu na Połówkę. Jeszcze chwilka śmiechu - w końcu nikomu się nigdzie nie spieszy. Kilka minut i jesteśmy w punkcie wyjścia. Naszego. Ale tym razem droga prosto do celu. Fakt... nie tak bardzo prosto... Ostatnie podejście, więc szukam księgarni. Ciężką ją zauważyć, bo to sklep z różnymi rzeczami, ale robiąc zakupy spożywcze zapytaliśmy się o nią. Na nasze szczęście niemal vis a vis. Jednak niczego nie kupiłam. Ceny książek są potworne. Obejrzałam i odstawiłam. Jednak nie przeliczyłam się. Tureckiego w ząb, ale miałam nadzieję, że będą angielskie wersje - i było ich znacznie więcej niż tureckich. Jednak pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć. Wrócę bez pamiątki na temat miejscowej kuchni. Szkoda... Jednak nadrobiłam zestawem nowych przypraw i specjalności tego regionu. Pysznych. Już niedługo...

 

cypr (60).JPG

 

cypr (66).JPG

 

   Natalia, Rafał i Borys wyjechali po tygodniu. Wielka szkoda, bo nie ukrywam, że poczucie humoru mamy podobne i bardzo łatwo było nam się dogadać chyba na każdy temat. Nie każdy wszak poruszaliśmy przecież. W międzyczasie zjechała Marzena z Pawłem. Z dwojgiem młodych panów. Poznaliśmy oto Olivera (przepraszam Oli jeśli masz jeszcze jedno i, czyli Olivier)  i Davida. Pisownia nie jest przypadkowa, a wręcz konieczna. Mamy szczęście do ludzi - znów nie pozwolono nam się nudzić :). Siedzieliśmy w basenie i gadaliśmy, gadaliśmy... gadaliśmy. I spiekliśmy się ogromnie, i nie zauważyłam nawet kiedy. Nastąpiło więc kilka dni przerwy od wody ogólnie. Owszem... niesamowite ilości wody mineralnej w salce restauracyjnej. Z lodem i cytronem. Lub wina czerwonego.
   Bardzo fajną frajdę sprawili nam miejscowi angielscy rezydenci. W naszym hotelu umawiali się raz w tygodniu na brydżowe spotkanie. Profesjonalne. Stoliki przykryte zielonym suknem, bidding boxy, pudełka na karty. Za pierwszym razem Mąż krążył dookoła mrucząc coś pod nosem - a może by się dosiąść? A może spróbować. Towarzystwo jednak było już w trakcie gry, przy czym jedna para pauzowała. Widać mieli braki w składzie. Załapaliśmy się za to na drugi tydzień. Tuż po rozdaniu kart Romulek tup tup tup... do sędziego. "Czy możemy?. No i usłyszał.:
- Ale czy państwo gracie?
- No coś tam gramy...
- Nie... nie... Ja się pytam, czy umiecie.
O jak ja lubię takie sytuacje ;). Stawiające już na wstępie w odpowiedniej pozycji.
- Umiemy!
- To zapraszam.
   I się zaczęło... Kilka wpadek też. Po raz pierwszy to ja zachowałam stoicki spokój, tłumacząc - koniec dyskusji. Graj tak, jak ja wistuję. No bo my sobie cuda możemy po polsku, skoro nikt nas nie rozumie. Nie wolno... Dyskusje potem. O kurcze... Da się. Z dystansem. Swoją drogą często bywam dobra z pierwszym wyjściem. Czyli wistem. Takim, co to pozwalał rozwalić grę na wstępie, jeśli jest na to szansa... Tym razem Romulek to wykorzystywał bezbłędnie. No i... zamiast swojego - bez dwóch. Lub zamiast z nadróbką, ledwo swoje... Być może przyziemne, ale cieszy. I to co najważniejsze - nasi kelnerzy co chwilę z mineralną lub winem - żeby nam się lepiej grało :).
   Po grze poznaliśmy wśród rezydentów pana Wiśniewskiego z Grudziądza (nie graliśmy z nim akurat), który znał zaledwie kilka słów po polsku: "dziękuję", "do widzenia" "kofi" i "cziaj". Hmmm... Z kawą jakiś tam procent miał, że trafi - w sporej ilości krajów kawa to fonetycznie kofi w końcu, ale z herbatą to przesadził. Jednak poza uśmiechem, nie potrafiłam wyprowadzić go z błędu. Sympatyczna pani, która płynęła kiedyś ze Stanów "Stefanem Batorym" do dziś wspominała fantastyczną kuchnię na statku i atmosferę, jaka na nim panowała. Najlepsza podróż w jej życiu. Nie grała razem z mężem, bo... ja te powody znam. Z tychże nie lubię grać ze swoim. Tu nastąpiła dłuższa dyskusja na ten temat pomiędzy małżonkami, śmiejącymi się serdecznie. Ludzie szalenie sympatyczni, na emeryturach, na stałe mieszkający na Cyprze. Żyć nie umierać. Ciepło - lipiec i sierpień to najgorsze miesiące - poza nimi temperatura jest w granicach 25*C. Zimą coś koło 10. Pełni radości, zapału, dowcipni i na luzie. No tak... na luzie. Do tego stopnia, że gramy z jedną parą, przy czym Barbara prosi nas o maila. Bo umówilibyśmy się na sobotę u nich w domu. Zagralibyśmy. Posiedzieli... Eee... No tak. Wyjaśniliśmy, że nie mamy komputera, bo mamy wakacje bez niego, więc nie da rady. Umówiliśmy się na granie z całą ekipą w poniedziałek w innym hotelu, ale nikt po nas nie przyjechał...
Myślę, że byliśmy dla nich taką samą atrakcją, jak oni dla nas. Ale jeden raz pewnie wystarczy ;P.

 

cypr (33).JPG

 

   Wakacje pełne wrażeń. Pełne radości. I przede wszystkim dające odpocząć. Miejsce, w którym gościliśmy było nie tylko piękne, ale i spokojne. Miło było usłyszeć od kelnera zabierającego puste talerze po naszym dziękuję - rozbrajające "proszę". Lub też od kierowcy, który dowiedziawszy się od naszej silnej grupy - z Borysem na czele - że jesteśmy z Polski, zapytał jak po naszemu jest "goodbye". Więc Romulek - do widzenia. Albo cześć. I nie rozumiał moich oczu Natalii przez kilka sekund... Do momentu aż usłyszał od kierowcy:
- Do widzenia albo cześć.
Jeśli kiedyś będziecie mieć okazję lecieć w takie miejsce - skorzystajcie. Warto poznawać klimatyczne nastroje danego miejsca - bo każde jest inne. Warto rozsmakować się w kuchniach świata, a turecka przecież jest w czołówce. Niedaleko jej do Europy - zwłaszcza Grecji, do której mają rzut beretem - i do krajów arabskich. Swoisty melanż tych kuchni ma swoje odzwierciedlenie tutaj. Nic to, że kraj w gruncie rzeczy muzułmański. Przez ten czas nie jedliśmy co prawda wieprzowiny - za którą zatęskniliśmy..., ale są specjalistyczne sklepy, do których można zajrzeć i kupić taki kawałek wieprzka, na jaki przyjdzie nam ochota. Bez problemu.

 

cypr (61).JPG

 

cypr (62).JPG


   Bez problemów wylądowaliśmy w Pyrzowicach. Znowu trzeba się przestawić na kapryśną pogodę. Ale po powrocie duża filiżanka gorącej herbaty - tej najlepszej na świecie. Mieszanki kilku gatunków. Rozgrzewającej. Ze zwykłą cytryną. Na szczęście w lodówce kindziuk. Wieprzowy!!! Dobra... Walichy potem rozpakuję. Pyszny świeżuteńki chlebuś od Kazibuta... Chi chi chi... Wakacje wakacjami, ale codzienność też smaczna jest.
Do widzenia albo cześć.

 


Podziel się
oceń
1
0
Tagi: Cypr

komentarze (1) | dodaj komentarz

Welcome to London

poniedziałek, 18 lutego 2013 22:05

   Już dłuższa chwila upłynęła od momentu, gdy przyszło się nam zderzyć z naszą rzeczywistością. Czy taką straszną? Zależy co weźmiemy pod uwagę... Najważniejsze jest to, że szczęśliwie wróciliśmy bogatsi o nowe wrażenia.
   Londyn.  Wylądowaliśmy na Gatwick, skąd musieliśmy się dostać do miasta. I poczułam się jak w "Misiu" - strajk? - bo autobusu nie było czasie. Faktem jest, że wylądowaliśmy mocno spóźnieni ze względu na pogodę w Krakowie. Jedna odśnieżarka jeżdziła po lotnisku i odśnieżała co się da. W Londynie nie było to potrzebne, ale bateria odpowiedniego sprzętu stojącego w pogotowiu wywołała u nas nagły  równoczesny atak śmiechu. Tak więc spóźnieni i trochę rozbawieni wylądowaliśmy na miejscu. Mąż biegły w angielskim szybko dowiedział się jak to zrobić, aby być najszybciej. Autobusy jeżdżą co 30 minut - mniej więcej. No tak. Ale nam się zdarza zepsucie pociągu. Notoryczne spóźnienia. Jazdy okrężną drogą. No to pewnie jak w wspomnianym "Misiu" trafiliśmy akurat na strajk. Tak sobie pomyślałam, nie wiedząc co mnie czeka w przyszłości. Tej niedalekiej. Strajku nie było, ale ze względu na pogodę - zimno jak u nas - nieprzewidziane trudności. Och... nie tylko my bywamy nieprzygotowani do zimy. 10 minut zapewniane przeodziło się w 20, ale nic to. Jesteśmy w końcu w Londynie. Wsiadając do autobusu - full wypas - myślę sobie, że ta godzinka szybko minie. Godzinka. Tak nastawiał mnie mój Kochany. Mówiąc, że to tylko 60 km. Te tylko 60 okazało się (po sprawdzeniu jeszcze przed podróżą) milami. No dobra. 1,5 godzinki i jesteśmy.

 


   W sumie nigdzie nam się nie spieszy, ale moja choroba lokomocyjna bywa uciążliwa. Tylko dla mnie. Po prostu się męczę. Dlatego nie przejmując się pięknymi widokami za oknem zapadłam w sen... Cholera... krótki sen. Obudziłam się tuż przed wjazdem do miasta. Patrzę na te nieciekawe domy. Kwadraciaki brzydkie jak nie wiem co. W dodatku podobno bardzo źle rozwiązane wewnątrz - ta informacja od mieszkających tam od dłuższego czasu. Małe klitki, wąskie przedpokoje i schody. Gdzie ten wielki świat? Minęliśmy "Leśną Chatę", kilka sklepików pod swojskimi nazwami, salon, w którym to następuje "układanie fryzur"... i jakoś radośniej się zrobiło. Fajnie. Coraz więcej fajnych domów pomimo iż to zwykłe szeregowce. Coraz bardziej jest o coś "zahaczyć" wzrok. Niestety coraz ciemniej... Już minęło 2 godziny, a my jeszcze mamy chwilkę. I nagle choć mocno skapcaniała wahając się między patrzeniem za okno a skupianiem się na lekkim kręceniu w głowie póki co otwieram gębę ze zachwytu. Tamiza. Oświetlona pięknie, a my właśnie przejeżdżamy przez most. Ślicznie. Po prostu ślicznie.
   Dotarliśmy. Teraz do metra. Ale może by tak coś zjeść? W samolocie rozwiązując krzyżówkę skupiłam się mocno na haśle "do łamania w koszyku z frytkami". Z reguły przy hetmańskiej skupiam się mocno, bo to niełatwe zadanie, ale skupiłam się tym bardziej, że pomyślałam o tradycyjny daniu, czyli fish and chips. Głośno więc zapytałam, czy jak będziemy na miejscu - bardzo przecież głodni - zjemy właśnie dokładnie to? Zjemy. No to git. Idąc do metra minęliśmy po drodze jedną knajpkę, która wcale nie zachęcała. Pomyślałam, że pewnie dużo takich w okolicy, i wszędzie. I tu się nie pomyliłam. Zaraz blisko następna. Wchodzimy. Fajnie.
- Hellou...
- Good evening...
   Uśmiechnięta dziewczyna z iskierką w oku zaprasza nas abyśmy usiedli. Przyklapnęliśmy nieco ciężko. Poszła po kartę, a ja zdążyłam powiedzieć "herbatę" i pomyśleć o dobrej angielskiej. Mamy kartę i przeglądamy. Dziewczyna poszła do kuchni a my się zastanawiamy. Halloumi z grilla na sałacie. Ja to chcę. Chcę spróbować w końcu tego sera. O i dorsza chcę. No z tymi frytkami oczywiście. Ale nie one tu grają pierwsze skrzypce. Okej.
- Dla mnie dorsz. Cod.
- Sea bass co to jest? Czy to okoń morski?
- Tak. Na bank okoń.
- A haddock?
- Hmmm... wydaje mi się, że to śledź. Nie... chyba nie. Morszczuk? Śledź to hareng. Taaa. To będzie morszczuk.
- Dobra, ja i tak okonia.
   Przychodzi dziewczyna. Połówka z uśmiechem zaczął po angielsku zamawiając dla siebie okonia po czym znów jak zwykle:
- A ty co chesz? - jakbym miała w zwyczaju zmieniać zdanie w ostatniej chwili. Nie lubię tego. Zagryzam jęzor i mówię dobitnie acz spokojnie:
- Ja chciałam i nadal chcę dorsza. I nie zapomnij o halloumi.
   I nagle słyszymy... Najczystszą polszczyzną...
- Halloumi już nie ma. Sibasa też nie. Ale polecam hadoka. Ewentualnie koda. Ale wszyscy specjalnie przychodzą tu na hadoka. - niestety nie umiała nam powiedzieć co to za ryba w wersji polskiej.
   Zjedliśmy ze smakiem. Dorsz był o niebo lepszy. Wielki płat ryby w genialnym cieście - delikatnym i chrupiącym. Pachnący delikatnie rybą i rozpływający się wręcz w ustach. Haddock? Też dobry, ale nieco mniej ;). Ważne jest też to, że dokładnie dowiedzieliśmy się jak bez kluczenia dojść do metra. Zadowoleni i najedzeni po uszy pożegnaliśmy się mówiąc wzajemnie nasze "Do widzenia".
   Z metrem nie było żadnych problemów. Szybko znaleźliśmy się na miejscu, dowiedzialiśmy się gdzie mamy wysiąść i... wsiedliśmy. Zimno coraz bardziej, ale nie przeszkadza to londyńczykom chodzić w lekkich koszulach czy podkoszulkach z krótkim rękawem. Szalik w tym zestawie chyba tylko na ozdobę... Czysta nonszalancja. Albo z gołymi nogami do półtrampek lub lekkich letnich bucików. Zrozum tu człowieka...
   No cóż. Wysiedliśmy z metra i jak tu trafić do hotelu? Kto nam pomoże?
- Mój przyjaciel sprzątający - mówiąc to mąż już przy panu w seledynowej kamizelce. Pytanie i szybka odpowiedź. Nieco dalej mapka, na której jasno widnieje miejsce, na które dostaliśmy namiary. Okej. Idziemy. To nie ja mam doskonałą orientację w terenie, ale nagle zaczęłam wołać...
- Tu. Tu... tu... tu... Na bank tu.
- Nie. Za blsiko. To z pewnością dalej.
No to poszliśmy dalej. Minęliśmy znajome nieznajome Tesco i znaleźliśmy się na bardzo ruchliwej ulicy.
- To nie tu...
- Tu... Tu... tu... tu... - role się odwróciy. Na chwilę.
- Nie, chyba jednak nie tu. O mój przyjaciel. - podbiegł, a ja słyszę jak pan każe nam się cofnąć... - Nie chę cię straszyć, ale za daleko poszliśmy.
- Taaaak? - trzeba znać nieomylność wieczną Połówki, żeby wiedzieć jak to zabrzamiało. - Pozwól więc, że poprowadzę.
   Jesteśmy. Co prawda przyznaję, że sama przeszłabym obok hotelu, ale na ulicy znaleźliśmy się bez najmniejszych problemów. Właśnie. Jesteśmy. Nie dostaliśmy jednak karty - chyba przez zapomnienie - więc chwilkę postaliśmy w ciemności, czekając, że może coś samo zaskoczy. Coś. Czyli co?
- Dobra, gdzieś mam kartę do bankomatu... - nastała jasność. Pomyślałam sobie, że taka karta ma jak widać wiele zastosowń. A Połówka niezły pomysł. Ale... A może? Otóż to. Jakbyście chcięli się dowiedzieć, to i bilet metra ma podobnie. Bez ryzyka, że się złamie niechcący, a my zostaniemy bez ewentualnych rezerw. Podskoczyliśmy jeszcze do Tesco na małe zakupy. Zakupy małe - ot takie, żeby coś było w razie potrzeby plus kilka niepotrzebnych rzczy. Puszka pysznych gruszek i pysznych śliwek. Jakieś ciasteczko w razie godziny "W", czyli złego samopoczucia. Galaretki mandarynkowe dla pożeracza galaretek. No i oczywiście obczajenie co jest. A było... Po powrocie kąpiel i spanko. Do jutra...


   Jutro szybko nastało. Śniadanko takie sobie. Nie mogłam się przekonać do fasolki. Zjadłam jedną kiełbaskę po raz pierwszy i ostatni podczas tego pobytu. Jajka sadzone jak dla mnie nie na śniadanie. Jednym słowem dwa plasterki bekonu na ciepło bez jaj, bułeczki i pomidorki na ciepło. Pyszne. Pomidorki najlepsze, choć potem wróciłam jedynie do tego co lubię najbardzie. Buła z lekko solonym masłem, trochę zieleniny i plasterek wędliny. Nie tak dobrej jak u nas, ale jak najbardziej okej. Potem kilka godzin sama - bo mąż na spotkaniu. Szydełko i rozwiązana krzyżówka hetmańska. Do końca. Nieźle. Sama nie wyjdę, bo kiepsko u mnie z angielskim mówionym. Pokazywanym zdecydowanie lepiej, ale w restauracji jakiejkolwiek to wręcz dobrze. Jakoś tam mam... I w sklepach, gdzie towar ładuję do koszyków... Więc po co wychodzić samej? Z moją orientacją w terenie na dodatek?
   Poczekałam. Okazało się, że umówieni jesteśmy z Anulką. Londyn to nie takie obce nam miasto. Co prawda po raz pierwszy w nim byłam, ale przyznaję, że czas spędziliśmy fantastycznie wśród znajomych. Tak więc piątek przypadł Ani. Umówiliśmy się pod stacją metra - najprościej. Potem metro, autobus i parę sklepów po drodze. Kupiłam kilka drobiazgów - do użycia w przyszłości. W kuchni oczywiście. Przede wszystkim paprykę wędzoną. Powiem szczerze, że załamka. Załamka a propos ilości tego co można tam kupić. Świeżego, choć nie tylko. Brukselka zielona i fioletowa jeszcze na łodygach. Pok choy, które dotknęłam osobiście biorąc do ręki. W opakowaniu było, więc niczego niepożadanego nie zostawiłam. Fasolki różne cały rok dostępne. Szpinak na kopy... i rukiew wodna, rukola itp. itd... za grosze. Różnego rodzaju chili i dynie piżmowe, uśmiechające się bez sensu. No tak... czekają na mnie...
   Nie znoszę zakupów. Chora jestem, gdy coś potrzebuję i muszę wybrać. Ale nie takie zakupy. Tam gdzie mam produkty spożywcze do wyboru głupieję... To chciałabym spróbować. To muszę zrobić. Ojej... a to?  Może powtórzyć to danie? Nie zabierać mnie do takich sklepów!!! I do księgarni.
   Przed autobusem jeszcze obiad. Weszliśmy do irlandzkiej restauracji. Karty w łapę i wybór - naprawdę trudny. Dobra. Niech będzie rumsztyk, ale proszę o dobrze wysmażony. Ania, dla której angielska wołowina ma zupełnie inny smak... wcale jej nie smakuje. Wzięła wieprzowinę. Połówka także rumsztyk ale blue. Stopień wysmażenia zawsze bliższy surowemu, skoro surowego nie podają... I podają. A jakże. Plamka sosu spod smażenia zabarwina na czerwono. A ja taka głodna jestem...
- Francja bis? - Pytanie w zasadzie do samej siebie. Ale odpowiedź błyskawiczna. Choć też w formie pytania.
- Za mało?
- Mhm... za mało. Patrz... - po przekrojeniu wyraźnie nie różowy nawet, ale lekko czerwona kreska.
- Zostaw na chwilkę.
   Jem te chipsy, czyli frytki. Czy oni podają ziemniaki w innej postaci. Frytki nie frytki. Cząstki ziemniaków, ale robine jak frytki. Z mrożonych ziemniaków poza tym. A niech tam. I tak dobre, choć słodkawe po rozmrożeniu. Ale ja miałam taką ochotę na mięso. Było gorące i po chwili rzeczywiście doszło. Do lekko różowego. Nie do wysmażonego, ale zdaję sobie sprawę, że poza patelnią jest to niemożliwe. Obok pieczarka brązowa z serem pleśniowym. I... pomidorki na ciepło. Podobno dodatek do prawie wszystkiego. O ile nie ma zielonego groszku. No i zjadłam ten kawał mięsa. Ba! Zjadłam z prawdziwym smakiem. Idzie ku lepszemu... Naprawdę super.
   Jeszcze dłuższa chwilka i jesteśmy u Ani. Herbata, wino... Chipsy. Ale tym razem chipsowe chipsy. Z ostrą papryką. I gadaliśmy, gadaliśmy, gadaliśmy... Długo po prostu się nie widzieliśmy. Ania opowiedziała co u niej, my co u nas. Czas powrotu. Przystanek Ania ma pod nosem - na nasze szczęście. Zimniej niż poprzedniego dnia. Bo wieje. Autobus, metro - gdzie znów rozebranych jak do rosołu kilku tubylców - i hotel. Od metra jakieś 3-5 minut. Trzy, gdy wiało zimniskiem ;). Spanko.


   Weekend. Całe 2 dni mamy dla siebie. I całe 2 dni mają dla nas Asia i Tomek. To dzięki nim zobaczyliśmy kawałek Londynu. Najpierw taki targ, gdzie wszystko można kupić. No prawie wszystko. Wypiliśmy po pysznej kawie u arabskiego właściciela niby knajpki. W towarzystwie shishy. Nawet kilku, bo na każdym stoliku stały. A niech towarzyszy... Wracając wleźliśmy "niechcący" do księgarni. I się zaczęło.
- O, poptarz na tę - Asia trzyma w ręce piękną pozycję za jedyne 4 funty.
- Ile? - pytam z niedowierzaniem. - Przecież to tylko 20 goli. Niemożliwe...
   Niemożliwe, abym tej książki nie wzięła.  I kilku innych... Miałyśmy niezłą rozrywkę. Mam taką nadzieję. Niestety mówię i za Asię, ale ja miała. Zerknęłam na każdą książkę kucharską. Popodziwiałam i zastanawiałam się jak to możliwe. Kilka pozycji stoi u mnie na półce w języku polskim, ale zapłaciłam znacznie więcej niż tam. W taniej chyba księgarni. Kilka pozycji chciałabym mieć - moich ulubionych kucharzy. Między innymi Billa Granger`a czy Donny Hay. No ale nie tym razem. Idę z książkami do kasy i słyszę jak Połówka  tłumaczy młodemu chłopakowi, że chciałby jedną gratis. Taki jest. Przyjemność mu sprawia każde takie zetknięcie. Między innymi dlatego zniechęca mnie do zakupów jakichkolwiek. A może to ja nie idę z duchem czasu? W każdym razie chłopak pytający wzrok kieruje na szefa.
Ja - daj spokój... - a szef:
- Nie da rady.
Zaskoczenie niemałe. Ale za chwilkę było większe.
- No ale 10% upuszczę.
   Pozwolę sobie więc powiedzieć, że sklep to fantastyczna księgarnia "Book Warehouse". Szef jeszcze fantastyczniejszy :). Nawet nie wie jaką radość mi sprawił. Trochę uszek na te książki poszło... Niestety nie umiem powiedzieć na jakiej ulicy była ta księgarnia. Nie zwróciłam uwagi. Bardzo ruchliwej...

 
Z serii "buty z kosmosu"... A było w czym wybierać. Kopniak z takiego musi boleć...


Tu zastanawiałam się przez moment, czy ktokolwiek byłby w stanie przejść w nich kilka metrów.

 
   Asia już kiedyś obiecała nam, że zabierze nas do tajskiej restauracyjki. Jej ulubionej. Mieszkali kiedyś w tej dzilnicy i bywali tam co tydzień. Teraz się przeprowadzili, ale z radka bo z rzadka - bywają. Wcześniej zahaczyliśmy o specjalny sklep. Złe słowo, bowiem Tomek specjalnie nas podwiózł w to miejsce. Udało mi się kupić rzecz, o której marzyłam. Termometr do mięsa. Kupiłam taki profesjolany. I kupiłam taki nieco inny, do gotowania. Kupiłam jeszcze kilka innych drobiazgów, bo jak mi się wydaje są mi niezbędne w kuchni. Nawet te dwie malutkie tortownice - to tak a propos Donny Hay i jej niesamowicie czekoladowego ciasta.
- Naprawdę są mi potrzebne - to zapewnienie skierowne do Połówki. Nie udało mi się kupić prostokątnej formy do tart.
   Przyszedł czas na fantastyczne tajskie jedzenie. Naprawdę fantastyczne. Właścicielka przywitała nas tak bardzo serdecznie, że aż mi się głupio zrobiło. Zrobiła przy okazji kilka wymówek Asi i Tomkowi, że tak rzadko zglądają. Nam zaś powiedziała, że to jej ulubieni goście i szkoda, że już nie mieszkają w okolicy. Usiedliśmy do stołu i zaczęliśmy rozglądać się po restauracyjce. Wszystko w klimacie. Obsługa tylko tajska, myślę, że w kuchni nie inaczej. Uśmiechnięte śliczne dziewczyny ubrane również odpowiednio. To wszystko sprawiało niepowtarzalny nastrój. Ale przyszedła czas wyboru...

 


Mąż zaczął od...


...a ja od.


Curry Asi,


wołowina tygrysia męża


z dodatkiem,


i mój okoń morski na parze.


   Na przystawkę sięgnęłam po pyszne ciasto won-ton z wieprzowiną. Misternie nadziewane w formie bardziej bułeczek niż pierożków - jak myślałam na początku. Na danie główne to ja poprosiłam  o owego sea bassa zwanego po prostu okoniem. Piszę sea bass, bo Mężowi tak spodobała się nazwa, że jedynie tego określenia już używa. Niech mu będzie. Więc sea bass na parze gotowany. Leciuteńki i fantastyczne. Przepyszny. Asia dała mi spróbować curry - jej ulubione. Spokojnie można było zjeść samo, z ryżem obok, lub też polać nim ryż. Asia jadła osobno. Curry bardzo smaczne i szalenie aromatyczne. Jadło się spokojnie... by za chwilę poczuć moc. Ono było ostre. Ale dziwne - nie na pierwszy rzut. Zamówiłam herbatkę jaśminową. Zieloną. I mało nie spadłam z wrażenia z krzesła. Wypiłam cały dzbanuszek, gdy podeszła kelnerka, wzięła dzbanek... i za chwilę zjawiła się ze świeżą herbatką. Nie to wprowadziło mnie w zdumienie - bo Asia uprzedzała, że herbata będzie stale, pomimo iż zamówi się jedną. Płacę za jedną... piję do końca mojego pobytu w restauracji. To, że Połówka wypiła mi połówkę drugiego dzbanka. On nie tyka zielonych herbat, a jaśminowe rzeczy go odrzucają samym zapachem. A herbata nie inaczej - pachniała jaśminowo.


   Po pysznym obiedzie wpadliśmy na chwilkę do Asi i Tomka. Po drodze kolejny sklep. Tu już nie dało się ukryć, że skupiałam się na rzeczach u nas niedostępnych. Niestety zawieruszyłam się w dziale "ciastowym". Drożdże, glukoza w płynie, marcepan w dużym kawałku. Mąką na chleb z suszonymi pomidorami i parmezanem (w gruncie rzeczy gotowiec taki sobie). Kuwertura czekoladowa. Kilka rzeczy wzięłam i odłożyłam z powrotem. Najchętniej cały dział bym wzięła - gdyby się tylko dało. Brakuje mi takich rzeczy. Semolina... nie będę przecież kupować semoliny. Maką do chapati. Gulem rzuciło po raz chyba setny. Dobra. Muszę szybko stąd wyjść. Aaaa... kilka barwników. Czerwony, różowy, pomarańczowy i zielony. Takie kupiłam. A było ich mnóstwo. Zamiast pomyśleć jaką szkołę się skończyło... i kupić podstawowe kolory. Czerwony, żółty i niebieski. Można zrobić z nich inne. Nie pomyślałam. Trudno. Odpuściłam drobiazgi zwane po prostu duperelami - "sypadełka" w formie kwiatuszków, serduszek, pałeczek, kamyczków, perełek, mini-żelków (żelek?) i tak dalej... Wszystko aby ułatwić i upiększyć życie. Taka dla Anglików normalność. Ta normalność spotęgowała się na dziale mięsnym. Już abstrahuję od sklepów mięsnych z rzeźnikiem za ladą. Spotkałam się z tym we Francji... Ale mówię o jakości i dostępności każdego mięsa. Oto widzę golenie wołowe czy cielęce, odpowiednio przycięte. I to osso bucco przeszło mi przed oczami. Tak samo od siebie. Ta jagnięcina - wcale przecież nie musiała być pokrojona i pięknie oczyszczona, bo umiem to zrobić sobie sama. Ale takiego udźca odpowiedniej wielkości i odpowiednio przyciętego z kością nie dam rady sama w domu zwykłym nożem przygotować. Nawet gdybym miała mięso... Te szynki wieprzowe ze skórą. Nic tyko wziąć i piec.
- No chodź. Kiedyś zrobisz - Połówka wyrwał mnie z marazmu. Nie da się ukryć, że tego najnormalniej w świecie zazdroszczę. Jakem człowiekiem. Zazdroszczę.


   U Asi i Tomka zagadaliśmy się nieprzeciętnie. Pyszna herbata, pyszne ciasteczka. Zostawiłam bagaż. Asia wysyłała swoje rzeczy, więc zapakowała i moje. Do hotelu wróciliśmy taksówką dosyć późno. Ledwo zdążyliśmy na śniadanie - w zasadzie zjedliśmy je w barze, bo już sprzątano salę główną. Zerkałam ciekawie na wszystkie strony, próbując zlokalizować na którą stronę wychodzą okna... I gdzie jesteśmy. Wielki ekran telewizora sprzyja korzystającym z piwa i drinków podczas meczów. Musi być nieźle w takich mimentach. Pewnie siebie samego trudno usłyszeć... W tym momencie cichuteńko. Nikt nam nie przeszkadzał. Zainteresowana spojrzałam na bar. Jedno miejsce oklejone banknotami ze świata. Nie wiem czy całego... ale polska dycha oczywiście też była. Uśmiech. Czy zawsze w takich momentach pojawia się uśmiech? Stawiam na to, że zawsze...


   Tak więc mamy niedzielę. Asia i Tomek zjawili się po nas koło południa. Okazało się, że mieszkamy w centrum, skąd bardzo blisko wszędzie. Poszliśmy prosto pod Buckingham, i choć nie mieliśmy czasu na herbatkę z Królową to zrobiło to na nas wrażenie. Zobaczyliśmy oczywiście Big Bena. Byliśmy w Soho. Minęliśmy sporo libańskich sklepików z dziwnymi warzywami na stoiskach zewnątrz. Nie wszystkie umiem nazwać... Hyde Park smutny o tej porze roku. Wszędzie niesamowicie czysto. O... salon Aston Martina, przy którym chłopaki spędzili trochę czasu. Brzydkie torebki w nim, i nic to, że idealnie pasują do koloru aut. Brzydka w nich w zasadzie była tylko cena... ale coś brzydkiego znaleźć musiałam. Żeby mi lżej było ;). I nic to, że obok był salon Pagani, a w nim samochód za 999000 funtów +... Vat. Nawet całkiem fajne... mimo iż to najdroższe auto jakie w życiu widziałam. Trudno będzie to pobić. W tym dniu kolejny polski akcent. Asia z Tomkiem znów zaprosili nas na obiad. Na chybił trafił tym razem. Weszliśmy do jakiegoś lokalu, ale niestety jesteśmy okropne. Szybko wyszliśmy, bo nam... dziewczynom znaczy... zapach nie odpowiadał. Za ostry. Nie ostrością przypraw. Ostrością piwska, frytek i takich tam. Do kolejnego nie miałyśmy żadnych zastrzeżeń. Tomek poszedł zamówić wymieniając uwagi po polsku z Asią. I oczywiście pani za ladą przestawiła ich na polski. Dodam, że tym razem zjadłam mocno wysmażony kawałek mięsa. Wręcz za bardzo deczko. No bo gdybym nie zjadła tego niedosmażonego... byłoby okej. Ech. Ciężko jest ze mną ;). Nie. Nie prawda. Zjadłam z wielką przyjemnością. A wcześniej zjadłam grzyby z gorgonzolą, zapiekane w ślicznych naczynkach z uszkami. Płaskich. Podane na deskach. Pani zza lady sama nas obsłużyła życząc smacznego.


Rewelacyjny zestaw hummusów Asi,


i grzyby z gorgonzolą, które nasza reszta zamówiła.


Tym razem mocno wysmażony rumsztyk z sosem od Tomka.



   Asieńko i Tomku. Bardzo Wam dziękujemy za ten czas nam poświęcony. Za te chwile, bez których Londyn nie byłby taki ciekawy. I taki radosny. No i taki smaczny :).


   Poniedziałek znowu trochę sama. Książki zostawiłam u Asi i Tomka, więc zajęłam się takim leniuchowaniem pożytecznym. Trochę nowej sewetki przybyło. Poznałam na wskroś etykietki przypraw, zastanawiając się gdzi etu kupić ciasto filo widziane w jednym sklepie, ale brak lodówki sprawił, że nie ruszyłam. Z bólem serca. I Tonkę. Przyznaję - nie udało mi się tego kupić. Szkoda. Po południu odwiedziliśmy kilka tych dziwnych sklepików w poszukiwaniu filo. Było tylko mrożone. Przecież bez sensu... Trudno. Za to przybyło trochę libańskich przypraw. Zobaczymy, co z tego wyniknie... Plany mam duże. Póki co powtały bułeczki ze szpinakiem. Ale o tym kiedyś...


   Wtorek spędziłam na pakowaniu. Nie za wiele tego, bo Asia mnie odciążyła, ale lecimy Easy Jetem. Ograniczenia bagażowe spore. Oby się tylko zmieścić w ciężarze. Tym dopuszczalnym. Lot wcześnie rano, ale dojazd długi. Metro w nocy nieczynne. Z mojej winy rozpoczęliśmy powrót tuż po pierwszej w nocy. Niestety... No tak. Wsiedliśmy nie na tym przystanku co trzeba. Najbliższy, bo tuż przy hotelu. Ale w przeciwnym kierunku. Kierowca na następnym przystanku pokazał nam odpowiedni. A my pukamy się w czoło, bo przecież tam ruch jest lewostronny. Ale wpadka. Ze śmiechem jednak poczekaliśmy na odpowiedni, w odpowiednim kierunku. Pani za kierownicą (w dzisiejszych czasach nie wiem jak o niej mówić, choć najchętniej powiedziałabym pani kierowca nie sugerując się ministrą czy marszłkinią) jeszcze pokazała nam w jakim kierunku mamy iść, aby dojść na dworzec autobusowy. Wykopki jakieś, więc wszystko trudne do ogarnięcia. Pomógł nam sympatyczny Włoch idący do tego samego autobusu, wracający do kraju na tymże Gatwick. Gdy dowiedział się, że jesteśmy z Polski... z uśmiechem przytaknął:
- Aaaa... Katowice...
   Jesteśmy w domu. Prawie. Wsiedliśmy do autobusu i tym razem zajęło nam to 1,5 godziny. No tak. Noc. Pusto. Szybko. I przyjemnie. Gatwick. Trochę czasu do odprawy mamy, więc można się przespać. Kto może, ten może... Ja nie umiem. Znów krzyżówka. Znów przyglądanie się z zainteresowaniem ludziom wracającym z jakiegoś ciepłego kraju... uśmiechnięci, wypoczęci, opaleni i... w dużej ilości w krótkich rękawkach. Ale mają dobrze. Mówię to z punktu widzenia potwornego zmarzlucha. Nastąpił moment przebudzenia. Połówki. Szybkie śniadanie w formie bułeczki z fajnym hiszpańskim chorizo, choć szkoda, że łagodnym. Mąż porwał mnie na mocną herbatę - na szczęście bez mleka. Co też było dla mnie zaskoczeniem. Jak zapomniał człowiek o zaznaczeniu, że chce czarną, to na bank przyniosą mu bawarkę. Tak więc herbatka - jak się miało okazać jedyna w tym dniu i nic to, że dopiero po siódmej. Rano. No i można powoli się zbierać. Odlot planowy, choć bez specjalnego odlotu. Póki co... Rozmyślając czego nie udało mi się kupić i bardzo żałując oczywiście... zasnęłam. Obudził mnie ten ulubiony moment kolegi - wlot do rękawa. Przełykanie śliny co chwilę aby wyrównać ciśnienie własne. I tak dłuższy czas. Oj... przewidziało mi się. Lecimy dalej, więc dalej "idę spać". Nie wiem ile minęło, bo sen spływa na mnie z prędkością błyskawicy. Pewnie w myśl zasady, której się trzymam - sprawiedliwi śpią dobrze. Po raz kolejny to samo odczucie. Tym razem raz a dobrze. Mąż też się obudził i gdy już nastąpiło ogólne rozprężenie złapał za telefon i dzwoni do kolegi, który miał nas odebrać.
- Cześć Karol. Jesteśmy. Dużo spóźnieni, ale jesteśmy. Tylko bagaże i możesz nas zgarnąć...
I nagle wcisnęło nas z powrotem w fotele. Zdrętwieliśmy i mowę nam odebrało. Dziewczyna siedząca obok z uśmiechem do mnie, słysząc słowa do Karola:
- Ale my wylądowaliśmy w Warszawie.
   Nie wierzę. Nie znam Balic na tyle, aby widzieć różnicę między tym lotniskiem a Okęciem. Połówka prosi kolegę o chwilkę i patrzy... patrzy i patrzy. I też nie wierzy, choć tę różnicę widzi. Jak? Dlaczego? Chwila wyjaśnień i zapewnienie, że pewnie wieczorem uda mu się dotrzeć do tego Jasła, do którego mieli jechać. No cóż. Personel samolotu prosił o chwilkę uwgi. Sytuacja w Krakowie ciężka. Cztery razy podchodzono do lądowania i zdecydowano się na Warszawę. Za godzinę ma się pogoda poprawić i mgła - główna przyczyna tej sytuacji - opaść zupełnie. Odliczanie minut. 60. 90. Następna wiadomość. Niestety wypad z baru. Z samolotu znaczy. Odebranie bagażu i sprawdzian organizacji. Pierwsze 30 minut w spokoju, gdzie każdy dochodził do siebie. Wyrzucono nas z lotniska informując, żebyśmy poczekali na autobusy, które po nas przyjadą - na zewnątrz. Dodam, że pogoda pod psem. Zimno i zacinający nieprzyjemny deszcz. Grupka angielskiej młodzieży u siebie w letnich niemal ciuszkach, teraz szczękała zębami zmieniając obuwie i ubierając szybko kurtki. Po 40 minutach stanęliśmy w przejściu. Pracownicy lotniska tylko wzruszali ramionami, ale nie to było najbardziej wkurzające. Dwa liniowe samolotu Warszawa-Kraków odleciały o czasie i oba zdążyły wylądować na miejscu. Ba! Ów Easy Jet bez pasażerów, czyli pusty poleciał... i wylądował. A my nadal w Wawie... To uważam za skandal. Abstrahując od faktu, że Katowice czy Rzeszów są bliżej. Lotniska cały dzień otwarte. Łatwiej dojechać, choćby i pociągiem. Polska właśnie! Po kolejnych 30 minutach łaskawie pojawiły się 3 autobusy. I przepychanka na wstępie z kierowcą, aby był tak miły i wysadził nas na dworcu autobusowym a nie na lotnisku. Z którego przecież i tak musimy na ten dworzec dotrzeć. Pomogło w przekonaniu dopiero głosowanie. 100% pasażerów przeciwko kierowcy. Śmieszne? Szczęśliwie tak się stało. Dwa pozostałe pojechały na... Balice. Podróż z Warszawy przebiegła spokojnie. Pan był na tyle miły, że na stacjach benzynowych się zatrzymał. Drugie śniadanie więc zjadłam sobie o godzinie... jakoś po dwudziestej. Zjadłam najpyszniej pachnącego hot-doga. I słowo daję, że był rewelacyjny. Gorący. Przesmaczny. Jak to niewiele trzeba... gdy żołądek do pleców przysycha. Jesteśmy w Krakowie. Dworzec kolejowy niedaleko. Pakujemy się do stojącego pociągu, Połówka biedny jeszcze po bilety... Chwilkę mamy do odjazdu, więc zdążył. Jedziemy. Już mi się marzy gorąca herbata i gorąca kąpiel.
A może na odwrót?
   Zaniepokojeni Rodzice co chwilkę dzwonią. Uspokajam jak mogę, że już ostatnia prosta. Syn jeszcze tę noc prześpi u Babci. Jedziemy. Uspokoiłam się na chwilkę. Na chwilkę... W Bochni nie wytrzymałam i pękłam. Po prostu się rozbeczałam, gdy okazało się, że czekamy, aby przepuścić jakiś pociąg do czy też z Krynicy. 30 minut. Najdłuższa podróż nieplanowana. Nie powinnam narzekać bo niedaleko? Bo byli i tacy, co do Zakopanego jechali. I dalej...
   Do domu dotarliśmy po pierwszej. 24 godziny? O nie... 25. Przesunięcie czasowe. Ale już spokój. Zimno - zaledwie 11 stopni, więc od włączenia pieca się zaczęło. Jak dobrze... A będzie jeszcze lepiej.
   Asia szybko dała znać, że wszystko możemy sobie odebrać. Więc odebraliśmy. Patrząc na załadowany wcale nie drobiazgami stół pomyślałam, że guzik... Warto było przeżyć ten powrót, bo warto było tam pojechać. Warto spotkać się z tak rzadko widywanymi przyjaciółmi, warto zobaczyć to, co inni mają do zaoferowania, warto zjeść miejscowe dania. I nawet jak się nie lubi bawarki, to przecież angielska herbata znana jest na całym świecie i uważana za jedną z najlepszych. Mocna, aromatyczna, koniecznie gorąca. No chyba, że jest to herbata w tajskim wydaniu. Mocna, aromatyczna, i... koniecznie gorąca. Po prostu było pysznie. Może inna firma lotnicza nastęnym razem...
   "Londyn. Nie ma takiego miasta. Jest Lądek. Lądek Zdrój." I znów cytat z ulubionego "Misia", który bawi mnie do łez. Do tej pory.


Podziel się
oceń
4
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

czwartek, 21 września 2017

Licznik odwiedzin:  458 232  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

Statystyki

Odwiedziny: 458232
Wpisy
  • liczba: 263
  • komentarze: 393
Akcja: Nie kradnij zdjęć!

O mnie

W razie jakichkolwiek pytań do mnie, zapraszam do napisania pod adres: j.ewka@wp.pl